TEMAT Z OKŁADKIHypercar po polsku

Hypercar po polsku

Grzegorz Duda, polski kierowca rajdowy i wyścigowy, konstruktor oraz popularny prezenter telewizyjny związany ze stacją TVN Turbo opowiada Annie Soporek o swojej pasji do samochodów oraz o projekcie życia, jakim jest polskiego hypercar.

Zdjęcia: Bartosz Maciejewski
Stylizacje: ireneusz korzeniewski

Motoryzacja towarzyszy Ci właściwie od dziecka, Twój tata był przecież żużlowcem.

Wychowałem się w warsztacie samochodowym. Tata w trakcie kariery żużlowej – miał bardzo poważny wypadek, a mama postawiła sprawę jasno: na tor już nie wrócisz – otworzył warsztat. Mam przebłyski z dzieciństwa: mama wwozi mnie do warsztatu wózkiem, a ja patrzę, jak tata rozbiera silniki i przy nich pracuje. To są jedne z moich pierwszych wspomnień. Warsztat był moim placem zabaw. Śmieję się, że nie potrafię grać w piłkę, bo całe dzieciństwo spędziłem między samochodami.

Naprawdę w wieku jedenastu lat zbudowałeś pierwszy motocykl?

Tak, później, mając piętnaście lat, zamieniłem motocykl na wyciągniętego ze złomu Forda Capri. Tak to się zaczęło i z każdym rokiem moja miłość do motoryzacji tylko rosła. Rośnie do dziś.

To nie były jednak czasy, kiedy części można było kupić od ręki.

Nie, ale właśnie to było piękne. Składało się coś z tego, co akurat udało się znaleźć. Kombinowało się, dopasowywało elementy z różnych samochodów i próbowało stworzyć coś, co będzie działało.
Myślę, że właśnie wtedy wyrobiłem sobie umiejętność patrzenia na części i rozpoznania, co będzie do siebie pasować. Dzisiaj często wiem to, jeszcze zanim cokolwiek skręcę. Nie było pieniędzy, nie było dostępu do części, ale była fantastyczna zabawa. Oczywiście miałem ogromne szczęście, czyli tatę, który mnie wspierał, i jego pracowników, którzy albo pomagali, albo – kiedy było trzeba – grozili palcem. To była najlepsza szkoła.

Trzeba chyba też wykazać się sporą dozą cierpliwości?

Z cierpliwością bym nie przesadzał. Bardziej powiedziałbym, że potrzebna jest pokora. Zawsze powtarzam, że trzeba umieć ryzykować. Oczywiście ryzyko trzeba odróżnić od głupoty. Jeśli szanse powodzenia wynoszą 50 proc., to dla mnie nie jest ryzyko, tylko głupota. Jednak kiedy naprawdę wierzysz, że masz duże szanse powodzenia, warto spróbować. Natomiast pokora jest niezbędna, bo motoryzacja bardzo szybko pokazuje, że nie wszystko da się zrobić od razu. Jasne, zdarza się, że mówię: „Mam dość. Nigdy więcej”. Mijają trzy albo cztery godziny i znowu tęsknię za warsztatem.
Może rzeczywiście cierpliwość gdzieś we mnie jest, tylko jej nie zauważam, bo po prostu kocham to robić. Czasem do jednej rzeczy podchodzisz dziesięć czy piętnaście razy, zanim osiągniesz efekt, ale właśnie to przynosi największą satysfakcję. Traktuję to trochę jak zawody z samym sobą. Walczę o zwycięstwo nad własnymi ograniczeniami. Kiedy w końcu się uda, czuję ogromną satysfakcję, nawet jeśli dzień wcześniej miałem ochotę rzucić wszystko.

Co Cię właściwie najbardziej fascynuje w motoryzacji? Dźwięk? Zapach? Emocje?

