Z Katarzyną Pander-Liszką rozmawiał Ireneusz Korzeniewski
Zanim zaczniemy rozmawiać o sztuce, muszę zapytać o historię, która najbardziej mnie zaintrygowała. Podobno biegała Pani po Paryżu z obrazem na głowie.
Nie był to performance ani artystyczna prowokacja. Po prostu tak było najwygodniej. Właśnie zakończyła się wystawa Salonu Niezależnych w Grand Palais – jednej z najbardziej prestiżowych wystaw sztuki, organizowanej od ponad stu lat. Obrazy trzeba było jakoś dostarczyć do hotelu, a przez tłum nie mogły przebić się ani taksówki, ani samochody. Metro okazało się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Paryżanie patrzyli więc na kobietę biegnącą z obrazem na głowie, a ja miałam tylko jedną myśl – jeszcze kilka lat wcześniej wydawało mi się, że coś takiego nigdy się nie wydarzy.
Najpiękniejsze jest jednak to, że ta historia nie zaczęła się w Grand Palais. Zaczęła się rok wcześniej na Montmartre. Wieczorem siedziałam w niewielkiej kawiarni, do której przed laty zaglądali Picasso, Cézanne, Monet, Renoir i Degas. Pomyślałam wtedy, jak niezwykłe byłoby choć przez chwilę poczuć to samo życie, które oni czuli jako artyści. Następnego dnia, zupełnie przypadkiem, usłyszałam o naborze do Salonu Niezależnych. Kilka miesięcy później dostałam wiadomość, że zostałam przyjęta. Do dziś nie wiem, czy był to zbieg okoliczności, czy prezent od artystów z zaświatów. Od tamtej pory wracam na Montmartre z jeszcze większym szacunkiem dla marzeń.

„ASSEMBLAGE CXV”
(lub „Narodziny Wenus”) z 2024 r.
Patrząc na Pani drogę, można odnieść wrażenie, że wszystko zaczęło się od malarstwa. Tymczasem najpierw projektowała Pani wnętrza.
Właściwie do dziś projektuję przestrzeń. Zmienił się tylko jej adres. Przez wiele lat zastanawiałam się, jak światło wpłynie na wnętrze, jak materia zbuduje atmosferę i jak człowiek będzie czuł się we własnym domu. W pewnym momencie zrozumiałam jednak, że bardziej interesuje mnie to, co dzieje się wewnątrz człowieka niż wokół niego. Projektowanie wnętrz dawało mi ogromną satysfakcję, ale zaczęło mi brakować możliwości opowiadania historii i emocji.
Najpierw zakochałam się w kolażu. Przez lata eksperymentowałam z jego różnymi formami, szkoliłam się we Włoszech i Stanach Zjednoczonych, zostałam członkinią National Guild of Decoupeurs. Z czasem przeniosłam kolaż na płótno i tak narodziły się moje asamblaże. To była naturalna droga. Nigdy nie szukałam efektownej techniki. Szukałam takiej, która najlepiej opowie to, co chcę powiedzieć.
Pani obrazy mają bardzo charakterystyczną strukturę. Domyślam się jednak, że najtrudniejsza część pracy nie zaczyna się wtedy, gdy bierze Pani do ręki pędzel.
Zdecydowanie nie. Najpierw przez wiele godzin buduję kompozycję z fragmentów tkanin. Są dni, kiedy wszystko układa się od razu. Są też takie, kiedy przez godzinę chodzę wokół obrazu z kubkiem kawy, przestawiam kawałek materiału o kilka centymetrów, odkładam go i zaczynam od początku. To trochę przypomina rozmowę z obrazem. On bardzo często mówi mi, że moje pierwsze rozwiązanie wcale nie było najlepsze. Dopiero kiedy ta struktura zaczyna żyć własnym rytmem, sięgam po farby olejne. Wtedy pojawia się światło, kolor i emocje. Co ciekawe, bardzo często element, który wydawał mi się najważniejszy podczas budowania kompozycji, po namalowaniu schodzi na drugi plan. Obraz sam ustala własną hierarchię.
