Legenda polskiego kolarstwa Czesław Lang opowiada Katarzynie Mazur o magii wyścigów kolarskich, swoim zaangażowaniu w powstanie Tour de Pologne oraz o tym, co jest dla kolarza ważniejsze: nogi czy głowa.
Jest Pan legendą polskiego sportu i kolarstwa, a dziś także jednym z największych ambasadorów sportów rowerowych w Polsce, organizatorem Tour de Pologne – największego wyścigu kolarskiego w naszej części Europy.
Wyścigu należącego do World Tour, czyli tej samej kategorii co Tour de France, Giro d’Italia czy Vuelta a España. Oczywiście różnimy się skalą. Tour de France ma dwadzieścia jeden etapów, my siedem. Nie mamy alpejskich czy pirenejskich przełęczy, ale gramy w tej samej lidze, obowiązują nas te same przepisy i standardy.
Tour de Pologne ma jednak własny charakter. Wielkie toury wygrywają przede wszystkim specjaliści od gór, natomiast u nas często rodzą się przyszłe gwiazdy światowego peletonu. Pamiętam, jak przyjechał Peter Sagan. Nikt jeszcze o nim nie słyszał, wygrał Tour de Pologne, a później trzykrotnie został mistrzem świata i jedną z największych postaci światowego kolarstwa. Takich historii było u nas znacznie więcej i właśnie dlatego wypracowaliśmy sobie
świetną opinię.
Jeśli spojrzeć na hierarchię wyścigów, po trzech wielkich tourach bardzo wysoko znajduje się właśnie Tour de Pologne. Na świecie jest zaledwie kilka siedmiodniowych wyścigów rangi World Tour i jednym z nich jest polski wyścig. Jestem z tego naprawdę dumny. Organizuję go już od 34 lat. Zaczynałem od imprezy praktycznie nieznanej, której bardzo trudno było przebić się do światowego kalendarza.
Proszę sobie wyobrazić, że na świecie odbywa się ponad tysiąc wyścigów kolarskich. Gdy tworzono nowy kalendarz złożony z najważniejszych imprez, wybrano zaledwie trzydzieści kilka. Doprowadzenie Tour de Pologne do tego grona było długim procesem. To były lata dyplomacji, spotkań i przekonywania ludzi, którzy decydowali o przyszłości światowego kolarstwa. Zapraszałem do Polski prezydentów Międzynarodowej Unii Kolarskiej, dyrektorów Tour de France i pokazywałem, że potrafimy organizować imprezy na najwyższym poziomie. Pokazywałem również naszą kolarską historię: Szurkowskiego, Szozdę, Królaka, Więckowskiego i wielu innych.
Efekt? Dziś Tour de Pologne należy do ścisłej światowej elity. To naprawdę nie jest oczywiste.

Kiedy kończył Pan karierę, od razu wiedział Pan, że będzie organizował wyścigi?
Myślę, że każdy sportowiec mierzy się z tym samym problemem. Kończy się kariera i nagle trzeba znaleźć dla siebie nowe miejsce. Przez chwilę jeszcze dzwonią dziennikarze, ludzie pamiętają, ale z czasem zainteresowanie słabnie. Trzeba zacząć nowe życie. To dla wielu sportowców bardzo trudny moment.
Ja również musiałem odnaleźć się po zakończeniu kariery. Wróciłem do Polski i przez trzy lata byłem menedżerem polsko-włoskiej grupy zawodowej Animex. Namówiłem firmę do stworzenia profesjonalnej drużyny, w której jeździli m.in. Lech Piasecki, Zenon Jaskuła czy Zbigniew Spruch, a po stronie włoskiej takie nazwiska jak Giuseppe Saronni i Franco Ballerini. To była naprawdę mocna ekipa.
