„– Czy wiesz wnusiu, że były takie czasy, kiedy nie było internetu?
– A jak długo, dziadku? – odpowiedział wnuczek”. Ten już dość stary, ale jakże aktualny także w odniesieniu do mediów kawał, przypomniał mi się,
kiedy na portalu X jakiś czas temu czytałem wpis red. Dominiki Wielowiejskiej.
Wieloletnia i znana dziennikarka „Gazety Wyborczej” pisała tak:
„Krzysztof Stanowski odniósł wielki sukces, budując Kanał Zero. Nie jest jednak dziennikarzem. Jest youtuberem, celebrytą i przedsiębiorcą. Dziennikarz nie startuje w wyborach prezydenckich, nie reklamuje osobiście jakichkolwiek produktów oraz usług. I oczywiście Krzysztof Stanowski zatrudnia dziennikarzy z wieloletnim doświadczeniem, ale sam nim nie jest. Dlaczego to jest ważne? Bo nie chodzi mi o samego Stanowskiego, tylko o istotne rozróżnienie w dobie platform społecznościowych. Media tradycyjne odgrywają nadal kluczową rolę w życiu publicznym, oczywiście każde medium można oceniać inaczej, krytykować. Ale z założenia pracują tam dziennikarze, których praca jest weryfikowana, ponoszą osobistą odpowiedzialność za swoje informacje i komentarze, nie mogą wchodzić w konflikt interesów i nie są przybudówką żadnej partii, ani rozgrywającą swoje interesy firmą w ramach określonego obozu partyjnego. Natomiast celebryci i influencerzy reklamują co się da, wrzucają treści bez weryfikacji, ponoszą ograniczoną odpowiedzialność za swoje przekazy w sieci. Jesteśmy zalewani treściami, kolportowanymi przez trolli, i ma to wpływ na kształtowanie opinii publicznej. Dlatego ważne jest abyśmy bronili standardów mediów tradycyjnych i trzymali się prawidłowej terminologii”.
Tyle autorka. Jak państwo sądzą, ile w tym prawdy i oddania rzeczywistości?
Wszystko oczywiście głównie zależy od tego, gdzie się pracuje i jak dziś każdy z nas te obecnie działające media konsumuje. W tym przypadku wiele też zależy od redakcyjnych relacji, ponieważ Stanowski sam niedawno ujawnił, dlaczego „Wyborcza” go tak nie lubi. Ano dlatego, że on, zakładając Kanał Zero, a potem Portal Zero, takim ludziom jak dziennikarze ze „starych mediów” zabrał niemal wszystko: od prestiżu, przez pieniądze, po odbiorców. Dał przy tym wybór nam wszystkim. Wybór zaś mamy dziś tak duży jak nigdy dotąd. Stąd też ten cały bój, wynikający z totalnej, wręcz rewolucyjnej zmiany, jaką przeszły w ostatnich kilku latach media.
Sam jako twórca kanału YT Otwarta Konserwa nawet jeszcze teraz, czyli ponad dwa lata po starcie, muszę niejednokrotnie łykać dość gorzką pigułkę, kiedy okazuje się, że moje wcześniejsze, niemałe, bo ponad 30-letnie doświadczenie w mainstreamowych mediach oraz zdobyty w największych redakcjach warsztat, musi przegrywać w walce o uwagę internetowego odbiorcy i to z jakimiś nieznanymi mi wcześniej osobnikami, którzy w internecie na swoich kanałach YT są wielkimi gwiazdami, a których odbiorcy nawet nie słyszeli o kimś takim jak ja. Ba, nawet nie wiedzą o moim istnieniu! Tak, proszę szanownego czytelnika, tak dziś wygląda rynek mediów internetowych. Rządzi tam odbiorca. To on, a nie grupa wzajemnie się poklepujących po ramieniu dziennikarzy, klikając na film albo omijając go, ocenia dany produkt. Jednak to właśnie nowe media stają się powoli tzw. mainstreamem, a nie tylko jakimś dziwnym dodatkiem dla młodszych odbiorców, jak wciąż uważają starsi dziennikarze, a już na pewno wykładowcy z uniwersytetów, którzy – sam słyszałem – biadolą, że studenci nie czytają dziś gazet…
Nie, dziś gazet nie czyta niemal nikt (ja jeszcze tak), a z YT korzystają regularnie nawet starsi.