Chyba wszystko naraz. Koledzy śmieją się ze mnie, bo przed zawodami potrafię pocałować samochód i powiedzieć: „Kochany, nie zrób mi krzywdy, ja też nie chcę zrobić krzywdy tobie”. Po wyścigu klepię go po karoserii i dziękuję. Brzmi to trochę jak zachowanie wariata, wiem, ale naprawdę czuję więź z samochodami. Nie wiem, jak to nazwać. Może to tylko sposób myślenia, może nastawienie, ale wierzę, że dobra energia wraca. Dlatego prawie wszystkie samochody, które zbudowałem do programów w TVN Turbo, nadal mam. Każdy z nich to kawałek mojego życia. Kawałek mojego czasu. Czasem także czasu, który zabrałem rodzinie. Nieraz dzwonię do żony i mówię: „Kasiu, zostanę do dwudziestej”. Po chwili podnoszę głowę, a jest północ. Tak potrafię się zatracić. Na szczęście Kasia doskonale to rozumie i od lat mnie wspiera.

Dobrze, bo przy pracy w telewizji tych godzin robi się coraz więcej.

U mnie tak było, jeszcze zanim pojawiła się telewizja. Projekty zawsze mnie pochłaniały.
Telewizja to oczywiście ogromna część mojego życia i bardzo ją lubię. Kiedy dostałem pierwszą szansę, byłem przekonany, że potrwa pół roku, może rok. Tymczasem minęło już trzynaście albo czternaście lat. Chyba mogę powiedzieć, że jestem weteranem TVN Turbo. Na razie nikt nie chce się mnie pozbyć, więc nie jest źle. Zobaczymy, co będzie dalej, ale naprawdę uwielbiam to robić.

Oglądalność też ma tu chyba znaczenie.

Oczywiście, to podstawa, ale dla mnie równie ważne jest to, że mogę pokazywać ludziom motoryzację z trochę innej strony. Pokazywać własne rozwiązania, swoje patenty i udowadniać, że można bawić się samochodami inaczej niż wszyscy. Na początku spotkałem się z ogromnym hejtem. Słyszałem: „Po co on to robi?”, „Zniszczył samochód”, „To nie ma sensu”, ale konsekwentnie robiłem swoje. Krok po kroku budowałem własny styl. Dzisiaj widzę, że inni zaczynają iść podobną drogą. To dla mnie najlepszy dowód, że było warto. Motoryzacja naprawdę smakuje inaczej, kiedy pozwalasz sobie na odrobinę kreatywności.

Wspomniałeś o hejcie. Dzisiaj chyba każdy może się z nim zetknąć. Jak sobie z nim radzisz?

Przede wszystkim nauczyłem się go nie przeżywać. Zawsze powtarzam trochę żartobliwie: jeśli nie masz hejterów, to kup sobie dziesięciu. Oni są częścią internetowej rzeczywistości. Czasem właśnie dzięki zderzeniu różnych opinii rodzi się ciekawa dyskusja. Oczywiście mówię o normalnej krytyce. Chamski hejt to zupełnie co innego, ale i z nim nauczyłem się żyć. Doszedłem do prostego wniosku: to oni nie śpią przeze mnie, a nie ja przez nich. Usłyszałem kiedyś świetne zdanie, które bardzo mi się spodobało: hejterzy to najwięksi fani, którzy jeszcze nie nauczyli się klaskać.

Jesienią zobaczymy projekt, o którym od dawna się mówi. To będzie Twoje największe motoryzacyjne marzenie?

To samochód, o którym marzyłem od wielu lat. Od dawna rozmawialiśmy o tym z Warner Bros. Discovery, z producentami i szefostwem stacji. Temat wracał, aż w końcu usłyszałem: „Zbuduj ten samochód. My ci pomożemy, a później pokażemy cały proces w TVN Turbo, HBO i Playerze”. Dla mnie to było spełnienie marzeń.

Co konkretnie znaczy „zbuduj ten samochód”?