W tamtym czasie widziałem już jednak, że światowe kolarstwo się zmienia. Upadła żelazna kurtyna, zaczęto łączyć sport amatorski z zawodowym. Sam byłem pierwszym kolarzem z bloku wschodniego, który w 1982 r. oficjalnie podpisał zawodowy kontrakt. Pomógł mi w tym medal olimpijski i świetny sezon. W pewnym sensie przecierałem szlak kolejnym polskim kolarzom.
Patrzyłem na te zmiany i doszedłem do wniosku, że jeśli Polska nie będzie miała własnej silnej imprezy, na którą przyjadą najlepsi zawodnicy świata, kolarstwo zacznie u nas znikać. Ludzie zapomną o Szurkowskim, Szoździe czy Królaku. Przecież to właśnie wielkie wyścigi budują legendy.
Wyścig Pokoju przez lata pełnił taką rolę, ale po zmianie ustroju wszystko się rozsypało. Zniknęły gazety, które go organizowały, zniknęła też sama impreza, którą jako zawodnik pamiętam doskonale. Tłumy kibiców przy trasie, pełne stadiony, ogromne emocje. To właśnie budowało popularność kolarstwa.
Wtedy zobaczyłem, że podobny los może spotkać Tour de Pologne. Nikt nie chciał go organizować, brakowało pieniędzy i sponsorów. Groziło mu zniknięcie z kalendarza, a dla mnie był to wyścig wyjątkowy. Wygrałem go w 1980 r. Zacząłem więc czytać jego historię i odkryłem coś niezwykłego. Pierwsza edycja odbyła się już w 1928 r. Jeszcze przed wojną był to wyścig, który przemierzał całą Polskę i dodawał ludziom otuchy nawet w dramatycznych czasach.
Czego dziś potrzebuje impreza sportowa albo sam sportowiec, żeby przyciągnąć sponsorów?
Są trzy rzeczy, bez których się nie da. Po pierwsze, sama impreza musi być atrakcyjna – najlepsi zawodnicy, emocje i sport na najwyższym poziomie. Jeśli wyścig należy do World Touru, automatycznie interesują się nim media. Tam, gdzie są media, pojawiają się sponsorzy.
My z każdego etapu pokazujemy ponad pięć godzin transmisji na żywo. To daje w sumie 35 godzin, a przecież dochodzą jeszcze powtórki, zapowiedzi i materiały dodatkowe. Sponsorzy doskonale rozumieją, czym jest ekwiwalent reklamowy. Jeśli inwestują jedną złotówkę, chcą wiedzieć, że wróci do nich wielokrotnie.
Druga sprawa to fakt, że Tour de Pologne jest polską imprezą. Dzięki emocjom sportowym możemy jednocześnie promować Polskę. To też pewnego rodzaju misja. Nasz sygnał we współpracy z Eurosportem trafia do kilkudziesięciu krajów na całym świecie. Sponsorzy są częścią tej promocji. Pokazujemy, jak zmienia się Polska, jakie mamy drogi, miasta i krajobrazy.
Przygotowując transmisję, dużo wcześniej wysyłamy ekipy telewizyjne. Szukamy ciekawych miejsc, historii i ludzi, bo przez pięć godzin relacji nie pokazujemy przecież wyłącznie kolarzy.
Na przykład jedziemy przez Kartuzy. Rozmawiałem z burmistrzem i opowiadał mi o historii miasta – o zakonnikach kartuzach, którzy założyli tę miejscowość. Potem usłyszałem kolejną ciekawą historię, tym razem o Kaszubach i ich walce o dostęp Polski do morza po I wojnie światowej. Takie opowieści chcemy przekazywać światu. Historię regionów, lokalną kulturę, kuchnię, tradycje. Sport jest tylko punktem wyjścia.
Skoro jesteśmy przy historii, wróćmy na chwilę do pańskiej kariery. Czy był moment, kiedy sukces uderzył Panu do głowy?