Kiedy startowała „GW”, mało kto słyszał o czymś takim jak internet. Kiedy komputer kojarzył się co najwyżej z jakimś szumem i nadawanym przez radio sygnałem gier, które potem nagrywało się na kasetach, by wczytać je do Atari, „GW” była potęgą. Dziś kiedy wszyscy mamy w dłoniach komórki, ale nie ma w nich aplikacji „GW”, bo jej miejsce zajęły inne media, stały się normą. Zresztą dotyczy to nie tylko „Gazety Wyborczej”. Prasa w startym słowa tego znaczeniu po prostu przestała pełnić w zbiorowej świadomości tak ważną rolę. Takie są fakty, a mówią o tym choćby dane sprzedażowe. Życie medialne przeniosło się gdzie indziej.
Stare media, a szczególnie te drukowane, dziś są już tylko cieniem dawnej potęgi. To, o czym pisze Dominika Wielowiejska, a co poniekąd wyraża też zdanie wielu starszych redaktorów, to nic innego jak nawet nie tylko smutek i żal z powodu utraconego raju, ale i – co z punktu widzenia tych redakcji zrozumiałe – absolutne niepogodzenie się z rzeczywistością i faktycznymi wyborami obecnych konsumentów newsów. Jak to – pytają – w ten sposób? Dlaczego nas zostawiliście? Bo to już nie ten czas i nie ta potęga.
Trzeba przyznać, że Wyborcza od samego początku istnienia przez kilka dekad była potęgą i to wielką. Polska czytała „Wyborczą”, myślała „Wyborczą” i dokonywała wyborów pod wpływem „Wyborczej”. „Wyborcza” nie tylko wyraziście dyktowała, co mamy myśleć, kogo szanować, a kogo potępić, kto jest elitą, a kto plebsem – choć wielu z nas uznało, że tak dyktuje nam samo nasze serce – ale także, i to dosłownie, wprowadzała w czyn stare powiedzenie, że „gazetą można kogoś nawet zabić”… Oczywiście nie dosłownie. Raczej zniszczyć, np. politycznie.
Jednak jest coś jeszcze. Autorka wpisu zarzuca Stanowskiemu, że poniekąd wchodzi w konflikt, rozgrywając swoje interesy w ramach określonego obozu partyjnego, czy stając się „żywą reklamą produktów”. Zapewne to aluzja do jego startu w wyborcach prezydenckich czy sponsorów kanału. Przypomnę, że Stanowski stanął do wyborów prezydenckich wyraźnie określając swoją rolę: nie wygram, to nie mój cel, ale powiem to, czego kandydaci na serio nie powiedzą. „Dziennikarz nie startuje w wyborach” – w innym fragmencie pisze Pani redaktor. Przypomnę, że Adam Michnik, założyciel „GW”, kandydował z powodzeniem w wyborach parlamentarnych w 1989 r., a w wielu innych mediach znaczącymi graczami zostali byli albo przyszli politycy. Ba, dziś wielu dziennikarzy zachowuje się tak, jakby byli bardziej politykami niż publicystami. Co można napisać o dziennikarzu „GW”, który zachowuje się jak biuro prasowe obecnego rządu, włącza się w kampanię wyborczą jednego z kandydatów i wykorzystuje podrzucane materiały do walki z opozycją? Ktoś powie: a Republika? A WPolsce24? Tak, to druga strona tego samego medalu. Z tą tylko różnicą, że oni nie udają dziewictwa.
