O trudniej interpretacji Camusa, o niezabliźnionych ranach Franzuzów i Algierczyków oraz o specyfice własnego stylu opowiadania o świecie mówi francuski reżyser François Ozon w rozmowie Marioli Wiktor.
Dlaczego zdecydowałeś się zaadaptować „Obcego” Alberta Camusa?
To duże wyzwanie, bo to bardzo znana książka. Często adaptowałem drobne dzieła, ale tutaj miałem do czynienia z arcydziełem literatury francuskiej, które jest trzecią najlepiej sprzedającą się francuską książką na świecie, więc nieuchronnie wywierało to presję. Jednak bardzo szybko rzuciłem się w wir pracy, w badania historyczne tamtego czasu na temat francuskiej Algierii, więc zapomniałem o tej presji i skupiłem się na opowiedzeniu historii jak najlepiej mogłem i sprawieniu, by rezonowała ze współczesnymi czasami. Do tej książki dotarłem dwa lata temu. Jak wszyscy czytałem ją jako nastolatek. Gdybyś jeszcze pięć lat temu powiedziała mi, że będę ekranizować „Obcego”, to powiedziałbym, że jesteś szalona. (śmiech!) Ostatecznie dokonałem tego, bo zainteresowała mnie postać Meursaulta.
Nie byłeś pierwszy, który adaptował Camusa.
Gerard Philipe bardzo pragnął zagrać przed laty w „Obcym”, choć Camus nie chciał, by jego książki ekranizowano. Mimo tego zgodził się na propozycję Gerarda Philipa pod warunkiem, że film wyreżyseruje Jean Renoir. Niestety Renoir wyjechał do Ameryki, a Gerard Philipe wkrótce zmarł, a więc temat upadł. Zwłaszcza że sam pisarz niedługo po tym poniósł śmierć w wypadku samochodowym. Wdowa po Albercie i reszta rodziny, zgodziła się później na adaptację Luchino Viscontiego, ale nie była zadowolona z obsadzenia w roli Meursaulta Marcello Mastroianniego. Rodzina wolała Alana Delona. Ja uwielbiam Mastroianniego, ale on był zbyt włoski jak na Meursaulta, co irytowało także francuskich widzów. Kiedy sam zdecydowałem się zaadaptować „Obcego”, zwróciłem się do córki pisarza Catherine Camus.
Jak ją przekonałeś?
Wiedziałem, że to nie będzie łatwe zadanie, ale byłem z nią totalnie szczery, opowiadając, co i jak chciałbym zrealizować na podstawie tej powieści. Powiedziałem, że to będzie „Obcy”, widziany przez pryzmat 2025 r., po to, aby pomoc współczesnej publiczności lepiej zrozumieć wizję Camusa. W mojej ekranizacji pojawiają się kobiety, które mają imiona, a które nie istniały w książce. Zapytałem Catherine, czy nie ma nic przeciwko temu, że zamierzam nadać imiona arabskim bohaterom? Zastanawiała się chwilę, ale ostatecznie powiedziała, że się zgadza. Dla Camusa to było ważne, by tych imion nie mieli, bo to były lata 40. XX w. Jednak teraz jest inaczej, ta niewidzialność Arabów jest szokująca dzisiaj.
Twoja adaptacja rozpoczyna się archiwalnymi materiałami i komentarzem z lat 40. Osadzasz opowieść w kolonialnym kontekście francuskiej Algierii.
Ten świadomy wybór odzwierciedla moją chęć poruszenia historycznych i politycznych wymiarów nieobecnych w oryginalnym tekście Camusa, szczególnie wojny algierskiej i późniejszego zerwania stosunków francusko-algierskich. Wiemy, co się wydarzyło między tym okresem i późniejszym. Ten czas przyniósł dużo przemocy, wiele cierpienia. Wydaje mi się, że Camus, choć się do tego nie przyznawał, zmagał się z kolonialnymi relacjami między Francją a Algierią, tematem wywołującym debaty wśród badaczy. Wprowadzając Djamilę, siostrę Araba, którego zabija Meursault, jeszcze bardziej wzmocniłem krytykę kolonialną, tworząc konfrontację podkreślającą ludzką cenę tamtejszych relacji władzy.