Nigdy, zawsze twardo stąpałem po ziemi. Wiedziałem, że kariera sportowca kiedyś się kończy. Przez ponad 20 lat ciężko pracowałem. Rocznie przejeżdżałem ponad 30 tys. kilometrów. Treningi w upale, w deszczu, w śniegu, kraksy, kontuzje – kolarstwo to naprawdę ciężki sport. Dlatego od początku wiedziałem, że pieniądze trzeba mądrze odkładać i inwestować. Po zakończeniu kariery trzeba samemu zadbać o przyszłość, mając rodzinę, zobowiązania. Trzeba znaleźć dla siebie nowe miejsce w życiu.
Czy było takie wydarzenie, które ukształtowało Pana nie tylko jako sportowca, ale też jako człowieka?
Tak, wypadek na Wyścigu Pokoju. Wybiłem bark, spędziłem pół roku w szpitalu i naprawdę istniało ryzyko, że nie wrócę do ścigania. Pamiętam, jak przyszli trenerzy. Wychodząc z sali, byli przekonani, że ich nie słyszę. Powiedzieli: „Z Langa już nic nie będzie”. Dla młodego chłopaka, którego całym światem był rower, to był potężny cios. Kiedy wyszedłem ze szpitala, trenowałem dwa razy więcej niż wszyscy. Dosłownie dwa razy więcej. Wtedy narodziło się moje życiowe motto zaczerpnięte od św. Augustyna: „dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. To właśnie tamten moment mnie ukształtował.
Rok 1980 był najlepszym sezonem w mojej karierze. Wygrałem
Mistrzostwa Polski, Tour de Pologne, wyścig dookoła Meksyku i zdobyłem srebrny medal olimpijski. Nagle najlepsze zawodowe drużyny zaczęły walczyć o mój podpis. Dzięki temu zostałem pierwszym kolarzem z bloku wschodniego, który podpisał zawodowy kontrakt i mógł ścigać się we Włoszech.
Spełniłem swoje marzenia. Pojechałem w Giro d’Italia, Tour de France – w największych wyścigach świata. Mogłem rywalizować z najlepszymi i wreszcie zarabiać jak zawodowiec.
Gdyby młody Czesław Lang z lat 80. stanął dziś na starcie, co najbardziej by go zaskoczyło?
Technologia. My ścigaliśmy się na stalowych rowerach ważących prawie 9 kg z innymi przerzutkami. Dzisiaj wszystko wygląda inaczej, są pomiary mocy, tętna. Jednak zmieniła się też sama filozofia ścigania. Kiedyś kolarz musiał sam myśleć. Startowało 180 zawodników i trzeba było znaleźć sposób, żeby ograć pozostałych 179. Atakować pod górę? Na zjeździe? Czekać na odpowiedni moment? Przez kilka godzin wyścigu cały czas pracowała głowa. Dzisiaj często wszystko jest podporządkowane drużynie i liderowi. Dyrektor sportowy mówi przez radio, co robić. Gdybym dziś zobaczył okazję do ataku, pewnie usłyszałbym w słuchawce: „Spokojnie, jedziemy dla lidera”. Trochę szkoda tej dawnej fantazji. Polacy zawsze mieli odwagę atakować wtedy, kiedy było najtrudniej, bo właśnie wtedy wygrywa się wyścigi. Gdy wszyscy cierpią, nogi odmawiają posłuszeństwa, brakuje oddechu, a ty jeszcze potrafisz znaleźć w sobie siłę, żeby przyspieszyć. Wtedy rywale patrzą i myślą, że skoro on jeszcze odjeżdża, to my już naprawdę nie damy rady.
Dlatego powtarzam: kolarstwo przede wszystkim kształtuje charakter. Trzeba przełamywać własne słabości. W życiu jest dokładnie tak samo jak na rowerze. Raz jedzie się pod górę, raz z górki, raz z wiatrem, raz pod wiatr. Najważniejsze to nie przestawać jechać.

Czyli mocna głowa jest równie ważna jak mocne nogi?
