Wakacji w tym roku nie będzie! Nadchodzi wielki kryzys w branży turystycznej. Ruch lotniczy może spaść nawet o 90 proc.
Być może kiedy Państwo czytają ten tekst, sytuacja jednak wróciła do normy, ale biorąc pod uwagę nieprzewidywalność jako jedyny dziś przewidywalny trend, raczej nie. Dlatego pewnie wiele polskich rodzin z bólem, ale jednak, godzi się właśnie z myślą pozostania na tegoroczne wakacje w kraju.
Dlatego, że jest drogo, a będzie jeszcze drożej. Wojna z Iranem i to wszystko, co dzieje się w Zatoce Perskiej, już kładzie się cieniem na światowej gospodarce i ma wpływ na portfel każdego z nas. Wystarczy spojrzeć na ceny na stacjach, które pamiętajmy, że na razie są sztucznie zamrożone, by zastanowić się nad wzrostem inflacji za jakiś czas. Tym bardziej że szybki wzrost cen może w każdej chwili wrócić, a wtedy inflacja zastuka do drzwi każdego za nas. Analitycy uważają, że „najgorszy scenariusz” może być dopiero przed nami, a aktualne ceny ropy i całej gamy ropopochodnych produktów nie odzwierciedlają do końca tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Że baryłka ropy powinna realnie już dziś kosztować ok. 120 dol., a finalnie nawet 150!
To jednak nie koniec. Gigant paliwowy – koncern Shell już ostrzega, że blokada cieśniny Ormuz może wywołać konieczność racjonowania paliwa w Europie. Światowa agencja energii ostrzega nawet przed możliwością światowego lockdownu, czyli totalnego braku paliw. Bowiem jeśli wojna zakończy się wcześniej a nie później, to opóźnienie w globalnych dostawach spowoduje, że uzupełnianie zapasów potrwa bardzo długo, a ceny paliw szybko nie spadną. Nawet jeśli, to w przypadku paliwa lotniczego, które od razu podskoczyło o 50 proc., by po niecałych dwóch dojść do 100 proc., będzie to wielka bariera, bo spadki nie osiągną już poziomów cen z zimy…
Ceny biletów lotniczych na trasach długodystansowych od początku marca wzrosły nawet o 600 proc. Trasy z głównych europejskich stolic w kierunku Azji są astronomiczne. Przykładowo lot z Frankfurtu do Bangkoku kosztował w lutym niecałe 500 dol., a dziś kosztuje prawie 3 tys. dol.
Możemy mieć taki kryzys paliwowy, w którym dostępność paliwa lotniczego na rynku będzie mniejsza i dotknie to również Polskę czy inne kraje w Europie; ruch lotniczy może spaść o 60-70, a nawet 90 proc. – oceniał przed majówką Janusz Janiszewski, ekspert lotniczy i były p.o. prezesa Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej. O tym, że Europa z początkiem lata może stanąć w obliczu poważnych niedoborów paliwa lotniczego, jeśli konflikt będzie się przedłużał, alarmuje z kolei szef Ryanaira Michael O’Leary. Jeśli konflikt potrwa do końca kwietnia, już na początku czerwca możemy mieć poważny problem z dostępnością paliwa – stwierdził O’Leary podczas konferencji prasowej w Londynie. Z kolei Carsten Spohr, prezes niemieckiej Lufthansy, przyznała, że pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się już w kwietniu w Azji. Jeśli dojdzie do niedoborów na rynku paliwowym, najpierw odczują je właśnie lotniska poza Europą – tłumaczyła Spohr. „Financial Times”, powołując się na źródła branżowe, już w kwietniu ostrzegał że europejskie lotniska mogą stanąć w obliczu „systemowych” niedoborów paliwa lotniczego, jeśli cieśnina Ormuz nie zostanie w pełni otwarta w ciągu kilku tygodni. Rezerwy paliwa lotniczego są na wyczerpaniu, a „wpływ działań wojskowych na popyt” dodatkowo obciąża dostawy.
