FelietonGAROTA DE IPANEMA

GAROTA DE IPANEMA

Zamaskowani długopisami ruszyliśmy w Ipanemę. Po drodze jeszcze musieliśmy się uzbroić. W najbliższym supermarkecie kupiliśmy po puszce coca-coli, która w plastikowej torbie, wprawiona w ruch obrotowy, mogła służyć za broń.

– Masz szczęście, że mnie spotkałeś – powiedziała Helô – bo ja już nie mieszkam w Rio, tylko w Saõ Paulo.
Był 4 sierpnia 2017 roku. W Rio de Janeiro panowała piękna brazylijska zima z temperaturą 21 stopni Celsjusza. Dwa dni wcześniej wylądowałem tutaj na zaproszenie Banco do Brasil i Ambasady Polskiej, które zorganizowały przegląd moich filmów w tym kraju wielkości Europy. Nie miałem pojęcia o rozmachu tej imprezy, myślałem: ot kolejny przegląd dla spragnionej polskości Polonii. Dopiero Ambasador RP, który osobiście wyszedł po mnie na lotnisko, wyjaśnił że sprawa jest poważna.
Pokazy odbywają się w pięciu miastach: Rio, Saõ Paulo, Brasilii, Kurytybie i Belo Horisonte, a nestor tutejszych krytyków filmowych Artur Xéxo mówił sporo o mojej twórczości w newsach TV Brasilia i Globo. Nigdy nie sądziłem, że mogę być niusem w kraju, gdzie nikt mnie nie zna, ale nie miałem nic przeciwko temu. Akurat mijaliśmy legendarną Maracanę, gdy ambasador spytał, czy mam jakieś oczekiwania wobec Rio, co chciałbym tutaj obejrzeć. Miałem tylko jedno życzenie. Znaleźć się w barze Veloso, gdzie Tom Jobim zainspirowany młodością i urodą dziewczyny idącej na plażę, skomponował najpopularniejszą bossa novę wszechczasów. Ambasador uśmiechnął się zafrasowany i powiedział, że zobaczy, co się da zrobić. Dojechaliśmy do apartamentu ambasady na spokojnej wysadzanej platanami alei. Zaskoczyło mnie wysokie ogrodzenie, broniące dostępu do domów na całej ulicy, która wyglądała na dostatnią i spokojną.
– Czy tu jest niebezpiecznie? – spytałem.
– Jesteśmy w Rio – odpowiedział ambasador.
– A daleko stąd do plaży?
– Której? Copacabany czy Ipanemy?
– Ipanemy oczywiście!
– Copacabana jest pięć minut stąd. A Ipanema? Hm… To jest Ipanema. My tu mieszkamy.
– Genialnie! A do baru Veloso?
– On się teraz nazywa Garota de Ipanema. Będzie jakieś 30…
– Minut?…
– Kroków… – poprawił mnie ambasador.
Nie wierzyłem własnemu szczęściu. Rzeczywiście, bar legenda znajdował się na skrzyżowaniu przede mną.
– To może skoczymy tam na kolację?
– To zawsze zdążymy. Mam lepszy pomysł. Ale najpierw musimy się przebrać.
Piętnaście minut potem Ambasador zapukał do mojego pokoju. Nie miał na sobie garnituru i krawata, tylko dżinsy i polo. W ręku trzymał dwa długopisy Bic-a.
– Mówmy sobie po imieniu, Andrzej jestem – zaproponował bez ceregieli. – Włóż to sobie do kieszeni na piersi, będziesz wyglądał jak autochton i nikt cię nie zaczepi…
Zamaskowani długopisami ruszyliśmy w Ipanemę. Po drodze jeszcze musieliśmy się uzbroić. W najbliższym supermarkecie kupiliśmy po puszce coca-coli, która w plastikowej torbie, wprawiona w ruch obrotowy, mogła służyć za broń. Szliśmy głównym bulwarem dzielnicy, który od razu mi się spodobał, gdy zobaczyłem, że na wystawie sklepu z obuwiem sportowym Conexão, trampki i tenisówki ułożone są w ogromną trupią czaszkę. Ambasador wybrał na kolację irlandzki pub, przed którym stał czarnoskóry gentleman w garniturze, z lekko wypchaną prawą pazuchą.
– Widzisz to wybrzuszenie? To broń. Tu możemy wejść, bo jest ochrona.
Zwiedziliśmy tego wieczoru kilka pubów. Niezmiennie irlandzkich. Niezmiennie z ochroną. Z niezmiennie brazylijską sambą.
– A czy są także brazylijskie puby? – zapytałem nieśmiało. Ambasador tylko się roześmiał.
– Wierz mi, tak jest lepiej.
Następnego dnia przedpołudnie należało do nas, więc poszliśmy na plażę Copacabana. Oczekiwałem niezapomnianych widoków. Przede wszystkim dominującej nad plażą gigantycznej figury Chrystusa, nie tak wielkiej jak w Świebodzinie, ale zawsze. Myślałem, że on wisi nad plażą. Jak jastrząb. Rozglądałem się na wszystkie strony, ale go nie było.
– Gdzie jest Chrystus? – spytałem.