To nie jest pomysł, który powstał wczoraj. Od kilku lat przygotowywałem się do tego projektu. Powstawały pierwsze szkice, projekty, symulacje, obliczenia, testy materiałów. Wszystko dojrzewało. Oczywiście technologia cały czas idzie do przodu, więc projekt również trzeba było rozwijać. Chcę zbudować samochód z wykorzystaniem najlepszych technologii dostępnych na świecie. Nadwozie będzie wykonane z kompozytu w technologii autoklawowej. To rozwiązanie stosowane przede wszystkim w lotnictwie, przemyśle kosmicznym czy wojsku. Znacznie bardziej zaawansowane niż to, z czym zwykle mamy do czynienia w motoryzacji. Powstanie praktycznie wszystko – od monokoku, przez nadwozie, aż po najmniejsze elementy konstrukcji. Silnik będzie bazował na jednostce Alfy Romeo. Celowo wybrałem włoską motoryzację, w końcu w hymnie mamy słowa „z ziemi włoskiej do Polski”. Sam silnik zostanie jednak całkowicie przebudowany. Docelowo ma osiągać 966 KM. Liczba nie jest przypadkowa. To nawiązanie do daty chrztu Polski.
Jestem patriotą i bardzo zależy mi na tym, żeby ten projekt był możliwie najbardziej polski.
Chcę też pokazać światu coś, o czym mówi się zdecydowanie za rzadko, że Polska jest jednym z największych producentów części motoryzacyjnych na świecie. W najważniejszych zespołach Formuły 1, w największych firmach motoryzacyjnych czy nawet projektach kosmicznych pracują polscy konstruktorzy, tylko mało kto o tym wie. Dlatego zadzwoniłem do znajomych, z którymi jeszcze jako dzieci budowaliśmy różne szalone projekty. Dzisiaj pracują przy Formule 1, LMP czy projektach dla największych światowych firm. Powiedziałem: „Potrzebuję was”. Zgodzili się.
Już na etapie obliczeń korzystamy z rozwiązań, które do tej pory praktycznie nie pojawiały się w samochodach drogowych. Na przykład strefa zgniotu będzie wykorzystywała rozwiązania inspirowane systemami dokowania statków kosmicznych. Zastosujemy opatentowane technologie wzmacniające konstrukcję przy jednoczesnym obniżeniu masy. Półrama będzie wykonana z tytanu, a nie z aluminium. Za stylistykę odpowiadają między innymi studenci Akademii Sztuk Pięknych oraz mój przyjaciel Bartek, który projektuje dla światowych marek. Lubię współpracować z młodymi ludźmi. Mają świeże spojrzenie i pomysły, na które my często już byśmy nie wpadli. To będzie prawdziwy hypercar – najwyższa liga. Samochód, który śmiało można porównywać z Pagani czy
Koenigseggiem.

Cenowo też będzie w tej lidze?

Na razie trudno mówić o cenie. Pierwszy egzemplarz to prototyp i on będzie kosztował ogromne pieniądze. Jeśli później powstanie seria produkcyjna, będziemy się nad tym zastanawiać. Dzisiaj ceny hypercarów zaczynają się od około 2,5 mln euro. To pokazuje skalę. Bardzo zależy mi jednak na tym, żeby ten samochód był możliwie najbardziej polski. Zawieszenie powstanie w Polsce, we wnętrzu znajdą się materiały przygotowane specjalnie dla tego projektu, na przykład tkanina z wełny polskich owiec czy ekologiczna skóra produkowana z… polskich wiśni. Sam byłem zaskoczony, kiedy dowiedziałem się, że to możliwe.

Ile takich samochodów planujesz zbudować?

Najpierw musi powstać prototyp i przejść cały proces homologacji. Już na etapie projektowania uwzględniamy wszystkie wymagania, żeby później można było dopuścić auto do ruchu.
Dopiero później będziemy myśleć o produkcji. Nie mam złudzeń. To nie jest tak, że Duda jest najmądrzejszy na świecie i zrobi coś, czego wielkie koncerny nie potrafią. Po prostu mam ogromne doświadczenie, świetnych ludzi wokół siebie i przyjaciół pracujących w największych firmach motoryzacyjnych. Samochód będzie powstawał w mojej firmie w Ryglicach, ale za projektem stoi cała drużyna specjalistów od konstrukcji, obliczeń i nowych technologii. Nazywam ich swoją „Drużyną Pierścienia”.

Kiedy zobaczymy efekt?

Założyliśmy trzy sezony zdjęciowe, czyli mniej więcej półtora roku od startu prac. To bardzo ambitny plan, ale wierzę, że go zrealizujemy.

To ogromne wyzwanie.