Visconti zrealizował film osadzony w latach 40. XX w., Ty postanowiłeś inaczej…
Tak, bardzo szybko zdecydowałem, że powrócę do tej historii z nowoczesnej perspektywy, a nie – jak zrobił to Visconti – z perspektywy czasów jej pisania w 1939 r. i publikacji w 1942 r., gdy Francja wciąż okupowała Algierię. Najważniejsze wydaje się pierwsze zdanie książki, które jest bardzo dobrze znane i wszyscy je pamiętają: „Matka nie żyje, może to było wczoraj”, ale właściwie to nie to zdanie mnie dziś zszokowało. To które mnie zaskoczyło, pojawia się w drugiej części książki, gdy Meursault wchodzi do celi pełnej arabskich osadzonych i mówi: „Zabiłem Araba”. Powiedziałem sobie, no proszę bardzo, to jest klucz do mojej adaptacji: umieścić tę historię o kolonizacji francuskiej w kontekście i spróbować zrozumieć charakter Meursaulta, podążając za książką Camusa tak wiernie, jak to możliwe. Wydawało mi się, że musimy spojrzeć na film z perspektywy 2025 r., wyjaśnić rzeczy, które dziś nie byłyby zrozumiałe, a więc kontekstualizację, pokazanie francuskiej Algierii, dwóch społeczności żyjących obok siebie. Niewidzialność Araba jest dziś szokująca, gdy mówimy o tym w powieści, więc trzeba było to naprawić, dając mu głos, a potem tłumacząc, dlaczego podczas procesu, w okresie kolonialnym, nie mówimy o zabitej ofierze, lecz o tym, że Meursault nie płakał na pogrzebie matki. Jeśli tego nie rozumiesz, jeśli nie masz tego kontekstu, trudno jest ci to zaakceptować jako widzowi w 2025 r.
Czy to jest ciągle gorący temat we Francji?
To jest nadal tabu, o tym się publicznie nie mówi. Jest wiele bólu po stronie Algierczyków, ale i Francuzów, którzy mieszkali w Algierii i którzy uważali, że Algieria to także ich dom. Algierczycy twierdzą, że Francuzi manipulują faktami, że w tej wspólnej historii jest wiele przekłamań. Historycy próbują to wyjaśniać, tłumaczyć, ale moim zdaniem potrzebna jest jakaś szersza forma pojednania. Młodzi Algierczycy, którzy mieszkają we Francji, używają tej kolonialnej przeszłości jako oręża w walce z Francuzami. To jest wszystko bardzo złożone, bolesne, trudne.
Problem z Algierią nie jest dla mnie, pochodzącej z innego kręgu geograficznego i kulturowego, tak ważny jak fakt, że Meursault odrzuca konwencje, schematy, nie chce się wpasowywać. To mocniej do mnie przemawia. Dlaczego inni ludzie obawiają się takich postaw i zachowań jak u Meursaulta.
Ludzie boją się Meursaulta, bo on nieustannie mówi prawdę, nigdy nie kłamie i to jest nieznośne dla innych, dlatego że my wszyscy udajemy, kłamiemy. To dlatego Meursault jest takim złożonym bohaterem. Kiedy nie kłamiesz to jesteś potępiona, jesteś niewygodna, trzeba cię wyeliminować i to pokazuje całą absurdalność i ironię tej historii. Obawiamy się prawdy, ponieważ ktoś taki nie gra w gry społeczne, udajemy, że jesteśmy uprzejmi, dobrze wychowani, to jest niestety często nasz sposób na przeżycie. Dlatego myślę, że ktoś taki jak Meursault jest gotów do walki z Kościołem w ostatnich scenach w celi śmierci, jest zbuntowany, ma odwagę zmierzyć się z księdzem. Dla Camusa to była rewolta wobec wszelkich doktryn, ideologii narzucanych ludziom po to, by ich kontrolować. Nieważne, czy chodzi o religię, faszyzm albo komunizm. Meursault żył naprawdę, on kochał słońce, plażę, wodę, zmysłami chłonął ten świat. Takie proste doznania dawały mu chwile szczęścia, nie ideologie. Meursault jest przeciwny ideologiom, z których niektóre powracają – na przykład jesteśmy dziś świadkami rewolucji konserwatywnej. Nieuchronnie krzyk Meursaulta wciąż rezonuje.
