Torba

Ta przygoda zaczęła się pewnego dnia w zespole adwokackim, gdzie w tłumie siedzących w poczekalni klientów dostrzegłem drzemiącego Henryka Wujca. Była to sytuacja równa tej, jakbym zobaczył boga, który na chwilę zszedł z Olimpu i odwiedził ziemię.

Najczęściej zadawane pytanie adwokatom broniącym w sprawach karnych brzmi: dlaczego bronią gangsterów? Pierwszym odruchem jest odpowiedź pytaniem: a kogo mamy bronić, księży? Jednak od razu przychodzi refleksja, że wszak i ta grupa zawodowa coraz liczniej zaczyna gościć na ławach oskarżonych. W sprawach karnych zarzuty są stawiane osobom, których wina została uprawdopodobniona, co znaczy, że dowody w dużym stopniu wskazują, że mogą być oni winni zarzucanych im czynów. W trakcie procesu te dowody się weryfikuje i często w konsekwencji okazuje się, że doszło do pomyłki prokuratury w wytypowaniu oskarżonego. Może to być wynik nieprzewidywalnego zbiegu okoliczności, kłamstwa zeznających w sprawie świadków, niekompetencji prokuratora bądź jego złej woli i celowego działania, by osobę niewinną uwikłać w proces karny. Przyjmując sprawę nigdy nie wiemy, czy klient jest winny, czy nie – ma to dopiero wykazać proces. W prawie obowiązuje domniemanie niewinności, co oznacza, że osobę, która nie została skazana prawomocnym wyrokiem, należy uważać za niewinną. Gdyby zatem adwokat uzależniał obronę od analizy, czy ktoś jest winny, czy nie, na wstępie łamałby zasadę domniemania niewinności, rozstrzygając o czyjejś winie, zanim zrobi to sąd. Podejmując każdą obronę podejmujemy świadome ryzyko, że będziemy bronić kogoś, kto istotnie dopuścił się zarzucanego mu czynu. Oczywiście każdy adwokat marzy o tym, by bronić tylko ludzi niewinnych, jednak w praktyce jest to marzenie utopijne. Od zasady, że większość podejrzanych jest w istocie winna, istnieje wyjątek: obrona w procesach politycznych, gdzie dyktatorskie rządy starają się za pomocą narzędzi prawa karnego spacyfikować tych, którzy upominają się o respektowanie zasad demokracji. W latach 80. adwokatura znajdowała się na pierwszym miejscu zawodów zaufania publicznego. Przyczyna była prosta: adwokaci bronili wtedy w procesach politycznych opozycjonistów, a zatem osób uznawanych przez opinię publiczną za bohaterów. Pech adwokackiego rzemiosła polega na tym, że w prawdziwie demokratycznym kraju nie ma procesów politycznych, a zatem trudno jest odnaleźć represjonowanych herosów, którzy zasiadają na ławach oskarżonych. Miałem to szczęście, że pod koniec lat 80. jeszcze jako młodziutkiemu aplikantowi adwokackiemu udało mi się uczestniczyć w kilku takich procesach. Ta przygoda zaczęła się pewnego dnia w zespole adwokackim, gdzie w tłumie siedzących w poczekalni klientów dostrzegłem drzemiącego Henryka Wujca. Była to sytuacja równa tej, jakbym zobaczył boga, który na chwilę zszedł z Olimpu i odwiedził ziemię. Dla mojego pokolenia Heniek był właśnie takim bogiem; współzałożyciel Komitetu Obrony Robotników, działacz „Solidarności”, najpierw internowany, a następnie sądzony i skazany za działalność opozycyjną w czasie stanu wojennego. Wpatrywałem się w niego jak w zjawisko, gdy nagle mój idol się obudził. Uznałem, że niegodne jest, by taka osoba czekała w kolejce, podszedłem zatem spytać, na jakiego adwokata oczekuje, chcąc przemycić go na spotkanie poza kolejnością. Heniek powiedział, że czeka na spotkanie z moją patronka Ewą Milewską-Celińską. Przy rozmiarach jej kancelarii mogło to potrwać kilka godzin, odmówił jednak propozycji pomocy, mówiąc, że poczeka i korzystając odeśpi dwie nieprzespane, spędzone na komisariacie noce po zatrzymaniu przez bezpiekę.