Doskonale o tym wiem. Trochę porwałem się z motyką na słońce, a właściwie z siekierką na Marsa, ale wierzę, że damy radę. Chcę przede wszystkim udowodnić, że Polacy naprawdę potrafią tworzyć rzeczy światowej klasy. Problem polega na tym, że bardzo często pracują dla wielkich marek, a ich nazwisk nikt nie zna. Ja chcę tych ludzi pokazać. Kiedy dostałem propozycję realizacji projektu, poprosiłem o miesiąc na decyzję. Wiedziałem, jakie ryzyko biorę na siebie.

Jak zareagowali koledzy z branży?

Oficjalnie wszyscy trzymają kciuki, a jak jest naprawdę, nie wiem. Na pewno będą tacy, którzy będą kibicować sukcesowi, i tacy, którzy będą czekali na porażkę. Tak już jest. Projekt jest bardzo trudny i tego nie ukrywam. Robimy coś, co wielu uważa za niemożliwe, ale
właśnie dlatego chcę to zrobić.

Gdybyś prywatnie dziś wybierał samochód dla siebie, postawiłbyś na klasykę czy nowoczesność?

To zależy, czego od niego oczekuję. Jeżeli samochód ma dawać emocje, to wybieram klasykę, ale nie taką całkowicie oryginalną. Najbardziej lubię restomody, czyli klasyczne samochody wyposażone we współczesną technologię. Wyglądają jak dawniej, ale prowadzą się jak nowoczesne auta. Dobrze hamują, dobrze skręcają, są bezpieczne i dają ogromną frajdę z jazdy.
Natomiast nowe samochody traktuję przede wszystkim jako narzędzia. Mam wrażenie, że współczesna motoryzacja bardzo się ujednoliciła. Samochody są coraz bardziej podobne do siebie. Kiedyś każdy producent miał własny charakter, dzisiaj różnice są znacznie mniejsze. To oczywiście nie znaczy, że nowe auta są złe, wręcz przeciwnie. Są bezpieczniejsze, wygodniejsze i znakomicie sprawdzają się w codziennym użytkowaniu. Można wsiąść, przejechać tysiąc kilometrów i wysiąść praktycznie bez zmęczenia. Tylko nie zawsze budzą takie emocje jak kiedyś.

Mam nawet wrażenie, że Mercedes sprzed dziesięciu czy piętnastu lat był lepiej wykonany niż dzisiejszy.

Coś w tym jest. Kiedyś projektowało się samochody z myślą o tym, żeby służyły jak najdłużej. Dzisiaj bardzo często projektuje się je tak, żeby określone elementy wytrzymały dokładnie tyle, ile przewidziano. To trochę jak z domowym sprzętem. Kiedyś pralkę się naprawiało. Dzisiaj często bardziej opłaca się kupić nową. Mam wrażenie, że podobny kierunek pojawia się również w motoryzacji. Z drugiej strony rynek mocno ożywiła konkurencja z Chin. To zmobilizowało największych producentów do dalszego rozwoju i dobrze, bo motoryzacja potrzebuje różnorodności. Mam nadzieję, że znowu będziemy zachwycać się wieloma modelami, a nie tylko kilkoma wyjątkami. No i oczywiście wierzę, że do tego grona dołączy także mój hypercar.

Jestem przekonana, że się uda. Powiedz mi jeszcze, czy czujesz się gentlemanem i co to dla Ciebie znaczy?

Chyba tak. Dla mnie to przede wszystkim reprezentowanie pewnego poziomu i klasy. Umiejętność zachowania się w każdej sytuacji. Jestem nerwusem, to fakt, ale wiem, że są miejsca, w których można sobie na więcej pozwolić, i takie, gdzie po prostu nie wypada. Gentleman to człowiek, który potrafi zachować odpowiedni poziom, niezależnie od okoliczności. Nie odkleja się, nie traci kontroli.

A jeśli chodzi o styl? Gentleman to garnitur czy raczej jeansy, T-shirt i sportowa marynarka?