Powiedziała Pani kiedyś, że Pani obrazy są buntem przeciwko pośpiechowi. To bardzo mocne zdanie.
Bo naprawdę tak je traktuję. Nie walczę z technologią. Korzystam z niej każdego dnia. Mam jednak poczucie, że w pogoni za wygodą i szybkością po cichu tracimy coś bardzo ważnego – uważność i bliskość. Dlatego tak często pojawiają się u mnie przeskalowane dłonie. Nie są dekoracją. Są symbolem dotyku, obecności i relacji. Chciałabym, aby człowiek, który stanie przed moim obrazem, na chwilę zwolnił. Żeby przypomniał sobie, że nie wszystko da się przeżyć przez ekran telefonu. Duży obraz nie pozwala się przewinąć jednym ruchem palca. Trzeba przed nim stanąć. Dać mu czas. W pewnym sensie jest to zaproszenie do rozmowy – najpierw z obrazem, a później z samym sobą.
Jak wygląda codzienność artysty, kiedy gasną światła wernisażu?
Znacznie mniej romantycznie, niż większości osób się wydaje. Jest ciężka fizyczna praca. Przesuwanie wielkoformatowych obrazów, walka z belkami tkanin, pakowanie, transport, kontakt z galeriami, pisanie dziesiątek wiadomości i cierpliwe czekanie na odpowiedzi, które często nigdy nie przychodzą. Bardzo szybko zrozumiałam, że artysta musi być jednocześnie twórcą, menedżerem, kuratorem, specjalistą od promocji i kierowcą.
A skoro już o kierowcy mowa… Podczas targów sztuki w Monako podjechałam pod hotel. Z budynku wyszedł elegancki boy hotelowy prowadzący złoty wózek na bagaże. Wszystko wyglądało jak scena z luksusowego filmu. Do chwili, gdy zaczęłam układać na nim kolejne niebieskie torby z IKEA, bo samochód był tak zapakowany obrazami, że nie było już miejsca na walizki. Mina boya była absolutnie bezcenna. To właśnie lubię w tym zawodzie. Nigdy nie wiadomo, czy następnego dnia będę rozmawiała z kolekcjonerem, czy walczyła z dwumetrowym płótnem, które uparło się nie zmieścić do samochodu.
W tej drodze były też momenty bardzo osobiste. Myślę choćby o spotkaniu z Deloris Jordan.
To był jeden z tych momentów, których się nie planuje. Pani Jordan weszła na mój wernisaż w Chicago jako kolejny gość. Po chwili poprosiła, żebym osobiście oprowadziła ją po wystawie. Zatrzymałyśmy się przy obrazie „Możliwe, niemożliwe”. Bardzo szybko przestałyśmy rozmawiać o technice czy kompozycji. Rozmawiałyśmy o życiu, determinacji i przekraczaniu własnych granic. Pamiętam moment, w którym dotarło do mnie, że ten obraz właśnie odnalazł swoją właścicielkę. To było niezwykłe uczucie. W takich chwilach uświadamiam sobie, że sztuka naprawdę potrafi połączyć ludzi, którzy wcześniej byli sobie całkowicie obcy.
A dziś? Kiedy ktoś pyta Panią, kiedy została Pani artystką, potrafi Pani odpowiedzieć?
Nie i chyba już nigdy nie będę potrafiła. Nie było jednej chwili, jednego sukcesu ani jednej wystawy, która nagle uczyniła mnie artystką. Dla mnie wszystko zaczyna się każdego ranka. Parzę kawę, włączam jazz z płyty winylowej i otwieram drzwi pracowni. Jeżeli nadal z taką samą ciekawością patrzę na puste płótno i chcę zobaczyć, dokąd zaprowadzi mnie tego dnia wyobraźnia, to znaczy, że wciąż idę właściwą drogą.