– Tam – odpowiedział, wskazując figurkę na horyzoncie wyglądającą jak krzyż na Giewoncie. Szliśmy chodnikiem wzdłuż plaży Copacabana wyłożonym kamienną mozaiką we wzór, jaki dwa dni wcześniej widziałem na placu Comercio w Lizbonie. Portugalia znaczyła swoją historię. Na samą plażę, w sensie piasek, nie weszliśmy. Wyglądała dość brudnawo i jakoś brakowało mi motywacji. Spodziewałem się tutaj pięknych ludzi – kobiet szczególnie, takich jak na zdjęciach z karnawału, ale jakoś nigdzie ich nie było. Ambasador polecił mi sok z kokosa – tutejszą specjalność. Podobno brazylijscy guerilleros robili sobie z niego transfuzję w razie rany postrzałowej, jak nie mieli prawdziwej krwi. Niepostrzeżenie przeszliśmy na plażę Ipanema, a tam czekał na nas pomnik Toma Jobima, ikony Brazylii. Tom trzyma na ramieniu gitarę i jest bardzo cool & sexy. Coś mi się przypomniało.
– A może na lunch do baru Veloso?
– Może jutro? – odpowiedział ambasador Andrzej.
Zjedliśmy jakieś sushi, a potem miałem projekcję „Seksmisji” i spotkanie w pięknej sali kinowej w Banku Brazylii. Andrzej tłumaczył mnie płynnie na portugalski, niczym rodowity Brazylijczyk, bo od 14 roku życia mieszkał w Brazylii.
Następnego dnia nie było pogody. Lekko padało i zacinał wiatr. Niezrażeni wyszliśmy na nadmorską promenadę. Ambasador zapytał:
– To jak z tym Chrystusem? Chcesz go zobaczyć z bliska?
– A to daleko?
– W Corcovado. Kilkanaście minut taksówką, a potem jeszcze kolejką linową.
– No to nie. Nie muszę oglądać z bliska betonowego Zbawiciela. Pamiętam go z tylu filmów i reklam.
Ambasador spojrzał na mnie z szacunkiem.
– Jesteś jedynym gościem z Polski, który nie chciał tej wycieczki.
Doszliśmy do cypla rozdzielającego Copacabanę od Ipanemy.
– A to co? – Wskazałem na rozłożystą, wchodzącą w morze żelbetową budowlę.
– Fort Copacabana. Krupp w 1914 roku zafundował miastu cztery ogromne armaty. Zrobili z tego Muzeum Wojska.
– O! Armaty chętnie bym odwiedził!
Nie żałowałem. Olbrzymie działa 300 mm jak te w filmie „Działa Navarony”. Czterystukilogramowe pociski transportowane do luf wagonikami na szynach – jednym słowem czad! Po południu miałem pokaz i spotkanie ze studentami w Escola de Cinema Darcy, a następnego dnia mieliśmy lecieć do stolicy kraju, więc nie mogłem odpuścić.
– Lunch w barze Veloso!
Tak też się stało. Legendarny bar czy raczej restauracja znajdowała się w dużej werandzie na skrzyżowaniu ulic. Jedząc solę meunière patrzyłem na ściany oblepione czarno-białymi zdjęciami z lat 60. 16-letnia Heloisa Pinheiro mieszkająca obok, szła codziennie ulicą Montenegro (dziś Vinicius de Moraes) 100 metrów do najbliższej plaży Ipanema właśnie. A przez okna werandy obserwowali ją Tom Jobim i poeta Vinicius de Moraes. Tworzyli właśnie musical. Obaj byli pod urokiem jej wdzięku i urody. Była żywą inspiracją. Napisana wtedy bossa nova jest dzisiaj drugą najbardziej słuchaną piosenką po „Yesterday” Beatlesów. A Heloisa Pinheiro stała się ikoną Brazyli na równi z Pelé, Tomem Jobimem czy Ayrtonem Senną. Obejrzałem sobie te zdjęcia dokładnie. Dotychczas wyobrażałem sobie dziewczynę z Ipanemy jako ciemnoskórą piękność z faveli, mijającą bar á la nasza smażalnia na Helu. Helô na zdjęciach to kreolska piękność z bogatej dzielnicy. Ambasador wytłumaczył kelnerom, kim jestem i że wiem, co się działo w tym miejscu. Przy kawie kelner podszedł do ambasadora i szepnął:
– Jest tutaj. Właśnie przyszła.
Przez chwilę nie wierzyliśmy własnym uszom!
– Ale kto?
– Garota de Ipanema – odpowiedział kelner.
– Ta prawdziwa?? Ikona??
Tak. To była ona. Dzisiaj blondynka w niebieskiej jedwabnej bluzce i spodniach w poziome paski. Miała 72 lata, wyglądała na góra 45. Jeszcze jeden brazylijski sekret – najlepsza chirurgia plastyczna na świecie. Ambasador podszedł do niej i dwie minuty potem częstowaliśmy Dziewczynę z Ipanemy szampanem. Przyzwyczajona do takich zdarzeń w Brazylii, była zaskoczona, ale zadowolona, że i w Polsce ktoś zna jej historię. Wypiliśmy toasty za Polskę i Brazylię.
I wtedy Helô pochyliła się do mnie i szepnęła:
– Masz szczęście, że mnie spotkałeś, bo ja już nie mieszkam w Rio tylko w Saõ Paulo. Bywam tu tylko kilka razy w roku.
Wtedy zrozumiałem, dlaczego los wysłał mnie do Rio. Dla Heloisy też było to chyba spotkanie godne uwagi, bo umieściła video z toastami na swoim Instagramie.
Na ambasadorze Andrzeju Braiterze Helô także musiała zrobić wrażenie, bo poprosił mnie, by tę historię opowiedzieć na łamach czasopisma, którego właśnie został redaktorem naczelnym.