Myślę, że to nie ma większego znaczenia. Dzisiaj mam bluzę, marynarkę, zwykłe spodnie i sportowe buty. Lubię garnitury, ale tylko wtedy, kiedy sytuacja tego wymaga. Na co dzień zdecydowanie bardziej odpowiadają mi wygodne ubrania. Patrzę zresztą na okładki waszego magazynu i widzę, że ta różnorodność świetnie pokazuje, iż gentlemana nie definiuje ubiór.
To sposób bycia, charakter i umiejętność zachowania się w każdej sytuacji. Oczywiście elegancja, dobre maniery czy szacunek wobec innych też się w tym mieszczą, ale to wszystko wynika właśnie z kultury osobistej. Inaczej zachowujesz się wobec kumpla, z którym przybijesz piątkę, a inaczej podczas oficjalnego spotkania. To jest naturalne. Nigdy nie oceniałbym człowieka po stanowisku czy miejscu, do którego doszedł. Mój dziadek zawsze powtarzał: „Pamiętaj, wnusiu, że żyjesz wśród ludzi i każdy jest tak samo ważny”. Rzeczywiście tak uważam. Bez każdego z tych ludzi czegoś by zabrakło. Dlatego sądzę, że gentlemanem może być każdy.

Jak odpoczywasz?

Właśnie teraz odpoczywam.

Czyli rozmowa też jest dla Ciebie relaksem?

Oczywiście. Relaks to dla mnie spędzanie czasu z fajnymi ludźmi w ciekawych miejscach. Jasne, czasem człowiek chciałby po prostu wyciągnąć się na kanapie, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem na to cały dzień. Naprawdę minęło już parę lat. Jeśli tylko znajdę chwilę, biorę kampera, którego sam zbudowałem, zabieram żonę i jedziemy przed siebie. Tak było choćby w ostatni weekend, gdy wyskoczyliśmy do Białki. To jest mój prawdziwy reset. Pamiętam też, że kiedyś ktoś zapytał mnie, o czym marzę. Byłem wtedy tak zmęczony, że odpowiedziałem: marzę o tygodniu, podczas którego zamknę bramę domu, wyłączę telefon i nikt do mnie nie zadzwoni.
Wszystko jednak zależy od momentu i poziomu zmęczenia. Największy problem polega na tym, że jestem więźniem własnej pasji. Zawsze powtarzam, że jeśli naprawdę kochasz to, co robisz, możesz się tą pasją zwyczajnie zamęczyć. Jednocześnie uwielbiam takie życie. Lubię tempo, lubię ludzi, lubię wyjazdy. Mam przyjaciół jeszcze z czasów liceum i od czasu do czasu próbujemy gdzieś razem wyjechać. Ostatnio musiałem im jednak powiedzieć, że do grudnia nie ma na to żadnych szans.

Jak już wyjeżdżacie, to leżak, plaża i nicnierobienie?

Nie znoszę tego. Byłem może trzy razy na wakacjach all inclusive i to miało sens tylko wtedy, kiedy dzieci były małe. Za każdym razem moje pierwsze pytanie brzmiało, gdzie jest wypożyczalnia samochodów. Brałem auto i ruszałem zwiedzać razem z rodziną. Uwielbiam poznawać ludzi i ich kulturę. Dzięki motorsportowi mam przyjaciół praktycznie na całym świecie. Trzeba tylko pamiętać o jednej rzeczy: kiedy jesteś u kogoś, szanuj jego zwyczaje, nie próbuj narzucać własnych. Jeśli tak robisz, zyskujesz przyjaciół wszędzie. Kiedyś mój bus zepsuł się w Kosowie. Podjechał miejscowy, zobaczył logo i zapytał: „Od Grześka Dudy? Czego wam potrzeba?”. Pomogli, naprawili auto i pojechali dalej. To są piękne sytuacje. Lubię ludzi, naprawdę. Dlatego nawet na targach motoryzacyjnych mogę cały dzień rozmawiać z odwiedzającymi, choć pod koniec jestem kompletnie wyczerpany.
To jedyny moment, kiedy patrzę ludziom prosto w oczy, a nie w kamerę. Wtedy naprawdę widzę, co myślą. Komentarze w Internecie to jedno. Spotkanie twarzą w twarz to zupełnie coś innego.
Oczywiście słucham także krytyki. Nie jestem alfą i omegą. Czasem ktoś zwróci uwagę na coś, czego sam nie zauważyłem, i potrafię przyznać rację. Są też sytuacje, kiedy zostaję przy swoim zdaniu, ale zawsze warto słuchać ludzi. Później, kiedy znowu staję przed kamerą, już wiem, że po drugiej stronie są prawdziwe twarze ludzi, z którymi wcześniej rozmawiałem.