WywiadyGram, by sprawić ludziom radość

Gram, by sprawić ludziom radość

„Technika powinna pozostawać niewidoczna, jest tylko narzędziem. Dzięki niej nie ma ograniczeń – żadna fraza nie musi zostać uproszczona tylko dlatego, że jest trudna technicznie. Wirtuozeria polega właśnie na tym, że można pójść o krok dalej niż samo poprawne zagranie wszystkich nut” – mówi pianista Jan Lisiecki Bartoszowi Maciejewskiemu, zdradzając tajniki mistrzowskich koncertów, interpretacji Chopina i światowej kariery muzycznej.

Zdjęcia: Bartosz Maciejewski

Przyjechałeś do Warszawy, żeby nagrać dwa koncerty fortepianowe Fryderyka Chopina. Oprócz tego rejestrowałeś również swoje solowe utwory. Spędziłeś w studiu kilka dni. To był prawdziwy maraton i to wyjątkowy, bo Filharmonia Narodowa po raz pierwszy nagrywała dla Deutsche Grammophon – najbardziej prestiżowej wytwórni fonograficznej na świecie, z którą jesteś związany od lat. Nagrałeś dla niej już kilkanaście albumów. Masz dziś 31 lat. Przyznam, że kiedy ja miałem tyle lat, kompletnie nie wiedziałem, dokąd zmierzam i co właściwie chcę robić.

Ja też nie wiem.

Zaraz do tego wrócimy, ale najpierw chciałbym zapytać, jak radzisz sobie z ogromnym sukcesem osiągniętym tak wcześnie. Grałeś już z największymi orkiestrami świata, współpracowałeś z najwybitniejszymi dyrygentami, a Deutsche Grammophon to absolutna ekstraklasa muzyki klasycznej. Jak odnaleźć się w takiej rzeczywistości?

Przede wszystkim mam ogromne szczęście. Oczywiście za tym wszystkim stoi bardzo dużo pracy i mnóstwo decyzji, co do których nigdy nie ma się pewności, czy okażą się właściwe. Dlatego uważam, że szczęście również odgrywa tu ogromną rolę. Jestem bardzo wdzięczny, że od tylu lat mogę współpracować z orkiestrami i ludźmi, którzy nieustannie mnie inspirują i uczą.
W muzyce najważniejsza jest chyba sama podróż. Nie ma momentu, w którym można powiedzieć, że dotarłem do celu. Cały czas pracujesz, uczysz się czegoś nowego, poznajesz nowych ludzi.
Świat się zmienia, a razem z nim zmienia się również sposób wykonywania muzyki. Gramy utwory napisane sto, dwieście czy trzysta lat temu, ale one wciąż pozostają żywe właśnie dlatego, że odczytujemy je na nowo. Wykonujemy je tu i teraz, w 2026 r., dla współczesnej publiczności.
Perfekcji nigdy nie da się osiągnąć. Wszyscy jej szukamy, próbujemy zbliżyć się do ideału, ale on zawsze pozostaje krok dalej. Wystarczy wrócić do nagrania dzień później, żeby zobaczyć w tej samej muzyce coś nowego. To nie znaczy, że wczoraj było źle. Po prostu człowiek sam się zmienia.

Czyli najważniejsza jest droga, a nie dotarcie do mety?

Dokładnie tak. Tak samo jest z podróżowaniem.

Ty właściwie cały czas jesteś w podróży…

Tak. Czasami cel oczywiście ma znaczenie, ale równie często sama droga okazuje się ciekawsza od miejsca, do którego zmierzasz.

Zatrzymajmy się na chwilę przy Warszawie. Masz polskie korzenie.

Tak. Mama pochodzi z Gdańska, tata z Poznania, a ja urodziłem się w Calgary, w Kanadzie.

To pytanie pewnie słyszysz często, ale kim bardziej się czujesz: Polakiem wychowanym w Kanadzie czy Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia?

