Z Krzysztofem Urbańskim, dyrygentem i kompozytorem, dyrektorem artystycznym Filharmonii Narodowej rozmawiali Anna Soporek i Bartosz Maciejewski.
Zdjęcia: Bartosz Maciejewski
Anna Soporek: W Twojej karierze zawodowej były Azja, Europa, Ameryka i Polska. Tak wyszło przez przypadek, czy wszystko było zaplanowane?
Nie, takich rzeczy nie da się zaplanować. Ciężko pracowałem, ale miałem też dużo szczęścia. Wszystko zaczęło się w Warszawie, bo tutaj studiowałem na AMFC u profesora Antoniego Wita. Tutaj też odbył się koncert, który zadecydował o mojej karierze i pozwolił mi wypłynąć na szerokie wody. Zacząłem wtedy pracować z orkiestrami z całego świata i przez 15 lat byłem nieobecny w Polsce. Cieszę się, że po latach wróciłem.
A.S.: Trudno było odmówić, gdy pojawiła się propozycja objęcia stanowiska dyrektora Filharmonii Narodowej?
Ta oferta pojawiła się już w 2010 r., kiedy ówczesny Minister Kultury Bogdan Zdrojewski zaproponował mi, żebym został dyrektorem artystycznym Filharmonii Narodowej. Wtedy byłem bardzo ciekawy świata i postanowiłem nie przyjąć tej zaszczytnej propozycji. To była dobra decyzja, bo dzięki temu mogłem zwiedzić świat, poznać różne kultury, różne sposoby funkcjonowania instytucji muzycznych i innych placówek kulturalnych. To bardzo mnie wzbogaciło jako dyrygenta, jako artystę, ale też jako człowieka. Gdy w 2023 r. zostałem poproszony przez ówczesnego dyrektora Filharmonii Narodowej o objęcie posady dyrektora artystycznego, pomyślałem, że to dobry moment. Filharmonia Narodowa to nasza artystyczna kadra narodowa. Jak cię zapraszają do kadry narodowej, nie wypada odmówić.
A.S.: Zanim wróciłeś do Warszawy, były jeszcze Azja, Europa i Ameryka. Połączenie tych kontynentów nie było chyba proste?
Przez kilka lat miałem równocześnie cztery stałe posady na trzech kontynentach: byłem dyrektorem muzycznym w Indianapolis w USA, szefem-dyrygentem w Norwegii, pierwszym dyrygentem gościnnym w Hamburgu i w Tokio. Mój kalendarz wyglądał niedorzecznie. Liczba podróży i częstotliwość zmian strefy czasowej to był koszmar. Może dlatego tak miło wspominam lockdown. Pandemia oprócz ogromnej ludzkiej tragedii była też czasem spokoju. Dla mnie jako artysty, który był ciągle w podróży, to był moment na przewartościowanie całego życia, znalezienie balansu i odkrycie na nowo sensu tego, co robię. Co najważniejsze: zatęskniłem za muzyką.

Bartosz Maciejewski: Wspominałeś mi w rozmowie, że czas pandemii stał się punktem zwrotnym, momentem zupełnej zmiany. Mówiłeś, że kiedy nagrałeś pierwszy koncert radiowy po pandemii, odżyłeś i poczułeś, że to jest coś niesamowitego, że było w tym tyle radości…
Emocje podobne do tych podczas pierwszego w życiu koncertu w roli dyrygenta. To był rok ‘97, sala gimnastyczna w II LO w Pabianicach. Od tamtego czasu marzyłem, żeby być profesjonalnym dyrygentem i całą swoją edukacją kierowałem, żeby to urzeczywistnić. Po latach bardzo intensywnej kariery przyszło zmęczenie materiału. Muszę przyznać to ze smutkiem i chyba trochę wstydem, bo niektórzy moi koledzy potrafią koncertować bez chwili odpoczynku, wychodząc prosto z samolotu z innego kontynentu. Na to trzeba mieć jakąś nieludzką siłę. Ja, niestety, muszę chcieć robić muzykę, żeby robić ją na właściwym poziomie. Potrzebuję odpowiedniego nastawienia, żeby móc inspirować muzyków na scenie. Zawód dyrygenta może być postrzegany jako profesja polegająca na krytykowaniu, szukaniu dziury w całym. Jest orkiestra, która teoretycznie pięknie gra i przychodzi dyrygent, który musi powiedzieć, co jest źle i co trzeba poprawić, kto fałszuje, a kto gra nierówno. To jest oczywiście niewłaściwe i bardzo duże uproszczenie.
