FelietonDidżej 

Didżej 

15 czerwca 1974 r. o 18:00 zaczął się w Stuttgarcie mecz Polska – Argentyna, a dla mnie test na egzaminie wstępnym na reżyserię filmową w Łodzi. Byłem jednym z ponad trzystu kandydatów na dwadzieścia miejsc. W siódmej minucie usłyszeliśmy gromkie: Hurra! studentów wydziału aktorskiego, którzy oglądali mecz w telewizorze na korytarzu. Najzagorzalsi fani futbolu rzucili długopisy i wyskoczyli na korytarz obejrzeć na replayu, jak bramkarz Argentyny, bitą z rzutu rożnego piłkę niefortunnie wypuszcza z rąk, a Grzegorz Lato ładuje ją z najbliżej odległości do siatki. 

Nie wybiegło nas wielu, ale zapamiętałem jednego, nieco starszego ode mnie chłopaka w amerykańskiej kurtce wojskowej i markowych okularach. Wyróżniał się na tle reszty kandydatów jak Berlin Zachodni na tle NRD. Był przystojny i wyglądał na gościa, który właśnie przyleciał z Londynu czy Paryża i nie mając co robić, wpadł na egzamin do Szkoły Filmowej. Zbudowani przewagą bramkową wróciliśmy dokończyć test. Potem jeszcze dwa razy wyskakiwaliśmy na replay, bo – jak wiadomo – wygraliśmy ten mecz 3:2. Miałem nadzieję, że wynik egzaminu będzie podobny.

I rzeczywiście udało mi się przejść tak jak naszym Orłom do następnej fazy. Dla nich to było Haiti, dla mnie egzamin z malarstwa i rysunku. Znowu siedziałem niedaleko chłopaka w amerykańskiej kurtce wojskowej. Wydawało mi się dotąd, że nieźle rysuję z natury, ale jak zerknąłem na jego szkic, to musiałem przyznać, że może nie jest to wynik 7:0, z jakim nasi właśnie zakończyli mecz z Haiti, ale ze 3:0 na jego korzyść na pewno. Egzaminy miały jeszcze trzeci etap, trwały dodatkowy tydzień i później już go nie spotkałem. Gdy potem chwaliłem się kolegom i koleżankom z liceum, że dostałem się na reżyserię filmową, zamiast gratulacji słyszałem od nich – od dziewczyn częściej: – „A wiesz, że Jacek Bromski też się dostał?”. Kto to jest Jacek Bromski, pytałem rozczarowany, bo jako jedyny w Polsce nie słyszałem nigdy tego nazwiska. „Nie wiesz? To ten słynny disc jockey, który prowadzi Festiwal w Sopocie!”. Musiałem to sprawdzić.

Wieczorem włączyłem telewizor i natychmiast rozpoznałem aktorkę Wandę Neuman, rozsławioną rolą żony Mieszka I w filmie „Gniazdo” w reżyserii mojego przyszłego dziekana Jana Rybkowskiego. Obok niej na scenie Leśnej Opery stał kompletnie mi nieznany młody dżentelmen w smokingu. Przyjrzałem się mu bliżej. Zaraz, zaraz! To był on! Tyle że bez okularów! Najbardziej znany prezenter muzyczny Radiowej Trójki, której nie słuchałem, sławny w muzycznych kręgach warszawki, z którymi się nie stykałem. „Ha! No trudno! Będziemy kolegami z ławy szkolnej” – pomyślałem bez entuzjazmu.

