czwartek, 2 lutego 2023
Podróże i KulinariaPożegnanie z Meksykiem

Pożegnanie z Meksykiem

O piramidach Majów, mezcalu i Patronce Zapomnianych.

Stoimy u podnóża: Chichen Itzá pochyleni do przodu i klaszczemy. Przewodnik pilnuje żebyśmy tworzyli zwarty szereg, tylko wtedy dźwięk oklasków wzmocniony przez konstruktorów tej kamiennej budowli przywoła głos boga Majów Quetzalcóatla, pierzastego węża. Ułamek sekundy po rozpoczęciu oklasków dochodzi do nas krzyk ptaka. Przewodnik z podręcznej torby wyciąga iPada, aby triumfalnie pokazać nam dowód. Kwezal, ptak którego ogon wije się podczas lotu jak wąż, wydaje identyczne odgłosy. Stoimy jak wryci. Nasze umysły nie chcą przekładać „cudu” na rozwiązania architektoniczne, przez tą wyjątkową chwilę odpuszczamy logikę i jak ludzie sprzed kilkunastu stuleci ufamy, że to sam Quetzalcóatl okazał nam przychylność. Że teraz ześle wszelaką obfitość w postaci deszczu, urodzaju i zdrowia. Być może ta podróż w przeszłość nie byłaby tak intensywna, gdyby nie towarzysząca jej data – jesteśmy w Chichen Itzá 21 marca. To dzień przesilenia wiosennego. O zachodzie słońca bóstwo zstępuje z piramidy i łączy się z powierzchnią ziemi, co można zaobserwować po widocznym cieniu pełznącego w dół po krawędzi budowli węża.

Szkoda, że mamy tak mało czasu. Dziesięć dni na zwiedzanie Jukatanu to jak jedzenie ziarenka kawioru do łyczka Dom Pérignon.

Do Meksyku zawsze wracam podekscytowana. Będąc nastolatką mieszkałam w tym kraju całe pięć lat. Dzięki temu, podobno mam tę „pogodną i otwartą” osobowość. W tym roku poczułam jakbym przyjechała do zupełnie nieznanego kraju, który na każdym kroku zaskakiwał mnie weryfikując „pewniki” i skróty myślowe, na podstawie których funkcjonowałam w tej rzeczywistości.

Meksykanów znam od podszewki i jestem zawsze gotowa na ich nieprzewidywalność, ale realia zmieniły się niczym sceneria filmu. Jakby pod czujnym okiem reżysera López Obradora ekranowa fikcja przerodziła się w dokument o państwie policyjnym. Przy czym policja w tej produkcji oznacza aparat ucisku, zarówno rządowy, jak i ten pochodzący ze strony gangów.

Kierujemy się do Valladolid. W planach mamy zwiedzanie Ek Balam, jednak jak mawiają między innymi Meksykanie: „Si quieres hacer reír a Dios, cuéntale tus planes” (Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach), drogowskaz wskazujący „cenote maya” sprawia, że zamiast jechać prosto, skręcamy w prawo. Chcemy przekonać się, jak wyglądają słynące ze swoich walorów estetycznych zbiorniki wodne, które przyroda rozmieściła po całym półwyspie. Jak się okazuje, nie tylko naturalne piękno przyciąga do tych miejsc wielu zwolenników. Przejeżdżająca na rowerze mieszkanka mijanego właśnie pueblo, którą zatrzymujemy pytając o drogę twierdzi, że już niedaleko. Ale Meksykanie zazwyczaj tak mówią, ponieważ w ich naturze leżą optymizm i potrzeba zarabiania. Jeśli przybysz usłyszy, że jeszcze daleko, mógłby się zniechęcić, a przecież wiadomo że „turysta nasz pan” i że należy promować region wśród cudzoziemców. Na Jukatanie wszędzie jest „blisko”, zawsze należy jechać „prosto” i tuż za zakrętem segurísimo (na pewno) trafisz do celu. Tym razem wytyczony kierunek szczęśliwie okazał się prawidłowy, po półgodzinnej jeździe zobaczyliśmy napis zwiastujący, że wjeżdżamy właśnie na teren cenote maya.