Urodziłem się w Kanadzie i tam dorastałem. Tam jest mój dom i tam czuję się u siebie.
Jednocześnie rodzice zadbali o to, żebym mówił po polsku, miał polskie obywatelstwo i od najmłodszych lat spędzał dużo czasu z dziadkami w Polsce. Dziś również bardzo często tu pracuję.
Jestem więc także Polakiem, choć na pewno innym, niż byłbym, gdybym wychował się tutaj. Kraj, w którym dorastamy, wpływa na naszą osobowość i sposób patrzenia na świat. W Kanadzie to pytanie właściwie nie istnieje. To kraj zbudowany przez ludzi o bardzo różnych korzeniach. Można po prostu być Kanadyjczykiem, mającym polskie korzenie, i nikogo to nie dziwi. W Polsce często oczekuje się bardziej jednoznacznej odpowiedzi.

My chyba lubimy wszystko precyzyjnie definiować i oczywiście cieszymy się, kiedy ktoś mówi, że jest Polakiem.

Kocham muzykę Chopina. Kocham polską kuchnię, polskie miasta, ludzi i język. Kocham moich rodziców, dziadków. Moja babcia ma 93 lata. Mam ogromny szacunek do tej części swojej historii i bardzo się cieszę, że rodzice zadbali o to, żebym mógł ją przeżyć świadomie, bo gdyby tego nie zrobili, byłbym zupełnie innym człowiekiem. Język ma ogromne znaczenie.

Czy poczucie zakorzenienia wpływa na Twoje interpretacje muzyczne? Czy Chopina nagrywa się inaczej w Warszawie niż na przykład w Londynie albo Paryżu?

Myślę, że moja interpretacja nie zmieniłaby się tylko dlatego, że nagrywałbym w innym mieście. Natomiast ogromne znaczenie mają ludzie, z którymi pracuję. Deutsche Grammophon proponowało mi nagranie koncertów Chopina praktycznie od początku naszego kontraktu, czyli od piętnastu lat. Zawsze odpowiadałem, że muszę poczekać na odpowiednią orkiestrę i odpowiedniego dyrygenta. Chciałem mieć pewność, że będzie to nie tylko najwyższy poziom wykonawczy, ale także właściwe zrozumienie tej muzyki. To wcale nie jest oczywiste. Niewiele narodów ma do Chopina taki stosunek jak Polacy. Taki szacunek i taką naturalną bliskość. Orkiestra Filharmonii Narodowej ma z tą muzyką ogromne doświadczenie. Z kolei Krzysztof Urbański od początku mówił o „oczyszczeniu kurzu” z partytury. Przez lata narosło wokół tych koncertów mnóstwo tradycji wykonawczych, które nie zawsze wynikają z intencji Chopina. Często są po prostu efektem przyzwyczajeń przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Mam poczucie, że wspólnie udało nam się ten „kurz” usunąć i wrócić do bardzo czystego spojrzenia na tę muzykę. Oczywiście to jest nasze odczytanie. Dla niektórych słuchaczy może okazać się zaskakujące, bo przywykli do innej tradycji wykonawczej. Mam jednak wrażenie, że jesteśmy dziś bliżej tego, jak sam Chopin wyobrażał sobie te koncerty, szczególnie partie orkiestrowe.

Miałem okazję zobaczyć partyturę maestro Krzysztofa Urbańskiego. Pokazywał mi, jak wyczyścił wiele fragmentów.

Spędził cztery miesiące nad jednym koncertem, więc w sumie pewnie około ośmiu miesięcy swojego życia poświęcił obu, oczywiście pomiędzy własnymi koncertami, ale i tak to niewiarygodna ilość czasu. Dlatego te wszystkie zapisy i detale, które Krzysztof odtworzył w partyturze, pomagają muzykom lepiej zrozumieć tę muzykę. Chodziło o drobiazgi, a u Chopina właśnie one mają ogromne znaczenie. Zwłaszcza w partii orkiestry. Chopin był absolutnym geniuszem fortepianu, ale jeśli chodzi o orkiestrację… Nie bez powodu przecież nie napisał symfonii. Nie powiedziałbym, że to jest problem. To nie dlatego, że słabo pisał na orkiestrę. Raczej dlatego, że orkiestry mają niewiele doświadczeń z jego muzyką. Grają koncerty Chopina, ale nie mają punktów odniesienia. Pianiści interpretują jego utwory bardzo swobodnie – romantycznie, z ogromem emocji, które nie zawsze są zapisane w nutach. Orkiestra musi się do tego dopasować. Fortepian ma oczywiście rolę najważniejszą, a muzycy orkiestrowi nie mają możliwości poznawania języka Chopina z innych dzieł. Nie ma jego symfonii, nie ma koncertów skrzypcowych. Jest sonata wiolonczelowa, kilka pieśni i właściwie tyle. Dlatego te wszystkie zapisy i detale, które Krzysztof odtworzył w partyturze, pomagają muzykom lepiej zrozumieć tę muzykę.

