czwartek, 2 lutego 2023
Felietony i PasjeO trudnej sztuce rozstania

O trudnej sztuce rozstania

Dobrze jest poszybować na skrzydłach miłości, ale kiedy przychodzi do płacenia rachunku może się okazać, że resztę życia trzeba będzie spędzić w biedzie, poniżeniu, albo i w więzieniu.

Długi majowy weekend brutalnie przerwał mi głos wołającego o pomoc.

Mecenasie ratuj, jak mi pan nie pomoże to ta wściekła baba nie tylko zabierze mi wszystko, ale dodatkowo skończę w więzieniu – prosił przez telefon mężczyzna.

Co miałem robić? Obowiązkiem adwokata jest odpowiadać na wołanie o pomoc. Pojechałem zatem do sądu, w którym czekał mój klient. Zobaczyłem człowieka o miłym wyrazie twarzy, eleganckiego z nienagannymi manierami, sprawiającego wrażenie takiego, który nie potrafiłby skrzywdzić nawet muchy.

Jednak Jego sytuacja wyglądała nieciekawie.

Od roku mam założoną niebieską kartę za znęcanie się nad żona, chociaż w życiu jej nie dotknąłem, mam prokuratorski zakaz przebywaniu w domu, który sam, wybudowałem, zakaz zbliżania się do dzieci, które kocham nad życie, a dla których jestem, zdaniem prokuratora, największym zagrożeniem! Mam kilka postępowań przed sądem rodzinnym i sprawę o znęcanie. Ona nawet nie próbuje ukrywać co zamierza. Chce mi odebrać dom i dzieci, dostać alimenty, dla zapłacenia których będę musiał wykonywać niewolniczą pracę na kilku etatach, a na dodatek wsadzić do więzienia żebym wiedział kto tu rządzi i w przyszłości nie podskakiwał.

Ale jak do tego doszło, jeśli pan nic nie zrobił? – spytałem zaintrygowany.

Znudziłem się jej – wyjaśnił mężczyzna – więc postanowiła się dobrze rozwieść. Gdy ja chodziłem do pracy ona odprowadzała dzieci do szkoły i miała cały dzień by przygotować się do rozwodu. Przez osiem godzin dziennie obchodziła wszystkie możliwe instytucje w tym kraju i naopowiadała im takich bzdur, że odkręcenie tego zajmie chyba tysiąclecie. Niech mnie Pan ratuje! Ja nie chcę do więzienia, choć tam nie może być już chyba gorzej niż z tą moją żoną… Teraz już wiem, że do rozwodu trzeba się przygotować bardziej niż do ślubu – dodał filozoficznie.

W sumie miał rację. Ślub to prościna; zauroczenie, miłość i spełnienie marzeń na ślubnym kobiercu. Jak się człowiek postara, może to wszystko ogarnąć w kilka tygodni. Ale dobry rozwód to wielka batalia mogąca w najbardziej ekstremalnych przypadkach przypominać wojnę trzydziestoletnią, w trakcie której należy się wykazywać sprytem i taktyką godną Niccolo Machiavellego i znajomością reguł wojennych na poziomie Carla von Clausewitza.

Nie mogę opowiedzieć Państwu o dalszych losach tej sprawy, bo obowiązuje mnie tajemnica zawodowa.

Przypominała mi ona jednak czasy młodości, gdy jako aplikant zdobywałem zawodowe ostrogi w kancelarii mojej patronki mecenas Ewy Milewskiej – Celińskiej, specjalizującej się w sprawach rozwodowych.

Życie szybko mnie nauczyło, że z małżonkami jest podobnie z jak właścicielami wielkich jachtów. Pewien właściciel jachtu morskiego o długości piłkarskiego boiska powiedział mi, że w swoim życiu miał dwa najszczęśliwsze dni; ten w którym kupił swój wymarzony jacht, a następnie ten, w którym się go pozbył. Z małżonkami bywa podobnie.

Pierwszy szczęśliwy dzień to ten na ślubnym kobiercu, drugi, gdy sad po wieloletnim sporze orzeka wreszcie rozwód.

Nie zapomnę jednej z pierwszych spraw w której reprezentowałem przepiękną jasnowłosą dziewczynę chcącą rozwodu. Ona opowiadała sądowi o różnicy charakterów o rozpadzie współżycia o tym, że sprawy zaszły tak daleko, że nic nie da się naprawić. On zapewniał, że kocha, że uchyli jej nieba i że miłość przetrwa wszystko.