Pustki na parkingu nie wyglądają zachęcająco. Rozglądamy się… Majestatycznym krokiem zbliża się do nas starszy pan informując, że atrakcja właśnie została zamknięta. Trudno nam trzymać nerwy na wodzy, ciężko wzdychamy, kiwamy rozczarowanymi głowami, robiąc przy tym posępne miny i mimo wszystko ryzykujemy pytanie, czy udałoby się na chwilkę wejść. Ale strażnik ignoruje nasze oznaki niecierpliwości i „prymitywnego” odczuwania czasu. Jakie to ma znaczenie że dziś już zamknięte, skoro można wrócić mañana?

Wreszcie pan Gonzalo zaczyna nad czymś intensywnie myśleć, taksując nas wzrokiem a ja mam nieodparte wrażenie, że kogoś mi przypomina. Dopiero po powrocie do Polski uświadomię sobie, że wyglądem i sposobem bycia Gonzalo przypominał Xibalbę, władcę Krainy Zapomnianych, a dokładniej jego alter ego – strażnika muzeum z animowanej produkcji pt. „Księga Życia”. Weryfikacja biometryczna musiała wypaść pozytywnie, bo Gonzalo mrucząc do siebie pod nosem drepce powolutku w skórzanych sandałach prosto do kasy. Płacimy czterdzieści dolarów za wstęp do cenote, składamy wszelakie podpisy pod oficjalnie wyglądającymi formularzami i podajemy precyzyjne dane, w tym te dotyczące naszego miejsca zatrudnienia. Intryguje nas, po co meksykański ekopark potrzebuje takich informacji, więc strażnik informuje, że znajdujemy się na terenie prywatnym, należącym do największej na półwyspie firmy turystycznej, która „wspaniale dba o rozwój niezagospodarowanych terenów i tworzy nowe miejsca pracy”. Domyślamy się tylko, jaka jest główna działalność tej korporacji i dlaczego zależy jej na dobrej opinii wśród lokalnych mieszkańców.

Tej nocy będzie nam dane poznać nazwę kartelu, który kontroluje Jukatan: Jalisco Nueva Generación.

Droga do cenote to pokonywanie kolejnych stopni wtajemniczenia: mijamy obsypany kwiatami, rytualny ołtarz, tajemniczy stół, palenisko, wyodrębnioną przestrzeń na świeżym powietrzu przypominającą świątynię i posuwamy się dalej w dół ścieżką wysypaną białymi kamieniami. Jest to tradycyjna trasa Majów, tzw. sacbé, którą – ze względu na ekstremalne warunki atmosferyczne za dnia – przemieszczali się tylko w nocy, pieszo lub biegiem, mimo ciemności (stąd kolor trasy) i czyhających dookoła drapieżników. Co prawda znane im było koło, jednak z uwagi na jego „świętość” nie wdrożyli ruchu kołowego. Gonzalo nic nie mówi, prowadzi nas w głąb tunelu, do słabo oświetlonej jaskini którą wypełnia studnia. Moi towarzysze podróży przebierają się w stroje kąpielowe i śmiało nurkują w oliwkowej cieczy, mnie coś wstrzymuje. Wnętrze groty wygląda dokładnie tak, jakbyśmy wpadli w gości do Tarzana: zwisające ze stropu liany, błyszczące wilgocią zamykające się nad nami skały, mieniająca się odcieniami zieleni, zamarła jak na rozkaz tafla wody, wszechobecny zapach mchu i rześki chłód.