Nawet ważniejsza. Dzisiaj wszyscy są świetnie przygotowani fizycznie. Różnice robi psychika. Głową wygrywa się największe wyścigi.
Czy amator potrzebuje dziś karbonowego roweru za fortunę i całej tej technologii, żeby zakochać się w kolarstwie?
Nie, najważniejsze są nogi, serce i głowa. Oczywiście cieszę się, że technologia się rozwija i że ludzie mają pasję. Jedni kupują sportowe samochody, inni piękne rowery. Niektóre z nich to prawdziwe dzieła sztuki. Sam mam w biurze kilka limitowanych modeli i lubię na nie patrzeć.
Trzeba jednak pamiętać o jednym: sam rower nie zrobi z nikogo
mistrza. Najdroższy sprzęt nie zastąpi treningu ani charakteru. Z drugiej strony rozumiem ludzi, którzy inwestują w dobre buty, kask czy rower. Jeśli to daje im radość i motywuje do jazdy, świetnie. Kiedyś każdy z nas musiał sam nauczyć się swojego organizmu, wiedzieć, kiedy można zaatakować, a kiedy odpuścić. Dziś część tych informacji podpowiada technologia. Jeśli pomaga ludziom czerpać więcej przyjemności z jazdy, to nie mam z tym najmniejszego problemu.
Gdyby dziś przyszedł do Pana ktoś, kto nigdy nie jeździł na rowerze, co by mu Pan powiedział, żeby jutro na niego wsiadł?
Powiedziałbym przede wszystkim, że rower daje ogromną radość. Oczywiście jest zdrowie, lepsze krążenie, kondycja – to wszystko prawda, ale dla mnie najważniejsze jest coś innego. Jazda na rowerze działa trochę jak medytacja. Odrywasz się od telefonu, od codziennych problemów. Jedziesz przez las, pola, słyszysz śpiew ptaków, mijasz strumień, patrzysz na krajobraz. Odkrywasz świat. Tego nie da się porównać z treningiem na siłowni. Tam ćwiczysz w miejscu, tutaj jesteś w ciągłym ruchu i nawet nie zauważasz, kiedy wysiłek zamienia się w przyjemność.
Doradziłbym też, żeby dobrze dobrać rower do swoich potrzeb. Jeśli ktoś będzie jeździł głównie po mieście, poleciłbym gravela albo wygodny rower miejski, w góry – rower górski, na szosę – szosówkę. Sprzęt powinien być dopasowany do tego, gdzie naprawdę zamierzamy jeździć.
Warto też skorzystać z pomocy dobrego serwisu. Odpowiednio ustawić pozycję, dobrać siodełko, kierownicę. Początkujący często narzekają, że boli ich siodełko, a to zwykle kwestia złego dopasowania. Dobre spodenki z wkładką również robią ogromną różnicę. Najważniejsze jednak, żeby na rowerze było po prostu wygodnie. Siadasz, nogi same się kręcą, wokół piękna przyroda i nagle okazuje się, że przejechałeś kilkadziesiąt kilometrów z uśmiechem na twarzy.
Wcześniej rozmawialiśmy o pieniądzach potrzebnych do organizacji wielkich imprez, ale pieniądze są też ważne dla samych sportowców. Czy w kolarstwie można dziś dobrze zarabiać?
W zawodowym kolarstwie zdecydowanie tak. Po to istnieją zawodowe grupy i kontrakty. Natomiast sport amatorski powinien pozostać przede wszystkim pasją. Pamiętam, że kiedy organizowaliśmy pierwsze wyścigi MTB, główną nagrodą był samochód. Szybko jednak zrozumieliśmy, że to nie jest najlepsza droga. Na starcie pojawiała się wąska grupa zawodowców, a pozostali dochodzili do wniosku, że i tak nie mają szans. Zmieniliśmy więc filozofię. Każdy uczestnik dostawał pakiet startowy, koszulkę, bidon i pamiątkowy medal. Chodziło o to, żeby zachęcić jak najwięcej ludzi do jazdy na rowerze, a nie tylko nagradzać kilku najlepszych. W sporcie zawodowym wygląda to inaczej. Tam są kontrakty, sponsorzy i pieniądze, ale kariera sportowca trwa stosunkowo krótko, dlatego trzeba wykorzystać ten czas jak najlepiej, osiągać wyniki, podpisywać dobre umowy i myśleć o przyszłości. Prędzej czy później każdy sportowiec zaczyna nowe życie.
