FelietonDoktor z teczką - mierny, bierny, ale wierny
dr n. med. Bartłomiej Kacprzak
dr n. med. Bartłomiej Kacprzak
chirurg ortopeda, założyciel Orto Med Sport

Doktor z teczką – mierny, bierny, ale wierny

Rano szpital A, przed południem szpital B, po południu konsultacja w C. W jednym miejscu operacja, w drugim zabieg, w trzecim szybka konsultacja, podpis, uścisk dłoni i już można ruszać dalej. Teczka pod pachę, samochód, kolejny szpital, kolejny pacjent, kolejna procedura. Lekarz jest trochę jak kurier – przyjeżdża, robi swoje, zostawia pacjenta i jedzie dalej. Jednak pacjent, w przeciwieństwie do przesyłki kurierskiej, nie kończy swojej drogi w momencie przekazania go do rąk odbiorcy.

Medycyna, szczególnie chirurgia, coraz częściej próbuje udawać, że leczenie kończy się w momencie, kiedy operator odkłada narzędzia. Tak nie jest. Dopiero wtedy zaczyna się jego najważniejsza część.

To trochę tak, jakbyśmy uznali, że wybudowanie domu kończy się w momencie postawienia ścian. Owszem, konstrukcja stoi. Można zrobić sobie zdjęcie na tle budynku. Można nawet odebrać klucze. Tylko trudno będzie w nim mieszkać, jeśli nie ma instalacji, podłóg, drzwi i dachu.

Z człowiekiem jest podobnie.

Można bardzo dobrze zrekonstruować więzadło. Można idealnie ustawić złamanie. Można perfekcyjnie wykonać implant. Można zrobić piękne zdjęcie pooperacyjne i powiedzieć: „Technicznie wszystko wygląda świetnie”. Tylko nic z tego nie wynika. Pacjent ma następnego dnia po operacji wstać z łóżka. Ma wiedzieć, co może zrobić, czego nie może i dlaczego. Ma rozpocząć rehabilitację. Ma odpowiednio obciążać kończynę, odzyskiwać zakres ruchu, pracować nad siłą, ma być monitorowany. Ktoś powinien sprawdzić, czy proces przebiega prawidłowo, a jeśli nie, odpowiednio wcześnie zareagować.

Największym nieporozumieniem jest przekonanie, że skoro chirurg zrobił swoją część, to pacjent „ma już z górki”. Czasami ma, ale równie często dopiero wchodzi na najbardziej wymagający odcinek. Po operacji nie ma przecież magicznego przycisku „powrót do zdrowia”. Nie naciskamy go podczas wypisu, ani nie znajduje się również w teczce lekarza.
Najlepszy chirurg świata nie jest w stanie operacją zastąpić miesięcy prawidłowo prowadzonej rehabilitacji. Nie odbuduje siły mięśni podczas snu pacjenta. Nie przywróci kontroli nerwowo-mięśniowej jednym szwem. Nie nauczy kolana prawidłowego ruchu samym faktem, że wykonał świetną rekonstrukcję. Jednak system medyczny jest skonstruowany tak, jakby najważniejszym momentem całego leczenia było właśnie wejście chirurga na salę operacyjną. Chirurg przyjeżdża. Operuje. Wychodzi. Teczka. Następny szpital.
Następny pacjent. Teczka.

Lekarz, który pracuje w kilku miejscach, jest w mojej ocenie bardziej zajęty zarabianiem pieniędzy niż dobrem pacjenta. Właśnie tu zaczyna się problem. Lekarz pojawia się w kolejnym szpitalu czy klinice, wykonuje serię zabiegów, inkasuje wynagrodzenie i jedzie dalej. Pacjent zostaje natomiast z tym, co w medycynie najważniejsze – z odpowiedzialnością za wynik leczenia, rekonwalescencją i ewentualnymi powikłaniami.
Lekarz nie powinien być specjalistą do wynajęcia. Medycyna wymaga ciągłości, znajomości pacjenta, kontaktu z zespołem i przede wszystkim odpowiedzialności za to, co dzieje się po zabiegu. Trudno ją realnie ponosić, jeśli następnego dnia lekarza nie ma już w tym szpitalu.

Turystyka medyczna tworzy też niebezpieczną iluzję. Im więcej adresów ma lekarz, tym większe może robić wrażenie. Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław – nazwisko pojawia się wszędzie, więc pacjent zaczyna wierzyć, że ma do czynienia z wybitnym specjalistą. Tymczasem liczba klinik, w których lekarz przyjmuje, nie jest żadnym miernikiem jego kompetencji. Może być natomiast miernikiem jego apetytu na zarobek.