Patrzymy na siebie z Gonzalo: usta mówią jedno, oczy drugie. Wiem, że przekazuje mi telepatycznie informacje, które rozszyfruję dopiero po latach. W drodze powrotnej przewodnik beztrosko informuje nas, że oto odwiedziliśmy „portal do krainy umarłych strzeżony przez zamieszkujące cenote duchy” i że Majowie przed każdą taką wizytą długo oczyszczali swoje dusze i ciała, okadzając się wzniecanym na palenisku dymem kopalu, by doznać tego zaszczytu. Czy my byliśmy go godni? Tej kwestii Gonzalo nie rozstrzyga, od tego są przecież bogowie. Tłumaczy nam, że w świątyni odbywają się wszelakie ceremonie z udziałem lokalnego szamana, między innymi można tu zawrzeć tradycyjny, majański ślub.

Późnym wieczorem docieramy do urokliwego, kolonialnego Valladolid. Spacerując po zócalo znajdujemy wyjątkowo klimatyczną restaurację w siedzibie dawnej hacjendy. Potrzebujemy otrząsnąć się z intensywnych przeżyć duchowych, postanawiamy przerzucić się na doznania cielesne i komisyjnie decydujemy, że to jest właśnie ten moment, kiedy należy „rozpracować” bogatą, meksykańską ofertę tequili. Kelner rozpływa się w sugestiach, których grzecznie wysłuchujemy, po czym ułatwiamy mu pracę: proszę przynieść po jednym szocie każdej marki dostępnej w menu. Wniebowzięty Jonathan materializuje się przy naszym stoliku z tacą uginającą się od wypełnionych po brzegi caballitos (dosłownie koników, w znaczeniu przenośnym: kieliszków) złotym (wersja leżakowana w beczkach, tzw. reposado) lub białym (blanco) trunkiem. Do degustacji podchodzimy w sposób w pełni profesjonalny – każdy z nas próbuje poszczególnej pozycji, dzieli się swoimi doznaniami i wystawia ocenę w rankingu od jednego do dziesięciu. Przypominam sobie nieraz słyszane stwierdzenie, że prawdziwi meksykańscy machos nie konsumują tequili, tylko bardziej rzemieślniczą wersję destylatu z kaktusa agave, mezcal. Coraz szerzej uśmiechnięty Jonathan dostaje skrzydeł słysząc, że zamawiamy analogiczną tacę degustacyjną alkoholu „dla prawdziwych twardzieli”. Podfruwa do nas z zamówieniem, a my kontynuujemy smakowe badania, przegryzając od czasu do czasu nachos z aksamitnym guacamole, tacos faszerowanymi specjalnością zakładu cochinita pibil, oraz rybim hitem: ceviche. Po zakończeniu kaktusowego maratonu mamy jednogłośny werdykt: mezcal może jest dla machos, ale meksykańskich, my Polacy gustujemy w tequili, na dodatek nie leżakowanej, ale naszej swojskiej, czyli białej. Tequila El Jimador Blanco zostaje okrzyknięta bezkonkurencyjną królową nocy, osiągając wynik 10/10.