Po wakacjach na jednych z pierwszych zajęć omawialiśmy jakiś film Ingmara Bergmana. Bergman nigdy nie był moim ulubionym reżyserem, bo jego filmy uważałem za nudne i dołujące. A ponieważ moi rodzice nigdy, przynajmniej przy mnie, się nie kłócili, uważałem, że te wszystkie kłótnie małżeńskie w jego filmach są wyssane z palca po to tylko, by podkręcić fabułę. „To jakieś kabotyństwo! W życiu ludzie tak nie rozmawiają!” – oświadczyłem, kiedy opiekun roku Henryk Kluba rozpoczął dyskusję. Na to zaripostował dziś już student w amerykańskiej kurtce wojskowej: „Kiedy kolega Machulski przestanie mieć 19 lat i coś w życiu przeżyje, rzuci go dziewczyna, zdradzi żona, dzieci będą mu dokuczać, to wtedy może niech się wypowie, czy to jest prawdziwe, czy nie. Na razie lepiej niech siedzi cicho i się uczy, jak robić psychologiczne kino”. Nie wiedziałem wtedy, że przystojny kolega jest szczerym do bólu, zodiakalnym Strzelcem i to, że mnie wtedy opieprzył, miałem mu za złe. Dziś wiem, że miał rację. Ludzie w życiu kłócą się i tak rozmawiają. A filmy Bergmana, które wtedy uważałem za nudne i dołujące, a których niezrozumienie zrzucałem na karb swojego młodego wieku, po pięćdziesięciu latach uważam nadal za dołujące i nudne. No może z dwoma, trzema wyjątkami.

Od owej dyskusji w klasie zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na to, co starszy o osiem lat kolega ma do powiedzenia i wybrałem opcję, że raczej go lubię. A tak naprawdę, to chyba raczej on wybrał taką opcję, bo któregoś dnia podał mi książkę. „Chcesz? Bo właśnie skończyłem”. Był to pocket-book „Goldfingera” Iana Fleminga o przygodach agenta 007 po angielsku. Nawet nie spytał, czy znam angielski. Może wydawało mu się, że przyszły reżyser nie może nie znać tego języka. A może zwrócił na mnie uwagę z powodu podobnego poczucia humoru? Kolega nie był lubiany przez profesorów. Był za inteligentny, za dobrze ubrany, za zdolny i zbyt dobrze dający sobie radę. Aby utrzymać się w czasie studiów, zaczął prowadzić dyskoteki w Maximie na Piotrkowskiej i także jako były student Akademii Sztuk pięknych rysował satyryczne rysunki do czasopism.

A do tego na pierwszym roku zamiast w obskurnym wówczas akademiku na Ciesielskiej mieszkał w stylowym hotelu „Savoy”, co mnie osobiście bardzo imponowało, ale kolegom z roku, a szczególnie profesorom mniej.

Podczas zajęć w studio TV na Marysinie, kiedy obsługiwaliśmy telewizyjne kamery podczas realizacji etiud, ze stoickim spokojem znosił szydercze uwagi profesora w rodzaju: „Panie Bromski! Co pan tak okręca tą kamerą? Kamera to nie adapter!”. Krótko mówiąc, po pierwszym roku postanowiono się go pozbyć ze szkoły. Nie dlatego, że miał etiudy gorsze od innych, ale za to, że miał światowy luz, który niektórym profesorom brakowało. Nie doceniono na szczęście siły perswazji niepokornego studenta. Tego, jak potrafi negocjować i zjednywać sobie ludzi. Zawarto kompromis. Były absolwent ASP obiecał, że po studiach nie będzie robił filmów fabularnych i wówczas dla niego i drugiego kolegi z roku Wojtka Wołyńskiego, grafika po poznańskiej ASP, stworzono specjalny podwydział Animacji Filmowej.