W dramatycznej mowie przekonywałem sąd, że nastąpił trwały i zupełny rozpad pożycia i wszystkie więzy łączące małżonków zostały zerwane.

Sąd przyjął te argumenty i orzekł rozwód. Dziewczyna z powagą dotrwała do końca odczytywania sentencji. Potem wstała i wolnym krokiem dotarła do drzwi po czym na zewnątrz sprawy potoczyły się jakby dostała nieoczekiwany zastrzyk multiwitaminy. W radosnym biegu wyrzuciła ramiona do góry, zakręciła kilka piruetów, których nie powstydziłaby się primabalerina Teatru Wielkiego po czym rzuciła mi się na szyje w opętańczym szale radości krzycząc; wolna! W końcu wolna!

Kilka tygodni później reprezentowałem również wybitnej urody dziewczynę. Dochodziła rozwodu konstruując swoje roszczenie na zarzucie niewierności męża. Bardzo jej zależało na rozwodzie bowiem w międzyczasie swoje serce zdeponowała już u innego mężczyzny. Szczęśliwie i tym razem sąd orzekł rozwód.

Jak mogę panu wynagrodzić tę wielka przysługę, którą mi pan oddał – spytała dziewczyna już po ogłoszeniu wyroku.

Wszelkie rozliczenia proszę dokonywać z moją patronką – poinformowałem klientkę

ale mnie chodzi o nagrodę specjalną – spojrzała na mnie z czułym uśmiechem.

Gdy nad ranem wychodziła z mieszkania uświadomiłem sobie, że praca prawnika rozwodowego jest trudna i wyczerpująca, ale przynosząca również zawodową satysfakcję. Wkrótce jednak straciłem zapał do tej dziedziny prawa, patronka bowiem zaczęła mi przydzielać bardziej sędziwe klientki i coraz częściej zamiast ze szczerością i spontanicznością dziewczęcych reakcji musiałem się stykać z ciemną stroną ludzkiej egzystencji. Wzajemne oskarżenia, kłamstwa inwigilacja, detektywi fałszywi świadkowie to codzienność towarzysząca rozwodom. Najgorsze były podziały majątku, chęć odwetu na współmałżonku powodowała, że już po rozwodzie kłócono się o wszystko. Czego myśmy nie dzielili?! Psy, koty, kury, jaszczury, jednorożce, szafy dwudrzwiowe wszystko co współmałżonkowie znaleźli w domu. Któregoś dnia okazało się się, że dobrem, o które mamy prowadzić spór to dwanaście rolek papieru toaletowego. Zaciekłość boju, który z udziałem naszych mocodawców stoczyliśmy przypominał najzaciętsze batalie militarne opisywane w podręcznikach historii.

Coś jednak wtedy we mnie pękło i złożyłem sobie uroczystą obietnicę, że po zakończeniu aplikacji moja noga niepostanie więcej na sali rozwodowej. Przez ponad trzydzieści lat pozostałem wierny tej obietnicy. Jednak będąc prawnikiem procesowym przed sprawami około rozwodowymi nie da się całkowicie uciec.

To co powiedział klient, że do rozwodu trzeba się przygotować bardziej niż do ślubu to najszczersza prawda, bywa, że przygotowania trwają po kilka lat zaś prawo karne staje się narzędziem używanym by osiągnąć końcowy sukces. Przy czym sukcesem nie jest tylko odzyskanie wolności. Składa się na niego przejęcie wspólnego majątku, przejęcie władzy nad dziećmi, uzyskanie świadczeń alimentacyjnych zamieniających byłego małżonka we współczesnego niewolnika oraz, aby uniemożliwić mu skuteczną obronnę – postawienie go przed sądem z zarzutem znęcania się nad rodziną. Ewentualnie – molestowania seksualnego dzieci.

Działania przygotowawcze do przyszłego rozwodu podejmuje się często bezpośrednio po ślubie.

Zabawną historię opowiadał mi znajomy zajmujący się badaniami na wariografie. W jego biurze pojawiła się świeżo poślubiona para.

Proszę go zbadać, czy jest mi wierny i nie ma żadnych flirtów – zażądała małżonka.

Zosiu, jestem wierny, ja nie chcę na to badanie.