Rozmawiałem z kilkoma muzykami Filharmonii Narodowej. Byłem z Wami ostatniego dnia nagrań, kiedy dopracowywaliście już konkretne fragmenty. Robiłem zdjęcia Tobie, orkiestrze i Krzysztofowi Urbańskiemu, a później także portrety do „Gentlemana”. Muzycy mówili, że taka interpretacja obu koncertów była dla nich sporym wyzwaniem. Wielu z nich gra je od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat i pewne rozwiązania weszły im już w nawyk, a przecież rutyna nie zawsze jest dobra.

Właśnie o tym mówiłem. Warto wrócić do partytury i zadać sobie pytanie, dlaczego właściwie gramy to właśnie w ten sposób. Często odpowiedź brzmi: bo od trzydziestu lat tak się to wykonuje. Potem przychodzi kolejne pokolenie, uczy się od poprzedniego i tradycja trwa, nieco się zmieniając. To trochę jak zabawa w głuchy telefon. Na końcu zostaje coś zupełnie innego, niż było na początku. Tymczasem nie wiemy, jak dokładnie wykonywano tę muzykę za czasów Chopina. Możemy jedynie wracać do partytur, do jego zapisów i do innych utworów.

Chopin był zresztą niezwykle precyzyjny. Kiedyś rozmawiałem z Leszkiem Możdżerem, który powiedział mi, że Chopin właściwie nie zostawił wiele miejsca na interpretację, bo wszystko bardzo dokładnie opisał.

Właśnie dlatego wydaje mi się, że największym błędem jest myślenie, że do Chopina trzeba jeszcze coś od siebie dodać, jakieś dodatkowe emocje. Moim zdaniem one już tam są. Wszystkie. A prostota bardzo często okazuje się największą siłą.

Kiedy nastąpił moment, w którym Twoja kariera naprawdę wystrzeliła? Wiele osób zadaje sobie to pytanie. Przypomnijmy, że pierwsze płyty nagrałeś, mając… piętnaście lat? Opowiedz proszę tę historię.

Jednym z kluczowych momentów był koncert w Warszawie, kiedy miałem trzynaście lat. Grałem na festiwalu „Chopin i jego Europa” Koncert f-moll z Sinfonią Varsovią pod batutą Howarda Shelly’ego. To właśnie jemu zawdzięczam, że w ogóle tu trafiłem. Wcześniej występowałem na konkursie w Manchesterze. Grałem w starszej kategorii wiekowej, bo chciałem wykonać koncert Chopina. Była to pierwsza edycja konkursu i jury uznało, że nie może przyznać zwycięstwa 12-latkowi w starszej grupie. Howard bardzo się na to oburzył i postanowił zaprosić mnie do Warszawy. Nie było to wcale oczywiste. To przecież poważny festiwal, a tu nagle 13-latek z Kanady ma wykonywać jeden z najważniejszych utworów polskiej muzyki. Howard jednak bardzo nalegał. Po wykonaniu Koncertu f-moll zostałem od razu zaproszony na kolejny rok, żeby zagrać Koncert e-moll. Z tego występu narodziła się później płyta wydana przez Instytut Fryderyka Chopina w serii tzw. white label. To było nagranie koncertowe, zrealizowane dla radia. Nie planowaliśmy żadnej płyty, nie było dodatkowych sesji. To była wizja Stanisława Leszczyńskiego, który postanowił z tych nagrań stworzyć album. Właśnie ta płyta otworzyła kolejne drzwi. Zacząłem dostawać następne zaproszenia i wszystko potoczyło się już bardzo naturalnie.

To ciekawy moment. Czasami coś nam nie wychodzi albo coś zostaje ocenione inaczej tylko po to, żeby później wydarzyło się coś znacznie większego. Przypomina mi się historia Ivo Pogorelicia, którego Martha Argerich broniła podczas Konkursu Chopinowskiego, odchodząc z jury po jego odrzuceniu. Paradoksalnie właśnie ta historia otworzyła mu drogę do światowej kariery.