Meursault (w tej kreacji Benjamin Voison) jest właśnie obcy, osobny, nie pasuje do otaczającego go świata. Dlaczego ten temat izolacji od świata i poczucie braku sensu w życiu przemawia do ciebie tak silnie?
Kiedy oglądasz newsy w telewizji każdego dnia to prowadzi to do takiej postawy. Widzisz całą absurdalność tego świata, w którym żyjemy. Próbujemy racjonalizować to, co pokazują media, ale to nie jest łatwe, bo świat jest w chaosie. Chyba podobnie odczuwał go Camus już 80 lat temu. Myślę, że ta książka pomaga lepiej zrozumieć także i naszą współczesność. Chodzi o nieogarnianie świata, bycie obserwatorem własnego życia w tym chaosie. Lubię postacie, które są trochę tajemnicze, które są introspektywne. Nakręciłem film „Młoda i piękna” o dziewczynie, która również wydawała się oderwana od wszystkiego, odcięta od swoich emocji. Tutaj było to trochę jak męski odpowiednik tamtej bohaterki. Lubię nieprzejrzyste postacie, które staramy się zrozumieć przez cały film. W rzeczywistości, gdy zacząłem adaptować „Obcego”, nie rozumiałem Meursaulta i zrobiłem ten film, by zrozumieć, kim jest i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Bo w jego działaniach jest wiele nagannych, godnych potępienia rzeczy, które trudno racjonalizować lub psychologicznie uzasadnić. Dlatego adaptacja wydawała mi się prawdziwym wyzwaniem
Widzom trudno się z Meursaultem identyfikować, bo jest pozbawiony empatii. Jak sobie z tym poradziliście?
Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że nie jest możliwe go polubić, ani identyfikować się z tą postacią. Nie chciałem aktora w klasycznym, teatralnym sensie, którego Besson trochę odrzuca w swoich „Notatkach o kinematografii”. Poprosiłem więc Benjamina, by przeczytał tę książkę. Chodziło o bycie w głębi, o brak w świecie, który był trochę przeciwieństwem tego, czego zwykle oczekujemy od aktorów. W „Lecie ’85” Benjamin miał bardzo rozbudowaną rolę, która lepiej odpowiadała jego osobowości. Jest aktorem w pełnym tego słowa znaczeniu i tym razem poprosiłam go, by nie grał, tylko po prostu był. To była introspektywna rola. Ta postać Meursaulta wciągnęła mnie bardziej niż filozofia absurdu Camusa. Jest totalnym antybohaterem i jest dokładnym przeciwieństwem tego, czego uczą nas w szkołach scenariuszowych. Jest postacią nieprzejrzystą, tajemniczą… Nie wiemy o nim nic, nie ma psychologii, nie ma przeszłości, nie ma teraźniejszości, nie ma powodu.
Czy masz dziś poczucie, że rozumiesz swojego bohatera?
Meursault, odrzucając fałsz i hipokryzję, pozostaje wierny własnej prawdzie, co w ujęciu Camusa czyni go bohaterem nie tyle tragicznym, co autentycznym. Obcy znaczy prawdziwy! W czasie śledztwa, bez najmniejszych oznak skruchy wyznaje beznamiętnie prawdę, nie próbując nawet znaleźć usprawiedliwienia dla zbrodni, którą popełnił. Zostaje oskarżony o morderstwo z premedytacją i skazany na śmierć. Także ten wyrok przyjmuje bez emocji, odrzucając propozycję przyjęcia religijnej otuchy. Czytelnicy utożsamiali często bohatera z ucieleśnieniem zła. Sam autor jednak twierdził, że jego zamiarem było pokazanie historii człowieka, który „zgadza się umrzeć dla prawdy”, prostego, pozbawionego heroizmu, instynktownego buntownika, który odmawia ukrywania swych prawdziwych odczuć. Meursault buntuje się wobec absurdu świata. Ja tak właśnie próbuję go interpretować.
Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że utożsamiasz się z Meursaultem jako reżyser. Co miałeś na myśli?
