Życie działa trochę jak system naczyń połączonych. Gdy dolejesz trochę pewności siebie do naczynia z napisem „styl”, poziom we wszystkich innych naczyniach – kulturze osobistej, postawie, relacjach, ambicji biznesowej – zaczyna się wyrównywać do tego najwyższego.
Kilka lat temu nie powiedziałbym, że tak się to potoczy. Londyn, 22-letni ja i moja droga do pracy, która co pewien czas zahaczała o okolicę Savile Row. Ulicę, którą kojarzy każdy, kto choć trochę interesuje się brytyjskim, a właściwie ogólnie, męskim stylem. Musiałem nadłożyć trochę drogi, żeby tamtędy się przespacerować, ale widok ludzi na tej ulicy bardzo mnie intrygował. I to nawet nie samych krawców, których pracę można podziwiać z poziomu ulicy, zerkając im przez okna, ale klientów. Ludzi, którzy z niezwykłą swobodą wchodzili i wychodzili z pracowni krawieckich, ludzi, którzy szli ulicą i ludzi, którzy nie bali się spojrzeć w oczy i uśmiechnąć się, gdy mijałem ich idąc z przeciwka. Od niektórych emanowało coś, co ciężko nazwać. Chyba najlepszym określeniem będzie charyzma. Było widać, że to nie jest udawane, a prawdziwe. I co lepsze, od tych ludzi było czuć, że są ważni. Nie miałem pojęcia, czym się zajmują, ale przyciągali wzrok.
Jeden z nich – David, który był stałym bywalcem tych świątyń stylu, czasami pojawiał się u mnie w pracy i miałem przyjemność kilkukrotnie wdać się z ciekawą konwersację. Zawsze dobrze ubrany, dobrze pachnący, z przyklejonym uśmiechem do twarzy. Pewnego razu powiedział mi jedno zdanie, które pamiętam do dziś: „If you don’t respect yourself, why would anyone?”.
Dziś, dziesięć lat później, mogę śmiało powiedzieć, że miał rację. Od tamtej pory w moim życiu zmieniło się niemal wszystko, dążenie do budowania świadomego stylu pozostało stałą. Jeśli u mnie zrobiło to tak kolosalną różnicę, to po prostu musiałem podzielić się tym z innymi. Moja misja z pasji przerodziła się w pracę. Przez lata prowadzenia social mediów miałem kontakt z tysiącami mężczyzn – od dyrektorów korporacji, przez przedsiębiorców, prawników, celebrytów, aż po studentów, rzemieślników i pracowników fizycznych. Każdy z nich inny, każdy ze swoim bagażem doświadczeń, z innymi celami i oczekiwaniami wobec życia, ale zauważyłem, że ta myśl przewodnia, te słowa Davida mogą towarzyszyć każdemu, niezależnie od jego historii. Zacznij ubierać się lepiej, a życie się dla Ciebie otworzy.
Reakcje mężczyzn na tę tezę są fascynujące. Spotykam tych „nakręconych”, którzy po tygodniu piszą do mnie, że obejrzeli wszystkie filmy na moim kanale i wymienili już połowę szafy. Spotykam sceptycznie nastawionych, którzy potrzebują dowodów i czasu, aby się przekonać, i wreszcie spotykam tych, którzy okopali się w dziurawych dresach, powyciąganych t-shirtach i dopóki sami nie spróbują, nic ich nie przekona. Jednak najciekawszy jest moment, gdy każdy z tych mężczyzn zaczyna iść ścieżką lepszego ubioru. Nagle wszyscy zaczynają mówić podobnie: „Czuję się lepiej”. Sam wiedziałem, że tak to działa, ale jednak przełożenie tego na tysiące przypadków uświadomiło mi, jak ogromne ma to znaczenie.
Praca nad sobą to najtrudniejszy projekt w życiu, wymagający ogromnej samodyscypliny i czasu. Jeśli chcesz zmienić ciało, idziesz na siłownię i trenujesz kilka miesięcy, zanim zobaczysz efekty. Jeśli chcesz zmienić karierę, robisz dodatkowe kursy, uczysz się nowych kompetencji, szukasz innej firmy i to może trwać latami. Zmiana ubrań to coś natychmiastowego. To jedyna metamorfoza, która daje efekt „tu i teraz” i jednocześnie jest to zmiana wewnętrzna, jak i zewnętrzna. Zarówno Ty traktujesz siebie inaczej, jak i inni traktują Ciebie inaczej.
Na pewno miałeś w życiu sytuacje, gdy ubierałeś się dobrze – wesele, rozmowa kwalifikacyjna, ważne spotkanie biznesowe, randka – stałeś wtedy przed lustrem, patrzyłeś na swoje odbicie i czułeś, że wyglądasz jak milion dolarów. Super, ale to były pojedyncze przypadki. A gdyby tak przełożyć to na co dzień? Codziennie starać się wyglądać jak milion dolarów. Nie dla innych. Dla siebie. W tym nie ma niczego snobistycznego, choć jest to egoistyczne, ale egoistyczne w dobrym znaczeniu, bo zależy Ci na tym, żebyś to Ty czuł się dobrze. W tym nie ma nic złego, przecież możesz czuć się dobrze w swoim własnym życiu. Na co dzień, a nie tylko od święta.
Istnieje też aspekt praktyczny, o którym boimy się mówić głośno. Świat ocenia nas po okładce. Można cytować piękne przysłowia o „nieocenianiu”, ale prawda jest bezlitosna. Podświadomie szufladkujemy innych. Ty to robisz, ja to robię i wszyscy, których spotykasz w swoim życiu też to robią. Skoro i tak jesteś oceniany, dlaczego tego nie wykorzystać na swoją korzyść? Tak żyje się łatwiej.
Życie działa trochę jak system naczyń połączonych. Gdy dolejesz trochę pewności siebie do naczynia z napisem „styl”, poziom we wszystkich innych naczyniach – kulturze osobistej, postawie, relacjach, ambicji biznesowej – zaczyna się wyrównywać do tego najwyższego. Zaczynasz dbać o to, czy Twoje otoczenie ściąga Cię w dół, czy pcha w górę. Oczywiście wszystko wymaga czasu. Koszulę możesz założyć jutro rano, ale zmiana, którą ona zapoczątkuje, zostanie z Tobą na lata.
Czy ubiór zmienia życie? Zdecydowanie tak. Czy jest to patetyczne i górnolotne? W żadnym wypadku. To czysta pragmatyka życia w społeczeństwie. Spróbuj sam, a obiecuję Ci jedno: widok w lustrze to dopiero początek Twojej nowej drogi.