B.M.: Brzmi okropnie…
Tak, ale tak jesteśmy uczeni, żeby na bieżąco analizować to, co słyszymy. Mamy zajęcia z kształcenia słuchu, z analizy dzieła muzycznego. Pracując z orkiestrą, musimy wychwycić i naprawić błędy, żeby na koncercie było jak najlepiej. To jest chirurgia artystyczna. Tak byłem wychowany i tak rozumiałem robienie muzyki i bycie dyrygentem. Dopiero doświadczenie całkowitego odcięcia od pracy na scenie nauczyło mnie czerpania radości z żywego dźwięku. Teraz zamiast skupiać się na tym, co złe lub niedoskonałe, po prostu cieszę się tym, co w muzyce piękne.
A.S.: Każdy zespół jest inny i inna kultura przemawia przez ten zespół. Do tego trzeba było się przystosować.
Każdy zespół ma swój własny styl pracy. Współpraca z instytucjami z różnych krajów była dla mnie niezwykle ciekawa i odkrywcza. Bardzo się cieszę, że mogłem spędzić aż 10 lat jako dyrektor orkiestry amerykańskiej, ponieważ tam nauczyłem się efektywności pracy. W myśl maksymy time is money, pracować trzeba szybko i sprawnie, szanując czas innych. Nauczyłem się też, jak rozwiązywać problemy. Wiadomo, na kierowniczym stanowisku musimy się z tym mierzyć cały czas. Dobrze jest rozważyć wszystkie możliwości, wysłuchać wszystkich stron i rozwiązywać problemy według prostej zasady: one at a time. W Norwegii odkryłem, że cała instytucja: artyści orkiestry czy personel administracyjny, to wszystko są ludzie i oni są wspaniali i życzliwi. Są też bardzo pomysłowi i warto ich słuchać. W Japonii wszystko jest zawsze poukładane i zaplanowane. Tam nie ma miejsca na spontaniczność. Pamiętam, jak kiedyś członkowie orkiestry zapytali podczas próby, czy będziemy grali z powtórką, czy bez. Powiedziałem im, że pójdziemy na żywioł i zdecyduję dopiero podczas koncertu i dam im wtedy znać. Delegacja orkiestry i szefostwa przekonała mnie jednak, że wszystko musi być zaplanowane przed koncertem, bo inaczej nie wyjdą na estradę.

A.S.: Na spontaniczność nie było miejsca.
Nie, ale grali wspaniale! Jeśli chodzi o precyzję techniczną, dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. Zagrają wszystko, a przez doskonałą organizację pracy nauczyli mnie, żeby na każdą kulturalną instytucję patrzeć jak na dobrze naoliwiony mechanizm. Każdy pojedynczy tryb jest potrzebny, żeby maszyna mogła funkcjonować, dyrektor nie jest ważniejszy od żadnego innego pracownika, po prostu ma swoją pracę i swoje obowiązki. Dzięki temu podejściu bardzo wiele japońskich firm odnosi tak ogromne sukcesy. Jednak najbardziej znaczący był dla mnie czas spędzony z niemieckimi orkiestrami. Tam zrozumiałem nadrzędny cel wszystkich naszych starań – najważniejsza jest zawsze muzyka.
B.M.: Gdy przemierzasz kontynenty, zmieniasz orkiestry, pozostajesz taki sam, czy otoczenie musi się do Ciebie dopasować? Pokazujesz inną twarz?
Gdy staję przed orkiestrą, muszę wykazać pewną elastyczność. Ważne jest wyczucie zespołu i budowanie dobrej atmosfery do pracy. Doświadczenie w tym zawodzie jest nieocenione, ale nie wszystkiego da się nauczyć. Nieważne, jakim sposobem, ale najważniejszym zadaniem dyrygenta jest zmotywować zespół. Mam to szczęście, że pracuję ze wspaniałymi orkiestrami i chcę, by oni naprawdę dali z siebie wszystko.
A.S.: Jesteś najmłodszym dyrektorem w Filharmonii Narodowej. Jak to jest pracować z ludźmi starszymi od Ciebie?
Teraz jestem w komfortowej sytuacji, bo mam już siwe włosy na brodzie. Dla dyrygenta to atut. Gdy zaczynałem karierę i wygrałem konkurs dyrygencki w Pradze, miałem 25 lat. Byłem najmłodszym dyrektorem muzycznym w USA. W mojej orkiestrze w Indianapolis na początku kadencji byłem także najmłodszą osobą na estradzie.