Dlatego prawdziwy problem i ból głowy od początku marca mają touroperatorzy. Wiadomo, że wzrost cen paliw ma wpływ także zagranicznych wakacji, które tak ukochała w ostatnich dekadach niemal każda polska rodzina, a na pewno ta, która jest zdania, że należy do klasy średniej i wyjechać musi.
Kiedy piszę te słowa, czyli na niemal 3 miesiące przed rozpoczęciem sezonu, wszystko wskazuje na to, że wakacje 2026 będą sporo droższe. Być może wręcz dla wielu z nas nieosiągalne.
Rozsmakowałeś się, drogi Polaku, w zagranicznych wakacjach? Kochasz ciepłe morze i komfort all inclusive? Może cenisz niezależność i dlatego preferujesz własne auto i chorwackie wybrzeże? Mam dla Ciebie złą informację – w tym roku lepiej dla ciebie będzie, jak o tym zapomnisz.
Cena paliwa to niemal połowa kosztu całej wycieczki zagranicznej. Jak ujawnia prezes firmy WP Holding, która posiada serwis Wakacje.pl, ceny wycieczek, sprzed roku są absolutnie niedostępne, a turbulencje mogą potrwać dużo dłużej niż sam konflikt w Zatoce Perskiej.
Już w połowie marca ceny u touroperatorów kształtowały się na poziomie wyższym niż rok wcześniej średnio o kilka procent. Ale w kwietniu było to znacznie więcej. Dziś te najpopularniejsze kierunki, takie jak Wyspy Kanaryjskie, Turcja i Grecja, notują rekordowe ceny, często przekraczające odpowiednio 6 tys. zł i 5 tys. zł za osobę. Nawet nieco tańszy Egipt – to dla 4-osobowej rodziny koszt niemal 20 tys. zł. Wydatek trzeba przyznać niebagatelny.
Czyli mamy jak na dłoni przykład, w jaki sposób wielka geopolityka wpływa na życie każdego z nas.
Nie wiem nawet, czy zyskają ci, którzy pomyśleli wczesną wiosną, że warto kupić szybko, bo będzie jeszcze drożej… Niekoniecznie. Biuro podróży co prawda nie może podnieść ceny imprezy w okresie 20 dni przed datą jej rozpoczęcia, ale może zapisać w umowie możliwość podwyżki, np. gdy wzrosną ceny paliw. Czy można bezkosztowo odstąpić od takiej umowy? Można, ale trzeba uważnie czytać, co się podpisuje, a z tym mamy zawsze problem…
Czyli podrożało wszystko – nie tylko popularne wśród Polaków, a leżące blisko konfliktu przez co też mniej spokojne Turcja i Egipt, lecz jeszcze bardziej te uważane za najbezpieczniejsze kierunki, jak Grecja czy Wyspy Kanaryjskie.
Jak podaje Forsal, cytując raport z monitorowania cen Instytutu Badań Rynku Turystycznego TravelDATA, średni koszt 7-dniowego wyjazdu na wakacje all inclusive w szczycie sezonu wzrósł po niecałych dwóch miesiącach od rozpoczęcia konfliktu o kilkaset złotych na osobę.
To najwyższa podwyżka cen od początku sprzedaży ofert wyjazdów wakacyjnych od lat. Finalnie w środku sezonu może być tylko drożej, bo oblężenie będą przeżywać plaże bezpiecznej jeszcze np. Grecji czy Włoch i Hiszpanii. Co oznacza wzrost popytu? Wyłącznie kolejne podwyżki, bo przecież tamtejsze hotele mają ograniczoną pojemność, a rzuci się na nie cała Europa. Tak więc do podwyżek spowodowanych wzrostem cen paliwa, dojdą droższe hotele czy siłą rzeczy droższe potrawy w restauracjach. Tak wygląda prawo rynku.