Jako obserwator świata, tak. Meursault jest być może bliższy dokumentaliście, ponieważ obserwuje tylko tych, którzy „bawią się” wokół niego. Na zdjęciach fabularnych to rzeczywistość płata figle – musisz się dostosować. Nie jestem twórcą storyboardów, który dokładnie wie, jak będzie wyglądał film. To by mnie zanudziło na śmierć. Są sceny, o których nie wiem, co bym zrobił, dopóki nie nastąpi dzień zdjęć, na planie, z aktorami. To, co chcieliśmy powiedzieć, nie zawsze pojawia się na ekranie, lecz coś innego jest powiedziane i potencjalnie ciekawsze. Ludzie często myślą, że jestem kontrolującym maniakiem, co poniekąd jest prawdą… (śmiech!) Dla wielu moich kolegów filmowanie to udręka, ale dla mnie to wielka przyjemność.
Nie wątpię, że tak jest, bo niemal co roku kręcisz nowy film. Jaka jest Twoja motywacja w czasach, gdy coraz trudniej zdobywa się finansowanie na takie ambitne projekty, jak Twoje?
Wiesz, jest taki cytat Camusa: „Tworzyć to żyć dwa razy”. Cóż, zrobić film, to przeżyć dwa razy. Dziennikarze często mówią do mnie: „Nie możesz mieć czasu na życie, bo ciągle kręcisz filmy”. Ja im odpowiadam, że wręcz przeciwnie, wierzę, że żyję dwa razy dłużej, bo robię filmy… Tworzenie, opowiadanie historii, praca zespołowa, bo to naprawdę wspólny wysiłek, to najpotężniejsza i najwspanialsza rzecz.
Twoje kino jest bardzo osobiste. Często powtarzasz, że jest Twoją terapią. Za każdym razem, kiedy oglądam Twój nowy film zastanawiam się, co Francois Ozon usiłuje mi powiedzieć o sobie. Nie inaczej jest z najnowszym filmem
(śmiech!) Nigdy wprost nie mówię o sobie w moich filmach. Moje filmy nie są moją autobiografią, choć uważny widz znajdzie sporo analogii z wydarzeniami z mojego życia. Czułbym się niekomfortowo, mówiąc z ekranu wprost o moich dylematach i rozterkach. Wolę zawsze opowiadać o doświadczeniu kogoś innego, z którego losami mogę się utożsamiać, które są mi bliskie.
Współpracowałeś z Emmanuelle Seigner w filmie „U niej w domu”, która zagrała tam duszącą się w mieszczańskiej, nudnej rodzinie współczesną Panią Bovary. Czy jej mąż Roman Polański jest twoim idolem?
Tak, bardzo go cenię. Kiedy byłem jeszcze młodym człowiekiem, nakręciłem średniometrażowy film, thriller psychologiczny pt: „Ujrzeć morze” o skomplikowanych relacjach matki i córki. Dziewczyna, nie mogąc znieść toksycznej obecności rodzicielki, ucieka z domu. Ktoś powiedział mi potem, że to przypomina „Wstręt” Polańskiego, ale oczywiście w miniaturze. Pamiętam, że poczułem w tym momencie dumę. To był dla mnie wielki komplement. Jednak uwielbiam także innych mistrzów, takich jak Hitchcock, Chabrol, Bunuel, Rohmer, Almodovar czy Fassbinder. Ten ostatni wywarł na mnie największy wpływ. Jako tytan pracy, realizujący po pięć filmów rocznie, człowiek, który miesiącami nie spał, miał odwagę łamać tabu, mieszać konwencje i stylistyki, kpić z przyzwyczajeń widzów i krytyków. Jest dla mnie symbolem artysty totalnie wolnego
Nie jesteś już enfant terrible francuskiego kina. Czy to znaczy, że stajesz się klasykiem?
(śmiech!) Czyżbyś próbowała mnie jednak szufladkować? Nie, nie czuję się jeszcze stetryczałym klasykiem. Jednak kiedy stanę się nudny dla samego siebie, a to niestety jest nieuniknione, to wtedy jak każdy klasyk zacznę cytować samego siebie i będę się tym nakręcał…(śmiech!) Tylko kto to wytrzyma?
foto: Aurore Marechal/PAP/Abaca