Na drugim roku na zajęcia teoretyczne, WF oraz przysposobienie obronne mogli uczęszczać z resztą roku, ale już praktyczne zajęcia z filmu animowanego mieli odbywać osobno. To był warunek. Na drugim roku rozpoczęły się w szkole seminaria scenariuszowe. Naszym wykładowcą został Jacek Fuksiewicz, uznany krytyk i szef redakcji filmowej w TVP, który wspierał młode kino polskie. Na pierwszym wykładzie zapytał nas: „Czy ktoś z państwa w przyszłości chciałby robić filmy w rodzaju lepszego Klossa?”. Nieśmiało podniosłem rękę i zobaczyłem, że Jacek już to zrobił. Po kilku sekundach jako trzeci dołączył do nas z podniesioną ręką student Janusz Kijowski. Pozostała dwudziestka siedziała w milczeniu, patrząc w blaty ławek, nie wiedząc, jak reagować na prowokację profanowania sztuki filmowej. Chyba trochę wstydziliśmy się we trzech, że zamiast odważnie marzyć o kinie nagradzanym Złotymi Palmami i Oskarami, prostolinijnie wybraliśmy rozrywkowe kino popularne. Inaczej mówiąc: robienie filmów dla widza.

Po latach okaże się, że tylko nam trzem uda się wejść do zawodu i kręcić filmy. Podczas przerw w zajęciach rozmawialiśmy często z Jackiem Bromskim o tym, jakie filmy chcielibyśmy robić, jak skończymy szkołę. Na pewno nie pociągało nas kino opisujące to, co za oknem: smutną i siermiężną peerelowską rzeczywistość. Na ekranach królowało wówczas „kino moralnego niepokoju”, którego nazwę na własne nieszczęście ukuł właśnie nasz kolega Kijowski.

Akurat lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, kiedy studiowaliśmy, przypadły na najlepsze lata kina amerykańskiego. Co roku podczas rozdania Oskarów pojawiało się zbyt wiele dobrych filmów, a za mało statuetek, by je wyróżnić. Dokładnie odwrotnie niż dzisiaj. Chcieliśmy robić filmy jak „Ojciec chrzestny”, „Papierowy księżyc”, „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Żądło”, a nie „zaangażowane społecznie” kino współczesne, w którym nie było ani za wiele niepokoju, ani tym bardziej moralnego. Toteż ukończywszy szkołę filmową, bez zdumienia zobaczyłem, że mój kolega z ławy szkolnej debiutuje właśnie fabularnym belgijsko-brytyjsko-polskim filmem muzycznym „Alicja” z międzynarodową, gwiazdorską obsadzą z Susannah York i Jean-Pierre Casselem!

Przypomniałem sobie, że już w czasie studiów miał ten pomysł na scenariusz według „Alicji w krainie czarów” i pewnie dlatego mnie o tym opowiadał, bo czuł, że ja jeden z całego roku go rozumiem. Byłem pod wielkim wrażeniem, że udało mu się do tego doprowadzić. Kręcąc ten film, zniknął na jakiś czas na Zachodzie, a ja po „Vabankach” i „Seksmisji” wyjechałem na stypendium Fulbrighta na rok do Hollywood. Nasze drogi zeszły się z powrotem na Festiwalu Filmowym jeszcze wówczas w Gdańsku w 1985 r., gdzie Jacek dostał nagrodę za swój świetny polski debiut „Ceremonia pogrzebowa”, a ja nagrodę publiczności za „Vabank 2”. Wówczas zaprzyjaźniliśmy się jeszcze bardziej, bo zobaczyliśmy, że udaje się nam iść w tym samym kierunku. Równolegle nakręciliśmy potem: on – „Zabij mnie glino”, ja – „Kingsajz”. Kiedy oba filmy weszły na ekrany w 1987 r. i zapełniły kina, Jacek zwrócił się do mnie z propozycją nie do odrzucenia. „W przyszłym roku zaczyna się nowa kadencja Zespołów Filmowych i mam pomysł, żebyśmy stworzyli nowy zespół i żebyś ty złożył swoją kandydaturę na szefa jednego z nich”.