Ci, którzy lubią luksus, a nie lubią przepłacać, mogą zaryzykować i kupić na forach w internecie wycieczki do Dubaju czy Omanu, od tych, którzy ze strachu je teraz szybko odsprzedają. Tego jednak nie polecamy. Tym bardziej że Ministerstwo Spraw Zagranicznych z powodu niebezpiecznej sytuacji w Zatoce, wciąż kategorycznie odradza podróże do: Iranu, Izraela, Palestyny, Libanu, Syrii, Jemenu, Jordanii, Arabii Saudyjskiej, ZEA, Kuwejtu, Bahrajnu oraz Omanu. Patrząc na relacje influencerów, którzy mieszkają w ZEA lub spędzają tam urlop, ostrzeżenie nie trafia do każdego.
No dobrze – ktoś pomyśli – touroperatorzy tylko na nas zarabiają. Niech zmniejszą marże. Jednak zaporowe ceny sprawią, że w tym roku biura podróży zaczną znów masowo upadać, a transport zacznie powoli zamierać aż do odwołania wielu połączeń ze względu na nieopłacalność ich utrzymania.
Wspomniany już prezes WP Holding, który jest właścicielem serwisu Wakacje.pl, nazywa to, co się obecnie dzieje w branży „małym Covidem” i zakłada bardzo negatywne scenariusze dla całego ruchu turystycznego w tym sezonie, co już jest widoczne właśnie w spadku zamówień…
Więc co ci, drogi Polaku, zostało? Może wakacje w tak lubianej przez nas Chorwacji? Własnym samochodem… Choć tu też będzie znacznie drożej, choćby dlatego, że trzeba tam dojechać. Powiedzmy ok. 1,4 tys. km do Splitu, co przy obecnych cenach paliw i przy średnim spalaniu powiedzmy 8 l/100 km, to wydatek rzędu 1,8 tys. zł. Jeśli paliwo będzie dostępne, bo kilka krajów czasowo wprowadziło kartki, a Węgrzy i Słowacy mają u siebie dwie ceny: niższą dla swoich i komercyjną, czyli wyższą, dla obcokrajowców. Jak u nas w czasach PRL…
No to może… wakacje w kraju? Jak kiedyś bywało. Tak to się w tym roku skończy, bo wyjechać gdzieś trzeba. Badanie serwisu Noclegi.pl pokazuje wyraźny trend: coraz więcej osób planuje urlop właśnie w Polsce.
Czyli jest pewne, że bałtyckie kurorty, będące kurortami tylko z nazwy, regiony górskie czy Mazury będą przeżywać prawdziwe oblężenie.
Dobrze wiemy z doświadczenia, że udany sezon dla krajowej gastronomii czy właścicieli nieremontowanych dawno kwater albo campingów bez wygód to coś, za czym specjalnie nie tęskniliśmy, przyzwyczajając się łatwo do suto zastawionych stołów nad Morzem Śródziemnym. Za hotel all inclusive w polskich warunkach zapłacić trzeba będzie jeszcze więcej niż w Turcji czy Egipcie.
Jeśli zimne morze i zatłoczone plaże, tłok na Giewoncie i deszcz na Mazurach oraz surowe frytki z kwaśnym ketchupem i rybka na papierowej tacce za 100 zł i dzieci, które zamiast rybki chcą gofra za jedyne 30 zł, to nie jest coś, o czym śniłeś, co jeszcze zostaje? Do wyboru są jeszcze wakacje pod gruszą, pod warunkiem, że dojedziemy tam PKS-em, jeśli nie został jeszcze zlikwidowany.
Inny wariant to wakacje na słynnym polskim RODOS-ie, czyli na działkach pracowniczych, pod warunkiem, że ktoś taką działeczkę posiada. Zostają jeszcze wakacje w mieście, czego i Państwu, i sobie jednak nie życzę.