„Wyborcza” od lat zajmuje się decydowaniem, komu przyznać certyfikat dziennikarza, a kto na niego nie zasługuje. Odnośnie do reklamy przez dziennikarzy, pamiętam dobrze, jak Tomasz Lis na swoim portalu reklamował izotonik. Nie widziałem oburzenia na łamach „GW”. Tymczasem prawda jest taka, że pracownicy „GW” rozgrywającą swoje interesy w ramach określonego obozu partyjnego. Nie respektują różnicy między informacją a komentarzem. Nie tylko oni i to jest też główny problem polskiego dziennikarstwa.
Czasy, gdy certyfikat prawilności, przyznawała i odbierała „GW”, minęły już dawno temu. Na szczęście, m.in. dzięki rewolucji, którą mamy w mediach. Nie ma nic bardziej wymownego niż przedstawiciele gasnącego medialnego establishmentu, lamentujący nad utraconym rządem dusz. Piszący te słowa przez w sumie 3 dekady pracował w mainstreamie, ale już dziś nie.
Może dlatego mam inną ostrość widzenia?
Dziś głos pani redaktor to tęsknota za dawną potęgą oraz pozycją proroka i szamana zarazem. Powiela go wielu starszych i wiekiem, i stażem redaktorów z innych mediów. Jednak to se ne wrati, jak mawiają sąsiedzi z południa. Tak jak nie tylko młodzi nie oglądają już telewizji, tak starzy nie czytają gazet, a niemal wszyscy mają w nosie co napisze nam dziś jakiś redaktorek z Warszawy. Tego świata po prostu nie ma. Elitaryzm został zastąpiony przez egalitaryzm. Nie piszę tego z satysfakcją, bo sam na tym mocno straciłem, ale mówię, jak jest. Albo się z tym tuzy dziennikarstwa pogodzą albo – jak mnie nie raz mówiono – trzeba zmienić zawód. Iść na wolny rynek, niech on zweryfikuje przydatność. Ja już tam poszedłem. Nie jest łatwo, ale daję radę!
Na szczęście minęły czasy, gdy „Gazeta Wyborcza” mogła dyktować Polakom, co myśleć, w co wierzyć i kogo potępiać. Gdy była arbitrem moralnym i politycznym „dobrego smaku”, kiedy dzieliła na „porządnych” i „zacofanych”, nadawała ton, decydowała o czyimś statusie, dobierała emocje i w aureoli nieomylności kreowała przekaz dnia.
Dziś wolny rynek, który tak ochoczo „GW” absolutyzowała przez całe lata, właśnie rozstrzygnął: na Stanowskiego jest zapotrzebowanie, a na „GW” nie. Taki los tych, którzy nie zrozumieli praw rynku albo byli leniwi, a może są roszczeniowi jak ci, których nie raz krytykowano na łamach gazety. Czasy, kiedy rozpoczynano dzień z prasówką „GW”, minęły.
Przez ostatnie 25 lat media zmieniły się bardziej niż przez całe wcześniejsze dekady. Od gazet o ogromnych nakładach, przez narodziny internetu, media społecznościowe i streaming, aż po erę sztucznej inteligencji. To wszystko zmieniło sposób, w jaki tworzymy, konsumujemy i finansujemy media.
Dziś mamy nie tylko fragmentaryzację, ale tzw. demokratyzację mediów. Każdy może być dziennikarzem. Zakończę mało optymistycznie. To proces, który niekoniecznie może okazać się dla wszystkich pozytywny, a najmniej dla odbiorców. Jeśli przekazem nie rządzi już dziś Czerska czy Woronicza, to nie oznacza, że jesteśmy całkowicie wolni. Przekazem rządzą algorytmy, za którymi stoi jakiś tajemniczy Big Brother. Algorytmy, które podsuwają nam tylko odpowiednie dla nas – jak to uzna ów algorytm – treści. Żyjemy w wygodnych dla siebie bańkach informacyjnych. Silosach treści. Co więcej, jesteśmy atakowani zgrabnymi, ale jednak fake newsami, na które nabierają się nawet znakomici dziennikarze starej daty. Sztuczna inteligencja wywróci do góry nogami ten i tak już mocno zmieniony dziennikarski grajdołek. Zatem witajcie w nowym, nieznanym jeszcze do końca medialnym świecie.