B.M.: To był dla Ciebie poligon?
Dziesięć lat w Ameryce to był dla mnie bezcenny czas, jeśli chodzi o naukę rzemieślniczej dyrygenckiej roboty. Na początku nie mówiłem nawet dobrze po angielsku. Muzyka była sposobem komunikacji. Czułem wsparcie muzyków i administracji. Skracanie dystansu i praca na zasadzie partnerstwa i współodpowiedzialności, wyrażona nawet poprzez mówienie sobie po imieniu, tworzyła piękną etykę pracy. To, co dobrego wyniosłem z tamtego systemu, staram się zaszczepić w Warszawie. W Filharmonii Narodowej jestem pierwszym dyrektorem, który prosi, aby zwracać się do niego po imieniu. Kiedy poprosiłem o to orkiestrę, ktoś skomentował: „Wreszcie ktoś normalny”.

A.S.: Wróciłbyś do życia na walizkach?
Nie, nigdy. Kiedyś większość czasu mieszkaliśmy w hotelach. Efekt jest taki, że zostałem domatorem. Jednym z największych projektów mojego życia było wybudowanie domu – symfonii mojego życia. Poświęciliśmy z żoną trzy lata na stworzenie willi naszych marzeń. To nasza oaza spokoju w najpiękniejszym miejscu na świecie, jakie widzieliśmy.
A.S.: Gdzie jest to miejsce?
We Włoszech, nad Lago di Como. Zaprojektowałem ten dom od podstaw i nadzorowałem budowę.
B.M.: Jest tam scena dla muzyków?
Nie, jest ogromny salon z pięknym Steinway’em, oczywiście z widokiem na jezioro i Alpy. To miejsce pełne inspiracji, idealne do relaksu pomiędzy koncertami. Od czasu, kiedy żona zajmuje się moim kalendarzem, staramy się dbać o dobry balans pomiędzy pracą a odpoczynkiem. Wcześniej miałem, tak jak większość artystów, agenta w Londynie, który nie troszczył się o mój wewnętrzny balans, tylko ciągle wysyłał na koncerty.
B.M.: A Ty musiałeś być wdzięczny…
Tak to działa. W 2016 r. porzuciłem agencję, której dużo zawdzięczam. To byli wspaniali ludzie i ogromnie dużo mnie nauczyli, ale ten system mnie wykańczał. Dzisiaj nikt mi nie powie, że muszę gdzieś jechać i dyrygować. Robię to, co chcę i sam ustalam, ile wolnego potrzebuję. Przyznam, że kiedy Filharmonia Narodowa zaproponowała mi stanowisko, trochę się zmieniło – poczułem misję. To jest dla mnie wielka duma i zaszczyt być częścią drużyny FN. Widzę ogromny potencjał w naszych zespołach i chcę dla nich jak najlepiej, więc tej pracy wychodzi dużo więcej.
A.S.: Jak wygląda Twój kalendarz? Dwa, trzy lata do przodu?
To jest normalne, że w świecie muzyki klasycznej na światowym poziomie planuje się z około trzyletnim wyprzedzeniem. Sezon 27/28 jest już zamknięty. Domykamy sezon 28/29. W sezonie 29/30 planujemy np. z jedną z moich szwajcarskich orkiestr tournée do Japonii. Wymaga to koordynacji wielu elementów, to jak puzzle, które trzeba ułożyć, by wszystkie klocki do siebie pasowały. Składamy nasz kalendarz oraz grafiki solistów, orkiestr, sal i promotorów. Staram się przenieść ten system planowania z dużym wyprzedzeniem do Filharmonii. Jeśli chcemy mieć dobrych artystów, musimy się do nich zgłaszać wystarczająco wcześnie.

B.M: W kolejce po bilet do Filharmonii Narodowej zdarzają się ludzie, którzy kupują wejściówki. One są trochę tańsze. Zazwyczaj jest kolejka i w tej kolejce dużo można usłyszeć. Przychodzą ludzie i rozmawiają, kto dzisiaj dyryguje. Mówią: „Urbański? To dobrze, on potrafi poprowadzić orkiestrę”. Byłem na Twoim koncercie Czajkowskiego. Po przedostatniej części klaskałem jak osioł, była wspaniała, a wiadomo, że między częściami się nie klaszcze. Porwałeś mnie. Jak się dyryguje orkiestrą, by to osiągnąć?