„Dlaczego ja?! Sam się zgłoś!”. „Ty masz więcej filmów na koncie”.
Odmówiłem, obawiając się, że nie podołam, że jestem za młody, co świadczyło nie tyle o mojej skromności, ile o kompletnym oderwaniu od rzeczywistości i zamiłowaniu do niebrania odpowiedzialności. Tak naprawdę nie wiedziałem nawet, że kadencja zespołów się kończy!
„Nie mam doświadczenia – wymigiwałem się – Mogę nie dać rady!”. Odpowiedział: „Dasz. Ja ci pomogę”. A ponieważ już kilka razy w życiu mi pomógł (np. znaleźć adwokata do rozwodu i mieszkanie), wiedziałem, że nie rzuca słów na wiatr.

Moja kandydatura na szefa państwowego Zespołu Filmowego (o dziwo!) zastała przyjęta. Zostałem dyrektorem i kierownikiem artystycznym, Jacek kierownikiem literackim, a na niezwykle ważną funkcję szefa produkcji wyszukał Jacka Moczydłowskiego, wytrawnego kierownika produkcji, który po zakończeniu „W pustyni i w puszczy” chciał przejść na emeryturę, bo uważał, że w rodzimej kinematografii nie ma już dla niego wyzwań. Tak w styczniu 1988 r. powstał Zespół Filmowy „Zebra”, a ponieważ naszym założeniem było robienie międzynarodowych koprodukcji, nazwa musiała więc być oryginalna i międzynarodowo zrozumiała. Mimo że niektórzy żartowali, że po angielsku brzmi jak największy rozmiar biustonosza, Z – Bra, to obie interpretacje nam pasowały. Jacek otworzył historię „Zebry” brawurową komedią erotyczną „Sztuka kochania”, która zebrała w kinach prawie dwumilionową widownię. Potem wynalazł dla studia debiutanta Władka Pasikowskiego, którego „Psy” otworzyły nowy rozdział w polskim filmie kryminalnym. Za nim poszły filmy „Historie miłosne” Jurka Stuhra, „Dług” Krzysztofa Krauzego, „Dzień Świra” Marka Koterskiego. Każdy z nich nagrodzony Złotymi Lwami w Gdyni. Mieliśmy pełne ręce roboty. Nasza kadencja miała trwać cztery lata, ale po czerwcu 1989 r., gdy Polska nam wolnością wybuchła, Zespół stał się Studiem, które przez trzydzieści lat wyprodukowało kilkadziesiąt filmów fabularnych i pięć seriali. Zamiast czterech przetrwaliśmy trzydzieści jeden lat trudnych wyzwań, raz będąc nawet na skraju bankructwa, ale jakoś „Zebra” dawała radę. („Zakłusowała” ją dopiero „dobra zmiana” w 2019 r.)

Zakończenie X Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Uroczystość wręczenia nagród w sali Domu Technika NOT. Nagrody indywidualne Brązowe Lwy Gdańskie odebrali: Jacek Bromski (L) w kategorii debiut telewizyjny za film pt. „Ceremonia pogrzebowa”, Ewa Błaszczyk (C) w kategorii najlepsza rola żeńska w filmie pt. „Nadzór”, Jan Jankowski (P) w kategorii najlepsza rola męska w filmie pt. „Sam pośród swoich”. Gdańsk, 16.09.1985. fot.: PAP/Stefan Kraszewski

Od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy robić filmów nijakich z tak zwanego „środka”. Interesują nas jedynie sukcesy frekwencyjne albo artystyczne. Choć kilka razy udało się połączyć jedno z drugim, gdzie i widzowie, i szefowie kinematografii byli zadowoleni. My mniej, bo mieliśmy wrażenie, że ktoś na tych filmach zarabia, nie dzieląc się z ich autorami. Jacek – nie wiem, skąd to się wzięło, że był tak dobrze przygotowany – uznał, że trzeba stworzyć organizację zbiorowego zarządzania naszymi tantiemami. Coś jak ZAiKS, tylko lepszy.