W meksykańskim serialu który oglądałam na Netflixie wiedźma i tarocistka wychowująca córkę lidera kartelu zawsze modliła się o protekcję dla dziewczynki słowami „Que la Santa Muerte te proteja” (tł. Niech Święta Śmierć Cię uchroni). Zastanawiałam się, jak śmierć może uchronić dziecko… przed śmiercią. I pewnie tak by pozostało, gdyby nie spacer po deptaku Quinta Avenida w Playa del Carmen. Chciałam się zgubić w nieznanym mieście i coraz bardziej oddalałam od meksykańskiej wersji 5th Avenue. Kilka przecznic dalej natrafiłam na osobliwy sklep. Wytatuowany, potężny, umięśniony, ogolony na łyso i niebezpiecznie wyglądający ekspedient poinformował mnie, że sprzedaje rockowe koszulki. Owszem, na rozmieszczonych gdzieniegdzie stojakach trochę ich wisiało, jednak moją uwagę przykuła dwumetrowa statua Santa Muerte, o obok niej ołtarz z kieliszkiem tequili, otwartą butelką Corony, pięciodolarówkami, mniejszymi figurkami przedstawiającymi ten sam wizerunek, kwiatami oraz jedzeniem: słodyczami i świeżymi gorditas. Statua z czaszką zamiast twarzy odziana była w olśniewającą, haftowaną szatę, a sprzedawca patrzył na nią z absolutną adoracją. Nie licząc wpatrujących się w nas trupimi oczodołami kilkudziesięciu innych figur na półkach, w sklepie było pusto. Trochę się przestraszyłam, zwłaszcza że sprzedawca zniknął na moment za drzwiami prowadzącymi na zaplecze. Wyobraźnia podsuwała mi mrożące krew w żyłach sytuacje, a zdrowy rozsadek nakazywał opuścić lokal. Nie posłuchałam. Rozsiadłszy się na drabince służącej do tego, by wspinać się po ustawione wysoko hardkorowe wersje La Catriny, zaczęłam pytać. Półtorej godziny później, wiedziałam że: kult Santa Muerte jest wszechobecny w Meksyku, wyznają go przedstawiciele wszystkich warstw społecznych, nawet wysoko postawieni politycy, celebryci i sportowcy. Niemniej początkowo adorowały ją przede wszystkim osoby wykonujące zawody „bliskie śmierci”: kryminaliści i prostytutki, stąd Santa Muerte nazywają La Virgen de los Olvidados czyli Patronką Zapomnianych. Określają ją również jako La Niña Blanca (Biała Dziewczynka). Meksykanie uznają ją za świętą o takim samym niebiańskim statusie, jak św. Barbara, św. Antoni, czy św. Michał. Twierdzą, że można do niej kierować wszelakie modlitwy i życzenia. Mój rozmówca, Benicio zawdzięczał jej cud w postaci ocalenia od zespołu Downa wnuka, u którego lekarze jeszcze przed narodzinami zdiagnozowali chorobę, niemniej po wstawiennictwie „La Doctora Santa Muerte” (tł. Lekarki Świętej Śmierci), wnuczek urodził się zdrowy. W obawie przed osądami członków rodziny niewyznających jej kultu, Benicio nie powiedział nikomu, kim jest znana mu lekarka, choć córka chciała mu przesłać kompletną medyczną dokumentację, by przekazał ją „najlepszej pani doktor”. Dopiero po fakcie Benicio przyznał się, że „załatwił cud” u Santa Muerte. Do tej pory składa na jej ołtarzu w podziękowaniu ofiary. Jest jej również dozgonnie wdzięczny za to, że pomogła mu zawrócić ze zgubnej drogi nałogu narkotykowego. Benicio wyjawił, że po 28 latach uzależnienia, od dwunastu miesięcy jest „czysty” dzięki La Virgencita (Świętej Panience).

Nie nam oceniać, w jakim stopniu efektywna i wymierna jest wiara zwolenników Santa Muerte. Niektórzy twierdzą, że osoby ją adorujące praktykują czarną magię, inni jak np. Benicio uważają, że to ona chroni ich przed śmiercią i jest jednym z ich aniołów stróży. Ja wiem jedno, ze względu na jej wygląd i milionowe rzesze wiernych, jakie mobilizuje oraz po tym, jak na własne oczy zobaczyłam fanatyczne spojrzenie Benicio, żywię do Santa Muerte głęboki respekt. Wiem, że nasze nieuniknione spotkanie zapisane jest na kartach mojego przeznaczenia.
Żegnając się z Meksykiem czułam się tak, jakby Biała Dziewczynka odprowadzała mnie do samych drzwi samolotu. Symbolicznie śmierć oznacza zakończenie, a ja właśnie zamknęłam za sobą trzydziestoletni meksykański rozdział. Raczej tu już nie wrócę. Ten kraj właśnie opowiedział mi swoją ostatnią, fantastyczną historię.
Adiós México