Dziękuję za te przemiłe słowa. Dyrektor artystyczny nie może usłyszeć nic lepszego. Myślę, że orkiestra Filharmonii Narodowej ma ogromny potencjał i oni chyba trochę nie wierzyli w to, jacy potrafią być wspaniali. Na tej instytucji była warstwa kurzu, więc trzeba było pewne rzeczy poukładać, zorganizować, nawet administracyjnie. Staram się tworzyć dobrą atmosferę i warunki do pracy naszym artystom, a oni mnie coraz bardziej zachwycają. Na tym koncercie z Czajkowskim łzy poleciały mi ze wzruszenia. Każdy muzyk w orkiestrze ma ważną rolę i każda sekcja jest tak samo istotna, ale to kwintet smyczkowy jest najliczniejszy i ma największy wpływ na jakość brzmienia całości. Dużo z tym wspaniałym kwintetem pracujemy nad jakością dźwięku, ale też nad tym, żeby nadać utworowi i każdej frazie odpowiedni kolor. Czasami stawiam przed nimi karkołomne zadania. A oni są fantastyczni i stają na rzęsach, by je zrealizować.
A.S.: Masz rytuały, zanim wejdziesz na scenę?
Chyba nie. Wychodząc na scenę jestem podekscytowany. Nie odczuwam już stresu, kiedyś był jednak ogromny. Znam wielu bardzo utalentowanych ludzi, którzy ze względu na stres nie zostali profesjonalnymi muzykami. Sam jako nastolatek na popisach w szkole muzycznej też bywałem całkowicie sparaliżowany. Musiałem nauczyć się sobie z tym radzić.

B.M.: Gdy robiliśmy zdjęcia do sesji, leżałeś w skórzanej kurteczce na dębowej podłodze i patrzyłeś w nuty. Czy skórzana kurtka pasuje do takiej instytucji jak Filharmonia Narodowa? Czy fajnie jest zmieniać styl i go trochę „tuningować”?
Na scenę na pewno bym się tak nie ubrał. W Filharmonii mamy dress code, zasady, których chcemy przestrzegać. Szanuję tradycję i nie chcę tego zmieniać. Z drugiej strony świat idzie do przodu i musimy dbać o to, żeby Filharmonia była otwarta i pełna życia.
B.M: Stąd bierze się Twoja fryzura?
Tak mi urosła! Na świecie dużo rzeczy się zmienia i chociaż muzycy większości orkiestr grają w tradycyjnych frakach i długich czarnych sukniach, soliści i dyrygenci nie trzymają się już sztywnych reguł. Zdarza się, że wybierają kreacje bardziej wygodne, mniej ograniczające ruchy. Ja z tego powodu zmieniłem białą koszulę na czarny T-shirt. Dyrygowanie utworami, w które wierzę, które pełne są pasji i głębokich emocji, jest przeżyciem nie tylko umysłowym, ale wręcz fizycznym.
A.S.: Czym brzmi dla Ciebie prawdziwy gentleman?
Prawdziwy gentleman to ktoś, kto jest wrażliwy. To najważniejsza cecha, która odróżnia gentlemana od zwykłego mężczyzny. Dlatego cieszę się, że pracuję w takiej profesji, w której dzieląc się muzyką, możemy tę wrażliwość pobudzać. Sztuka daje stymulację do tego, żeby coś przeżyć. Po to wymyślono muzykę, żeby dzielić się emocjami. Muzyka zaczyna się tam, gdzie kończą się słowa.

A.S.: Jakim Ty jesteś mężczyzną?
Nie wiem, zaskoczyłaś mnie tym pytaniem. Musiałabyś porozmawiać z moją żoną. Asia zna mnie najlepiej, jesteśmy razem od trzeciej klasy szkoły średniej. Wszystko robimy razem, prywatnie i zawodowo – chwila rozłąki i już za sobą tęsknimy.
A.S.: Czego powinniśmy Ci życzyć tak prywatnie, bo wiemy już, że życie zawodowe masz poukładane na kilka lat do przodu?
Od niedawna zacząłem bardzo dbać o to, żebyśmy z Asią mieli czas dla siebie. Czas na to, żeby robić to, co kochamy. Takie normalne rzeczy jak np. praca w ogrodzie. Moja żona stworzyła piękny ogród i o niego dba, tam się relaksuje. Ja uwielbiam sport, uprawiam wiele różnych dyscyplin i na to też lubię mieć czas. Życzcie mi tego, żeby ten balans nigdy nie został zachwiany i żebym dzięki temu mógł robić muzykę z pasji. To dla mnie najcenniejsze.