Masz iść, bo popamiętasz, a i chciałam się umówić, że będziemy takie badania robić okresowo co kwartał.

W przygotowaniach przedrozwodowych warto zdobyć jak najwięcej informacji o swoim małżonku, przy czym nie muszą być one związane z przebiegiem samego małżeństwa. Pewien mężczyzna zwykł wracać do domu z dokumentami, nad którymi pracował wieczorami. Zapobiegliwa małżonka od pierwszego dnia po ślubie zapobiegliwie robiła fotokopie wszystkiego co przynosił mąż. Gdy doszło do rozmów rozwodowych dysponowała taką wiedzą o firmie męża i jego klientach, że mogła śmiało postawić nienegocjowane warunki.

Detektyw Marcin Popowski opublikował książkę „Porady na zdrady” w której nie tylko wskazał po jakich symptomach można poznać, że małżonek zdradza i jak zdobyć tego dowody ale również zaproponował cały zestaw działań monitoringu bieżącego, który pozwala stwierdzić, czy małżonek istotnie jest wierny przysiędze którą składał.

Działania takie jak zakładanie GPS, aparatury podsłuchowej czy kamer jest wobec postępu techniki czymś na porządku dziennym. Czasem zdarzają się zabawne sytuacje, gdy oboje małżonkowie niezależnie przygotowywali się do rozwodu zbierając na siebie materiały. Wzajemnie podejrzewając się o zdradę założyli minikamerki monitorujące ich małżeńskie łóżko ukryte w znajdujących się na półkach maskotkach.

Gdy żona w czasie sprawy rozwodowej dowodziła zdrady filmem nagranym z tygryska, małżonek zrewanżował się tym samym pokazując sądowi film nakręcony z Misia Puchatka. Oczywiście instalowanie aparatury inwigilującej poza miejscami publicznymi jest zabronione, pod rygorem odpowiedzialności karnej.

Dobrym taktycznie ruchem może być sprowokowanie małżonka do podjęcia tego typu działań, a następnie zdemaskowanie go i wszczęcie przeciwko niemu postępowania karnego o nielegalną inwigilacje. Skazanie może spowodować, że małżonek nie będzie mógł zajmować stanowisk we władzach spółek, co przy małżonku biznesmanie może okazać się ciosem w samo serce.
Szczytem zaś finezji jest założenie aparatury do inwigilacji samego siebie, a następnie „odnalezienie” jej i oskarżenie o jej zainstalowanie małżonka.

Żeby skutecznie prowadzić walkę rozwodową trzeba zgromadzić na to środki co najprościej osiągnąć przejmując we własne władanie część majątku wspólnego. Jednorazowe podjęcie dużej kwoty może wzbudzić podejrzenia, dlatego praktyczniejsze jest stałe wypłacanie na ten cel środków od początku trwania małżeństwa. Jednakże szczytem przedsiębiorczości będzie przejęcie wspólnych środków tak by potem móc o to oskarżyć współmałżonka. Dla przykładu jedna z możliwych metod. Idziemy do banku skąd pobieramy sporą gotówkę. Następnie wieczorem spotykamy się z małżonkiem i w czasie rozmowy, którą nagrywamy wręczamy mu kopertę z banknotem stu złotowym mówiąc wziąłem pieniądze o które prosiłeś. Małżonek odruchowo mówi dziękuje biorąc kopertę, a my mamy dowód, że wypłacone z banku pieniądze zostały mu przekazane i zostały wykorzystane na jego potrzeby.