Zaczęliśmy rozmawiać i po godzinie Heniek oznajmił, że nie ma powodu, żeby dalej czekał w kolejce do mojej patronki, bo przecież ja mogę go bronić. Oniemiałem. Byłem początkującym prawnikiem i o możliwości obrony kogoś takiego w najśmielszych snach marzyłem dopiero za kilka lat. Nie pomogły szczere oświadczenia, że jestem żółtodziobem i nie dam sobie rady. Heniek uparł się i z błogosławieństwem mojej patronki, szczęśliwej, że jedna ze spraw spadnie jej z głowy, zostałem jego obrońcą. Zarzuty, które dostał Heniek, były na owe czasy typowe: został zatrzymany przez bezpiekę, gdy przenosił nielegalne wydawnictwa, i oskarżony o nielegalny kolportaż materiałów antypaństwowych. Sama sprawa nie budziła niepokoju Henia, miał już wtedy za sobą kilka lat spędzonych w więzieniu i wiele wyroków za działalność na rzecz demokracji. Najbardziej niepokoiło go, że w czasie zatrzymania bezpieka zabezpieczyła jako dowód jego ulubiona torbę, w której od lat kolportował bibułę. Do aresztu mógł iść, bo z tym się liczył, ale chciał odzyskać ukochaną torbę.

Na pierwszą rozprawę przyszedłem przed nim i na korytarzu dostrzegłem grupkę ubeków, którzy mieli w tej sprawie zeznawać jako świadkowie. Natychmiast wdałem się z nimi w rozmowę. Gdy doszedł Heniek, popatrzył na mnie z niepokojem, zapewne zastanawiając się, czy nie popełnił błędu w wyborze obrońcy. Natychmiast wyjaśniłem mu swoją filozofię obrony. Wroga należy poznać i dowiedzieć się od niego jak najwięcej, a skąd można się dowiedzieć o argumentach przeciwnika? Oczywiście słuchając samych oskarżycieli. Gdy na następną sprawę z kolei ja przybyłem jako drugi, dostrzegłem Henia zawzięcie dyskutującego z obecnymi przed salą ubekami, który następnie zaczął dzielić się ze mną zdobytymi informacjami.

Moja obrona nie okazała się jednak skuteczna i Heniek został uznany przez sąd winnym. Przystąpiłem zatem do przygotowywania apelacji. Oglądając akta natknąłem się na ciekawy szczegół. Wyrok był pisany ręcznie i w czasie pisania sędzia się pomylił. Naturalną sprawą było napisać wyrok od początku, jednak piszący okazał się leniem i zamiast powtórzyć pracę zakleił błędnie napisaną treść plastrem samoprzylepnym i napisał na nim nową treść.

Znalazłem idealną podstawę odwoławczą, wszak nie można było stwierdzić, czy wyrok znajdujący się w aktach jest tym samym, który wydał sąd, wszak ktoś mógł zakleić pierwotną treść i wpisać nową. Było to nie do ustalenia, a gdy nie wiadomo, jak brzmi wyrok, rozprawa powinna być toczona od początku. Sąd odwoławczy zgodził się z tą argumentacją.

Gdy sprawa powtórnie trafiła na wokandę, w kraju zaczynała się odwilż i legalna działalność „Solidarności” została reaktywowana. Gdy wyznaczony został nowy termin rozprawy, stawiłem się na niej przynosząc usprawiedliwienie nieobecności oskarżonego, który w tym czasie jako członek delegacji „Solidarności” brał udział w spotkaniu z Margaret Thatcher. Na kolejną rozprawę przyniosłem podobne usprawiedliwienie; tym razem Heniek brał udział w spotkaniu z Ronaldem Reaganem. Na następnej okazałem sądowi dokument, z którego wynikało, że Heniek został wybrany posłem na sejm. Sprawa została przez sąd umorzona, co umożliwiło nam żądania zwrotu tak ważnej dla mojego klienta torby. Niestety okazało się, że torba zaginęła w policyjnych magazynach. Heniek był bardzo niepocieszony, ale poselska praca wciągnęła go tak, że szybko zapomniał o stracie. Minęło kilka lat, gdy któregoś poranka obudził mnie telefon Henia
– Mam ją – poinformował mnie z dumą.

Przecierając zaspane oczy nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Okazało się, że chodzi o torbę. W czasie remanentu któregoś z policyjnych magazynów zguba się odnalazła. Heniek cieszył się wtedy jak dziecko.