Jeśli lekarz przyjmuje pacjentów w kilku ośrodkach, bo rzeczywiście zapewnia tam specjalistyczną wiedzę, buduje zespoły, szkoli innych lekarzy i bierze odpowiedzialność za prowadzone leczenie – w porządku. Jednak jeśli jego główną motywacją jest wykonywanie jak największej liczby płatnych procedur, mamy do czynienia nie z rozwojem medycyny, lecz z jej komercjalizacją
w najgorszym wydaniu.

Ta specyficzna turystyka jest dla mnie jednym z symboli medycyny, która pomyliła powołanie z franczyzą. Lekarz nie buduje już swojego miejsca, zespołu ani relacji z pacjentami, tylko otwiera kolejne „punkty”. Tu zabieg, tam konsultacja, jeszcze gdzie indziej następny blok operacyjny. Jakby zamiast gabinetu prowadził sieć sklepów, tylko zamiast ekspresów do kawy sprzedawał własne nazwisko. Oczywiście można powiedzieć, że dzięki temu jest „bardziej dostępny”. Tylko dostępność lekarza nie polega na tym, że można go znaleźć w pięciu miastach. Polega na tym, że wiadomo, gdzie go znaleźć, kiedy coś pójdzie nie tak. Za mapą pełną adresów nie stoi żadna misja ani wyjątkowa potrzeba bycia blisko pacjentów. Stoi apetyt na więcej zer na koncie, a to już nie medycyna, tylko biznes.

Lekarz powinien bowiem wiedzieć, co stało się z pacjentem dzień po operacji. Powinien wiedzieć, jak wyglądał
pierwszy
tydzień, miesiąc, pół roku. Powinien mieć możliwość oceny postępów. Powinien znać problemy, które pojawiły się podczas rehabilitacji. Powinien umieć odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ten pacjent po trzech miesiącach nadal nie odzyskał pełnego zakresu ruchu. Nie chodzi o to, żeby chirurg codziennie stał przy łóżku każdego operowanego pacjenta. Chodzi o coś znacznie prostszego – o ciągłość leczenia, o to, żeby ktoś za ten proces odpowiadał.

Bowiem leczenie to nie jest suma niezależnych wizyt ani seria odcinków, w których każdy specjalista wykonuje swoją rolę, a potem przekazuje pacjenta dalej jak pałeczkę w sztafecie. Leczenie powinno być procesem, a proces wymaga kontroli. W ortopedii ma to znaczenie szczególne. Tutaj bardzo często nie wystarczy odpowiedź na pytanie, czy operacja się udała, trzeba zadać kolejne, czy pacjent wraca do funkcji. To dwie zupełnie różne rzeczy.

Pacjent nie przychodzi do ortopedy po ładny rezonans. Przychodzi po sprawne kolano. Po możliwość biegania. Po możliwość wejścia po schodach bez bólu. Po powrót do pracy. Po powrót do sportu. Po zwyczajne życie. Dlatego lekarz powinien patrzeć dalej niż do momentu zdjęcia szwów. Powinien interesować się tym, co dzieje się później.

Współczesna medycyna ma zresztą coraz więcej narzędzi, które pozwalają taką ciągłość leczenia rzeczywiście budować. Możemy monitorować postępy, oceniać zakres ruchu, siłę, funkcję, reakcję na obciążenia. Możemy korzystać z danych, testów i systematycznych kontroli, by wcześniej zauważyć, że coś idzie nie tak. Tylko trzeba chcieć patrzeć i uznać, że pacjent nie jest „przypadkiem operacyjnym”. Jest człowiekiem, którego powierzono nam na pewien czas. To zasadnicza różnica. Jeśli lekarz ma wykonać operację, a potem zniknąć, to można zadać niewygodne pytanie: gdzie w tym wszystkim jest medycyna? Procedurę można wykonać, leczenie trzeba prowadzić.

To nie jest gra słów. To różnica pomiędzy „zrobiłem operację” a „wyleczyłem pacjenta”. Właśnie tę różnicę warto dziś przywrócić do medycyny. Dobry lekarz nie powinien być człowiekiem z teczką, który pojawia się na chwilę, wykonuje swoją część i znika za drzwiami. Powinien być człowiekiem, który wie, że jego podpis pod kartą operacyjną nie zamyka historii pacjenta, a czasami wręcz ją otwiera.

Dlatego może zamiast pytać wyłącznie, ilu pacjentów operujemy, powinniśmy częściej pytać, ilu pacjentów rzeczywiście doprowadziliśmy do sprawności. Operacja trwa kilka godzin, a leczenie trwa miesiące. Odpowiedzialność powinna trwać tak długo, jak długo pacjent jej potrzebuje.