FelietonPomocy! Kultura mnie atakuje

Pomocy! Kultura mnie atakuje

Gdy skrzyżujesz z kimś spojrzenie i lekko się uśmiechniesz, rzadko spotkasz się z podobną reakcją. Znacznie częściej odpowiada nam nieufne spojrzenie: „O co mu chodzi? Mam coś na twarzy? Dziwny gość”. Dzieje się coś przedziwnego – nauczyliśmy się szukać złych intencji tam, gdzie ktoś po prostu okazuje nam życzliwość.

Dobre wychowanie w dzisiejszym świecie stało się sportem ekstremalnym. Trzeba też się liczyć z tym, że może nam się ono głośno odbić – dosłownie, ale o tym później. Gdy jakiś czas temu opublikowałem krótki filmik instruktażowy na temat przepuszczania innych w drzwiach, nie sądziłem, że rozpętam małą wojnę kulturową. W nagraniu wystąpiła oczywiście moja żona, co niektórym od razu wystarczyło, by dostrzec w nim przejaw patriarchalizmu. Z jednej strony natychmiast odezwali się niektórzy panowie, wymachując sztandarem „równouprawnienia” i pytając z wyrzutem, dlaczego to oni mają się starać, skoro kobiety walczą o niezależność. Z drugiej strony pojawiły się głosy kobiet, które deklarowały: „Mam ręce, poradzę sobie sama, nie jestem niepełnosprawna”.
Siedziałem z telefonem w ręce, zastanawiając się, w którym momencie te proste, międzyludzkie gesty życzliwości stały się przedmiotem walki między płciami.

Żyjemy w czasach, w których przyzwyczailiśmy się szukać podstępu i drugiego dna w najprostszych zachowaniach. Otwarcie komuś drzwi dla niektórych przestaje być gestem uprzejmości, a staje się manifestacją męskiej toksyczności. Odsunięcie krzesła – zamachem na czyjąś autonomię. A spróbuj zaproponować, że zapłacisz za kawę – to już niemal deklaracja ideologiczna. Doszliśmy do momentu, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przepuszczając kogoś w drzwiach, przypadkiem go nie obrazi.

Tymczasem prawda jest banalnie prosta: naprawdę przytrzymuję drzwi każdemu – także mężczyznom. Kurierowi z ciężką paczką, rowerzyście, który nie musi się gimnastykować w wąskim przejściu, oraz starszemu panu o kulach. Tak naprawdę nie przepuszczam mężczyzny czy kobiety – przepuszczam człowieka. Robię to z egoistycznego powodu – chcę żyć w świecie, w którym ludzie są dla siebie po prostu mili.

Jednocześnie obserwujemy drugi, równie niepokojący trend – bezczelność coraz częściej próbuje uchodzić za „autentyczność”. Siedząc w ogródku pewnej sopockiej restauracji i rozmawiając z żoną, nagle usłyszeliśmy głośne, nieprzyjemne beknięcie. Spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem, po czym przenieśliśmy wzrok na źródło tego dźwięku. Był to młody mężczyzna, idący deptakiem ze swoją dziewczyną. On – dumny jak paw, ona – wpatrzona w niego, jakby dokonał właśnie czegoś godnego szczególnego uznania. Moja pierwsza myśl była bardzo współczesna: „O, mam pomysł na nowy materiał do mediów społecznościowych”. Zdecydowana większość odbiorców zgodziła się ze mną, że takie zachowanie jest nieakceptowalne, ale pojawiły się również głosy typu: „Bekanie w miejscu publicznym? Nie będę się powstrzymywał, bo to niezdrowe”. Prowadzenie rozmowy przez głośnik w pociągu czy kawiarni? „Jestem wolnym człowiekiem, mogę rozmawiać, gdzie chcę i jak chcę”. Idźmy za ciosem. Przecież obcinanie paznokci w tramwaju to też oszczędność czasu, a siorbanie rosołu w restauracji od razu go chłodzi. Czy to jeszcze wolność, czy już zwykłe lekceważenie ludzi wokół nas?

Zamiast ułatwiać sobie nawzajem codzienność, coraz częściej widzimy wokół siebie potencjalnych wrogów. Wystarczy przejść się ulicą dowolnego polskiego miasta – mijamy dziesiątki ludzi ze spuszczonym wzrokiem. Gdy skrzyżujesz z kimś spojrzenie i lekko się uśmiechniesz, rzadko spotkasz się z podobną reakcją. Znacznie częściej odpowiada nam nieufne spojrzenie: „O co mu chodzi? Mam coś na twarzy? Dziwny gość”. Dzieje się coś przedziwnego – nauczyliśmy się szukać złych intencji tam, gdzie ktoś po prostu okazuje nam życzliwość.

Savoir-vivre nigdy nie miał być narzędziem opresji ani sposobem na pokazanie swojej wyższości. Dobre maniery nie są muzealnym eksponatem, kurzącym się na półce z napisem „XIX wiek”. To zestaw prostych zasad, które wymyślono po to, aby wspólnie ułatwiać sobie życie i okazywać szacunek drugiemu człowiekowi.

Otwieranie drzwi, mówienie „dzień dobry” w windzie, przestrzeganie zasad określających, kto wchodzi lub wychodzi pierwszy, czy uśmiech do mijanego na spacerze nieznajomego nie są deklaracją przynależności do jednej czy do drugiej opcji ideologicznej. To gesty, które mogą poprawić humor obu stronom, jeśli zostaną przyjęte życzliwie, albo go popsuć, jeśli ktoś odczyta w nich złe intencje.

Wielu ludzi wierzy, że odrzucając zasady kultury, zyskują wolność. W rzeczywistości często osiągają odwrotny skutek – zamykają się we własnym egocentryzmie i przestają dostrzegać, że obok nich żyją inni. Na szczęście najczęściej takie osoby spotykam w komentarzach w mediach społecznościowych. Nadal będę więc przytrzymywał drzwi wszystkim z uśmiechem. Bowiem kultura, wbrew temu, co mówią sceptycy, otwiera w życiu te drzwi, które inni zamykają sobie przed samym nosem.