Do tej pory kiniarze, stacje telewizyjne i dystrybutorzy czerpali z naszych filmów zyski, nie honorując autorów ani producentów, ale Jacek dzięki swoim negocjacyjnym umiejętnościom i uporowi wychodził ZAPĘ – Związek Autorów i Producentów Audiowizualnych. Związek powstał w 1995 roku i od tego czasu zabezpiecza twórcom filmowe tantiemy, szczególnie pomocne, kiedy akurat nic nowego nie robią. Nie tylko z tego powodu rok później wybrano go na prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Jacek sprawuje tę funkcję już szóstą kadencję, a w ciągu tych 27 lat prezesowania stworzył prężne Stowarzyszenie z własnym budynkiem, Domami Pracy Twórczej w Kazimierzu i Sopocie, oraz najlepszą chińską restauracją między Pekinem a Berlinem.

Jacek uwielbia Chiny i żeby znaleźć szefa dla „Pańskiej 85” pojechał po niego specjalnie do Pekinu. Zresztą prezes sam świetnie przyrządza chińszczyznę. Gdy zaprosił na zrobioną przez siebie kolację chińskiego ambasadora, następnego dnia ambasador zmienił kucharza w ambasadzie. Co Jacek skwitował w swoim stylu: „Albo kucharz nie był Chińczykiem, albo Chińczyk nie był kucharzem”.

Nic dziwnego, że tych organizacyjnych osiągnięć zazdroszczą nam filmowcy w całej Europie. Kiedy Jiri Menzel, wybitny czeski reżyser, zaproszony 10 lat temu przez SFP ze łzami w oczach żalił się, że czescy filmowcy marzyliby o takim Stowarzyszeniu, bo mają o wiele gorzej, towarzyszący mu na scenie Jacek zwrócił się w stronę widowni: „Olga, wstań proszę!”. Gdy czterdzieści lat młodsza żona Jriego Menzla wstała i olśniewając uśmiechem i urodą, ukłoniła się zebranym, Jacek dokończył z właściwym sobie esprit: „Widzicie teraz, jak czescy filmowcy mają gorzej!”. Kiedyś w kuluarach Zjazdu Stowarzyszenia któryś z seniorów nieco egzaltowanie porównał Jacka Bromskiego do Ksawerego Druckiego-Lubeckiego, że tak jak on sto lat wcześniej uporządkował finanse państwa, tak Jacek stworzył tantiemowy ład dla polskich filmowców. Ktoś inny pół żartem pół serio rzucił, że za to należałoby prezesowi wybudować pomnik. Mistrz Andrzej Wajda zastanowił się chwilę i odpowiedział: „Prezes oczywiście na pomnik zasługuje, ale zajęty kręceniem filmów, chyba nie będzie miał czasu pozować”. To prawda. Mimo ogromu pracy Jacek opiekuje się także stworzonym pod skrzydłami SFP Studiem Munka, które jest platformą – trampoliną dla filmowców debiutantów – mój szkolny kolega ukończył właśnie zdjęcia do własnego najnowszego filmu i serialu „U Pana Boga w Królowym Moście”.

Scenarzysta i reżyser Jacek Bromski (L) podczas uroczystości wręczenia Aktu Nadania Honorowego Obywatelstwa Miasta Lublin reżyserowi Juliuszowi Machulskiemu (P), w Teatrze Starym w Lublinie. Lublin, 13.05.2022. fot.: PAP/Wojtek Jargiło

My, polscy filmowcy mamy szczęście, bo akurat ten prezes jest wyjątkowo pracowity i kompetentny. A ja dodatkowo mam szczęście, że od pół wieku nazywam go swoim przyjacielem.

PS.
Nie à propos: Alejandro González Iñárritu zanim został nagradzanym Oscarami reżyserem, był czołowym meksykańskim disc jockeyem i tamtejsze media zawsze wspominają to z dumą: „Nasz były DJ robi dziś filmy!”. W Polsce recenzenci pisali o Jacku: „Jakim prawem były DJ robi dziś filmy?!”. Co kraj to obyczaj.