Dokładnie tak było również z moim kontraktem płytowym. Miałem już właściwie gotową umowę z Virgin Classics, które wtedy należało do EMI. Została już tylko rozmowa o repertuarze pierwszej płyty. Oni chcieli album złożony z różnych utworów Liszta, Chopina i kilku innych kompozytorów, a ja bardzo nie lubię takich płyt. Powiedziałem, że chciałbym nagrać koncert Mozarta. Usłyszałem, że koncert Mozarta się nie sprzeda, a nagranie z orkiestrą jest zbyt kosztowne. Rozstaliśmy się więc z Virgin Classics. Miałem wtedy 14 albo
15 lat. Dosłownie kilka tygodni później odezwał się Deutsche Grammophon. Gdybym podpisał tamten kontrakt, nigdy by do tego nie doszło. Co ciekawe, w tamtym momencie w ogóle o tym nie marzyłem. Po prostu czułem, że propozycja Virgin nie była
właściwa. I tyle.

Poznałem Twoją mamę, która od lat towarzyszy Ci w karierze pianistycznej…

Mama nie jest moją menedżerką w formalnym sensie. Mam profesjonalnego menedżera. Mama od początku po prostu mnie wspiera i pracuje ze mną. Jest obok mnie, pomaga i daje ogromne wsparcie, a ono jest bardzo potrzebne. To zabawne, bo kiedy myślimy o muzyce klasycznej, wydaje się dziwne, że artyście ktoś towarzyszy. Tymczasem wystarczy spojrzeć na sportowców. Weźmy Igę Świątek – trener, psycholog, fizjoterapeuta, cały sztab ludzi. Muzycy często zostają z tym wszystkim sami.

Jesteś wirtuozem. Kiedy się Ciebie słucha i obserwuje podczas koncertu, widać niezwykłą swobodę. Podczas prób uśmiechasz się, rozmawiasz z orkiestrą i dyrygentem, a czasem wręcz sam prowadzisz zespół. Jednak wirtuozeria to jedno, a własny język muzyczny – drugie. Kiedy narodziła się Twoja własna interpretacja? Czy był jakiś przełomowy moment, czy raczej – znów wracamy do tej samej odpowiedzi – była to po prostu droga?

Chyba tego nie da się nauczyć. Może właśnie to jest talent, dar, że człowiek ma własne rozumienie muzyki i nie potrzebuje analizować każdej frazy czy każdego taktu. Po prostu naturalnie czuje muzykę po swojemu, oczywiście z szacunkiem dla tradycji. To się zmienia wraz z doświadczeniem. Kształtują to ludzie, z którymi pracuję, miejsca, które odwiedzam, wszystko, czego doświadczam. Inspiruje mnie natura, malarstwo, galerie i muzea. Uwielbiam patrzeć na sztukę i próbować odnaleźć podobne kolory w muzyce, ale sam język musi pochodzić z wnętrza. Z duszy i z serca.

Jak określiłbyś własny język muzyczny?

Prostota. Zawsze staram się nie stawiać siebie przed muzyką. Oczywiście jestem jej interpretatorem, to ode mnie zależy, jak nuty zapisane na papierze zabrzmią, ale interpretacja nigdy nie powinna być ważniejsza od samej muzyki. Moim zadaniem jest pokazać geniusz kompozytora. Podobnie myślę o wirtuozerii. Nie przepadam nawet za tym określeniem. Oczywiście technika jest konieczna, trzeba potrafić zagrać wszystko, ale nie po to, by popisywać się umiejętnościami, tylko by móc zrealizować każdą muzyczną myśl. Technika powinna pozostawać niewidoczna, jest tylko narzędziem. Dzięki niej nie ma ograniczeń – żadna fraza nie musi zostać uproszczona tylko dlatego, że jest trudna technicznie. Wirtuozeria polega właśnie na tym, że można pójść o krok dalej niż samo poprawne zagranie wszystkich nut.

Bez takiej techniki nie da się przecież zagrać choćby II czy III Koncertu fortepianowego Prokofiewa.

