–„Widzimy się pod Sabałą. Tam gdzie wczoraj parkowaliśmy, z tyłu hotelu. Pamiętasz gdzie to?”
–„Tak, jasne”.
–„Idź spokojnie. Ja pobiegnę po samochód i tam się znajdziemy”.
–„Dobrze, nie spiesz się”.
Pośpiechu nie było, ale… nie spotkaliśmy się tam, gdzie oboje myśleliśmy. Kto zatem popełnił błąd? Proste, oboje go popełniliśmy.
Hasło „Sabała” mnie kojarzyło się z tym co najmniej w czasie odległe – z hotelem przy Krupówkach, na tyłach którego parkowaliśmy dzień wcześniej. Osobie, z którą się umawiałem, Sabała kojarzy się z pomnikiem odległym od hotelu o prawie 2 km, na końcu ulicy, która Krupówkami już nawet nie jest.
Bo to, co nam się wydaje, nie musi być tym, co wydaje się komukolwiek innemu. To, jak rozumiemy słowa, zależy od kontekstu, doświadczeń, okoliczności, w których werbalizujemy nasze myśli, stylistyki, intonacji, stanu ducha i umysłu, stanu fizycznego, pragnień z danej chwili, oczekiwań, wspomnień… wymieniać można dłużej. Niestety, najczęściej te wszystkie aspekty nie są zbieżne.
Pytanie, po co o tym piszę, skoro każdy światły człowiek zna podstawy kognitywistyki, psycholingwistyki i pragmatyki językowej, nawet jeśli nigdy nie użył tych pojęć. To wcale nie sarkazm (asekuruję się), bo jestem przekonany, że gdybyśmy mieli taką checklistę przed oczami w trakcie każdej z rozmów, to o zrozumienie byłoby znacznie łatwiej. Jednak brzmi to absurdalnie. Nie oznacza to jednak, że nie przydałoby się takiej listy powiesić przy monitorze, przy którym rozmawiamy ze… sztuczną inteligencją.
Ano tak. Załóżmy, że już zrozumieliśmy, że każdy człowiek jest sumą wszystkiego, co na powyższej liście i należy o tym pamiętać w imię porozumienia oraz wyższego, wspólnego dobra. Wszak człowiek jest ułomny i znamy to od dziecka, a nawet jesteśmy wyrozumiali.
Nasza wyrozumiałość jednak słabnie, gdy kupimy profesjonalne narzędzie AI (Gemini, Perplexity, Copilot, Claude, Chat GPT, Grok…) i te chatboty zachowują się podobnie jak my. Fakt, mają przepotężną moc obliczeniową, ale mówić trzeba do nich jeszcze bardziej precyzyjnie i taktycznie sprawniej niż do człowieka, którego jednak nieźle znamy. W przeciwnym wypadku zrobią dużo i szybko, ale niekoniecznie to, czego oczekujemy. Tu odważę się postawić śmiałą tezę, która dla humanisty będzie kontrowersyjna. AI jest świetnym narzędziem do ćwiczenia precyzji, z jaką mówimy – stylistyki, gramatyki, semantyki, a nawet dykcji (jeśli rzeczywiście mówimy zamiast pisać). Warto z nią ćwiczyć, a nieporozumienia brać na klatę, bo jej nie da się zastraszyć, obrazić, zwolnić. Z pewnością nie zrobi to na niej większego wrażenia, więc i my nie odczujemy ulgi ani żadnej satysfakcji.
Ktoś znający się na rzeczy zdecydowanie lepiej niż ja zakrzyknie, że to halucynacje i mimo galopującego postępu trzeba je brać pod uwagę. Ja jednak będę się trzymał tego, że nawet jeśli to całkiem poprawnie stworzony przez nas agent (osobisty, wyćwiczony przez nas samych i naszą wiedzą asystent), to nadal precyzja, z jaką z nim rozmawiamy, i chęć zrozumienia jego potrzeb jest kluczowa. Jego potrzeby są bowiem inne i tak jak powinniśmy zrozumieć człowieka, tak zrozumieć musimy tę sztuczną lub tego sztucznego. Wcale nie chodzi tu (o zgrozo) o personalizowanie bezdusznego oprogramowania lub kodu. Chodzi o umiejętność dostosowania się do sytuacji i zrozumienia jej. Ktoś znów krzyknie, że AI się zmienia, ewoluuje, coś przy niej niej nieustannie „dłubią” i jest nieprzewidywalna, choć coraz bardziej niezbędna! Na to ja odpowiedź mam gotową: nie różni się w tym względzie od człowieka.
Przyznam, że po wielu rozmowach z AI inaczej patrzę na tysiące rozmów, które odbyłem w życiu z ludźmi. Bo jeśli sensem rozmowy jest osiągnięcie dowolnego, choć zamierzonego celu, to co wniosą wszelkie myślowe didaskalia w postaci: „co za jełop, jak idiotce trzeba tłumaczyć, z nim tak zawsze, jak grochem o ścianę, nie da się z nią pracować, szlag mnie trafi” (to najdelikatniejsza z wersji). Najwięcej sensu byłoby w stwierdzeniu, nawet pod nosem: „dobra, sam to zrobię”, gdyby nie fakt, że to tylko częściowo rozwiązuje problem. Jak wynika z najnowszych badań i statystyk, w przypadku korzystania z AI w ogóle nie rozwiązuje. Wbrew optymistycznym zapowiedziom, ludzie nie dostaną więcej wolnych chwil dla siebie, bo „ejaj” będzie pracować za nich. Dostaną je bowiem tylko po to, by wykonać inne zadania i rozwiązywać inne problemy (lub jak kto woli, stawić czoła innym wyzwaniom) z założeniem, że umieją wykorzystywać narzędzia AI.
To oznacza jedno. Umiejętne posługiwanie się językiem zawsze będzie niezbędnym narzędziem w dowolnej dziedzinie naszego życia. Zaś chatbot (agent, osobisty asystent) jako bezstronny, cyfrowy byt, może być najlepszym konsultantem precyzji naszych słów. Zadałem bowiem swojemu sztucznemu takie pytanie: „Będąc w Zakopanem na Krupówkach, jak zrozumiałbyś zdanie «spotkajmy się przy Sabale»?” Odpowiedź zmiażdżyła moje przekonanie, że byłem precyzyjny. Byśmy tam się spotkali, powinienem spojrzeć w oczy rozmówcy i dwa razy powtórzyć zdanie: „Hotel, przy którym wczoraj parkowaliśmy”.