Co sprawia, że Pan wciąż z taką chęcią wsiada na rower?
Miłość. Po prostu kocham jazdę na rowerze. Zwłaszcza wtedy, gdy mam za sobą ciężki dzień. Wystarczy godzina jazdy i wszystko się układa. Głowa się resetuje jak komputer po ponownym uruchomieniu. Wraca energia, świeżość, lepsze myślenie. Lubię też ludzi, których spotykam. Powstały całe rowerowe społeczności. Wokół Warszawy są fantastyczne trasy: Kampinos, szosy na południe i na wschód miasta. Można naprawdę świetnie pojeździć. Rower daje coś, czego nie daje wiele innych aktywności. Łączy ruch z przyjemnością, odpoczynkiem i kontaktem z naturą. To trochę sport, trochę podróż, a trochę właśnie medytacja.
Sport wyczynowy to nie tylko trening, ale również regeneracja. Jak Pan dziś o nią dba?
Dziś mam już ponad 70 lat, więc słucham organizmu. Jeśli przejadę sto kilometrów, to później daję sobie dzień albo dwa odpoczynku. Człowiek z wiekiem coraz lepiej poznaje swoje ciało i wie, kiedy warto odpuścić. Gdy ścigałem się zawodowo, regeneracja była jednym z najważniejszych elementów sukcesu. W Giro d’Italia czy Tour de France kończyłeś etap, potem jeszcze dwie godziny jechałeś samochodem do hotelu. Czasem nie było klimatyzacji, a w największe upały nie dało się zasnąć. Pamiętam, że z Leszkiem Piaseckim siedzieliśmy w nocy w wannie z zimną wodą, bo tylko tak można było się schłodzić. Trzeba było bardzo pilnować nawodnienia, jedzenia i snu. Dziś zawodowe ekipy wożą własne materace i poduszki, bo codziennie śpi się w innym hotelu. Doskonale pamiętam ten rytm: rozpakować walizkę, przespać noc, spakować ją z powrotem i jechać dalej. Każdego dnia nowy pokój, nowa restauracja, kolejny etap. To naprawdę ciężka praca. Kończysz wyścig, ledwie zdążysz na masaż, coś zjesz i już trzeba myśleć o kolejnym dniu, a przecież etapów jest 7, 10 czy 21, dzień po dniu.
Kiedyś było jeszcze trudniej, bo etapy liczyły nawet ponad 220 km. Dzisiaj przepisy ograniczają ich długość do około 180 km. To pokazuje, jak bardzo zmieniło się kolarstwo. Właśnie dlatego zwycięstwo w wielkim wyścigu etapowym jest tak cenne. Nie wystarczy wygrać jeden etap. Trzeba codziennie utrzymywać najwyższy poziom, świetnie się regenerować i unikać strat. Czasem można wygrać cały wyścig, nie wygrywając ani jednego etapu. O wszystkim decyduje regularność.
Czesław Stanisław Lang
(rocznik 1955) – polski kolarz torowy i szosowy, wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista szosowych mistrzostw świata. Pochodzi z Kołczygłowów na Kaszubach.
Po zakończeniu kariery sportowej działacz sportowy oraz organizator Tour de Pologne UCI World Tour, Tour de Pologne Amatorów, Tour de Pologne Junior, Skandia Maraton Lang Team, Tauron Lang Team Race oraz ORLEN Wyścig Narodów.
Zdjęcia:
Bartosz Maciejewski