Oczywiście trzeba to wszystko wypracować, ale najważniejsza pozostaje rola interpretatora. Wielu pianistów potrafi zagrać wszystkie zapisane nuty. Najwyższą sztuką jest stworzyć z nich coś więcej.

Współpracowałeś z najwybitniejszymi dyrygentami świata, a każdy z nich ma swój własny język interpretacyjny. Ostatnio czytałem wywiad z Herbertem von Karajanem. Minęło już ponad 40 lat od jego śmierci, a jego nagrania wciąż pozostają punktem odniesienia. Jednak Przecież dziś orkiestry grają inaczej, więcej uwagi poświęca się poszczególnym sekcjom, inaczej buduje się brzmienie.

Właśnie to jest piękne, muzyka żyje. Nie jest tak, że skoro Karajan coś nagrał, to już osiągnięto ostateczną prawdę. Być może dla wielu była to interpretacja idealna, ale zawsze można odnaleźć coś nowego. Może dla kogoś bliższa okaże się interpretacja Krzysztofa Urbańskiego tego samego utworu. Sam wielokrotnie tego doświadczyłem. Zdarza się, że usłyszę dzieło w interpretacji jakiegoś dyrygenta i później już nie potrafię wrócić do wcześniejszego sposobu myślenia o tej muzyce. Moje rozumienie utworu całkowicie się zmienia.

To chyba właśnie cecha największych artystów – nieustanne poszukiwanie.

Dyrygenci mają nawet trudniejsze zadanie niż pianiści. Ja mam instrument. Mogę coś po prostu zagrać i pokazać. Jeśli gram frazę, oboista od razu rozumie, o co mi chodzi. Nie muszę tego opisywać słowami ani gestami. Dyrygent nie ma takiego komfortu. Musi przekazać wszystko ruchem, wyobraźnią i osobowością, a jeśli trafi na orkiestrę, która akurat nie jest otwarta na współpracę, jego zadanie staje się jeszcze trudniejsze. Dobry dyrygent potrafi jednak wydobyć z muzyków inspirację. Jest trochę jak trener drużyny sportowej. Można mieć znakomitych zawodników, ale potrzebny jest ktoś, kto sprawi, że wszyscy zagrają razem na najwyższym poziomie. Czasami rodzą się wtedy koncerty naprawdę magiczne.

Miałeś swoich mistrzów?

Inspirowałem się wieloma pianistami, ale nigdy z nikogo nie czyniłem idola. Glenn Gould, Martha Argerich, Krystian Zimerman – wszyscy są dla mnie ogromną inspiracją, ale bardziej ich gra niż osobowość. Poza tym
nawet u największych artystów jedne interpretacje uważam za wybitne, inne już niekoniecznie. Nie chciałbym powiedzieć, że ktokolwiek jest najlepszym pianistą świata. Mogę powiedzieć, że jest jednym z najwybitniejszych i że bardzo mnie inspiruje. Nigdy jednak nie chciałem iść czyimiś śladami.

Jak wyobrażasz sobie siebie za 30 czy 40 lat?

Szczerze mówiąc, nie myślę o przyszłości. Staram się żyć tym, co mogę tworzyć dzisiaj. Nie gram po to, żeby zostawić po sobie pomnik, ani zmieniać historię muzyki. Gram dlatego, że kocham to robić, dlatego że wiem, iż daje to ludziom radość. To mi w zupełności wystarcza.

Będziesz miał w najbliższym czasie jakiś czas na odpoczynek?

Tak, jadę na kemping. Przejedziemy z tatą przez dużą część Stanów Zjednoczonych do Kanady. Będziemy sami, z dala od ludzi, przy ognisku, w naturze.

Czy uprawiasz jakieś sporty?

Bardzo lubię jeździć na nartach.

Nigdy nie obawiasz się o ręce?

Oczywiście trzeba o nie dbać – to moje narzędzie pracy, ale można równie dobrze złamać rękę, wysiadając z taksówki. Nie wykonuję już szalonych skoków, ani nie gram w sporty, które szczególnie obciążają dłonie. Za to pokochałem ski-tury. Tam znowu jestem sam – tylko góry, cisza i natura. Po intensywnych miesiącach spędzonych wśród ludzi i muzyki właśnie taka samotność daje mi najwięcej inspiracji do kolejnych koncertów.