W celu przejęcia wspólnego miejsca zamieszkania bardzo przydatne bywa oskarżenie małżonka o pobicie, bo to pozbawia go wiarygodności w procesie, a ponadto może spowodować sądowy zakaz przebywania w dotychczasowym miejscu zamieszkania. By to osiągnąć najlepiej po uzbrojeniu domu w aparaturę nagrywającą tak długo prowokować małżonka, aż nie wytrzyma i nas trzepnie, a następnie uzyskać obdukcję lekarza sądowego potwierdzającą obrażenia. Po skompletowaniu kilku takich zaświadczeń udać się na policje. Czasem bywają z pozoru beznadziejne sytuacje, że małżonek jest tak łagodny lub przebiegły, że sprowokować się nie daje. Jednak i w takiej sytuacji nie należy się poddawać. Po prostu w domu trzeba zamienić aparaturę do rejestracji audio – video na aparaturę audio. Następnie w czasie jednej z domowych rozmów nagle wykrzyknąć „o Boże co ty mi zrobiłeś” i rzewnie zaszlochać i zanim zdumiony małżonek zdąży się spytać o co chodzi wybiec z pomieszczenia. Należy pobiec do najbliższej przyjaciółki i poprosić ja o koleżeńską przysługę strzelenia nas w szczękę. Z reguły przyjaciółki z dużym zaangażowaniem spełniają takie prośby po czym udać się na obdukcje. Oczywiście zarówno fabrykowanie fałszywych dowodów jak i stawianie fałszywych oskarżeń i składanie fałszywych zeznań jest karalne, jednak praktyka wykazuje, że częściej daje się wiarę kobiecie twierdzącej, że jest maltretowana przez męża niże jemu, gdy temu zaprzecza. Z kolei w przejęciu opieki nad dziećmi korzystne jest oskarżenie małżonka o znęcanie się fizyczne lub psychiczne nad dziećmi, a jeszcze lepiej o molestowanie seksualne dzieci. Jeśli małżonek nie ma podobnych inklinacji czasem nie musi to być przeszkodą dla osiągniecia skutecznego efektu. Jeśli będzie się powtarzać kilku letniemu dziecku, żeby bał się ojca i go omijał, bo inaczej ten go pobije i za to trafi do więzienia, to istnieje duża szansa, że w rozmowie z psychologiem dziecko wspomni, że jest przez ojca bite i za to ojciec trafi do więzienia.

W swojej książce „Molestowanie pamięci” psycholog Ewa Milewska opisuje sposoby manipulowania pamięcią dzieci tak by wywołać w nich sztuczne wspomnienia, że były molestowane seksualnie. Jednym ze sposobów jest oglądanie z kilkulatkiem filmów pornograficznych i takie ich komentowanie by zdarzenia dziejące się na ekranie kojarzyły mu się z drugim rodzicem.

Jeśli małżonek swoim zachowanie nie daje argumentów do orzeczenia rozwodu z jego winny możemy takie zachowanie sprowokować albo poddawać małżonka testowi. Istnieją firmy specjalizujące się na wysyłaniu osób, które będą małżonka wodzić na pokuszenie skrzętnie dokumentując jego reakcje. Ważne jest pozyskiwanie również świadków różnych niegodnych zachowań.

W zespole adwokackim którym pracowałem w latach osiemdziesiątych pojawiała się pani, która kręciła się po poczekalni wypatrując osób, które przyszły tu ze sprawą rozwodowa. Następnie przysiadała się do wytypowanej ofiary wysłuchiwała jej historii po czym oferowała, że za niewygórowaną opłatą może zaświadczyć o każdej niegodziwości drugiej strony w sądzie. Obecnie podobne role przejmują pomoce domowe, które za dodatkowymi apanażami gotowe są sobie przypomnieć o różnych kompromitujących epizodach ze strony swoich chlebodawców.

Te wszystkie barwne epizody pojawiają mi się w sprawach karnych, które są prowadzone w uzupełnieniu do spraw rozwodowych. Prawdą jest zatem, że aby wygrać wojnę o dobry rozwód trzeba toczyć ciężkie walki w czasie trwania małżeństwa. Dlatego w spierającym się małżeństwie świetnie sprawdzają się rady wielkich strategów odnośnie prowadzenia wojen. Czyż powiedzenie Clausevitza „wojna jest aktem przemocy, a przy stosowaniu jej nie ma granic” nie odnosi się doskonale do skonfliktowanego małżeństwa? Albo czy „wojna to nic innego jak tylko pojedynek na ogromną skalę” czegoś nam nie przypomina?

Sprawy rozwodowe pokazały mi, że w małżeństwie sprawdza się przysłowie łacińskie wywodzące się od słów Liwiusza „Jeśli chcesz pokoju szykuj się do wojny”. Niektórzy małżonkowie nie chcąc by w przyszłości doszło do rozwodu już na początku małżeństwa zdobywają taką broń przeciwko swojemu partnerowi, tak że jest on skazany na porażkę w każdej konfrontacji. Świadomość tego eliminuje z jego głowy myśli o rozwodzie.

Wracając do domu po rozprawach związanych z wojnami małżonków wracają mi słowa George Bayrona „chodź kobiety są aniołami, jednak małżeństwo jest diabłem”.