MotoPowrót do przyszłości w garażu

Powrót do przyszłości w garażu

Z Tomkiem „DeLoreanem” Niemczewskim rozmawia Tomasz Raczyński.
zdjęcia: Jan i Kajetan Góral

Kiedy w Polsce lat 80. szczytem marzeń był Fiat 126p, gdzieś za oceanem rodziła się legenda. Srebrny, kanciasty, z drzwiami unoszonymi niczym skrzydła mewy – DeLorean DMC-12. Dla wielu pozostał jedynie kinowym wehikułem czasu. Dla niego stał się treścią życia. Poznajcie Tomka – człowieka, dla którego ten niezwykły samochód nie ma tajemnic, a w środowisku znany jest jako „Tomek DeLorean”.

Jak zaczęła się Twoja pasja do DeLoreana?
Z powodu filmu. Kiedy w Polsce jeździły Maluchy i czasem jakiś dyrektor przemknął Polonezem, DeLorean był niewyobrażalnym cudem. Był to rok 1985. Dla chłopaka z tamtej rzeczywistości ten samochód wyglądał jak statek kosmiczny – coś absolutnie nieosiągalnego.

Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z nim na żywo?
Oczywiście! 1991 rok, 4 lipca, Manhattan. Mój pierwszy dzień w Stanach i nagle stoi, zaparkowany przy krawężniku. Trudno opisać zaskoczenie, że to naprawdę istnieje! Widzieć go na ekranie, to jedno, ale dotknąć chłodnej stali nierdzewnej, poczuć pod palcami te szczotkowane panele, to zupełnie inne doświadczenie.

Co fascynuje Cię w jego konstrukcji?
Konstrukcja na lekkiej ramie, nadwozie z laminatu, blachy ze stali nierdzewnej 304 i silnik, który w założeniu miał przejechać milion kilometrów. To samochód zrobiony na wieki, nie na lata. Wyprodukowano ich około 9 tys. sztuk – każdy praktycznie identyczny. To nie jest auto, które miało się podobać przez sezon. Ono miało przetrwać pokolenia.

Co wyróżnia go spośród innych klasyków?
Ponadczasowość i trwałość. Jest to chyba jedyny samochód tak stary, którego można używać na co dzień bez kompromisów. Wyprzedzał epokę – wtrysk paliwa, katalizator i emisja spalin, która do dziś zaskakuje. Praktycznie brak problemu korozji. Większość samochodów z tamtych lat dawno przegrała walkę z rdzą. DeLorean wygląda tak samo jak w dniu, gdy opuścił fabrykę.

Jesteś znany jako „Tomek DeLorean”. Skąd ten przydomek?
Ten samochód nie ma dla mnie tajemnic. Naprawiam, serwisuję i odrestaurowuję DeLoreany. Swój egzemplarz rozebrałem do ostatniej śrubki i złożyłem, doprowadzając do stanu lepszego niż fabryczny. Remont silnika czy skrzyni biegów to żaden problem. W tej chwili czekają u mnie cztery sztuki na kompletne odrestaurowanie. Są tylko dwie rzeczy, których nie robię sam: tapicerkę oddaję specjalistom, a geometrii zawieszenia nie wykonuję, bo nie mam potrzebnej maszyny.

Słyszałem, że DeLorean jest bardzo awaryjny. Każdy wyjazd kończy się powrotem na lawecie. Jak to jest naprawdę?
DeLorean jest definitywnie mniej awaryjny niż inne samochody, gdyż jest po prostu prosty. Nie ma komputerów, setek czujników czy skomplikowanego układu elektrycznego. Awaryjność to mit, choć ma uzasadnienie. Nowi właściciele kierują się niskim przebiegiem – rocznik nie gra roli, a stal zawsze błyszczy. Kupują auto z małym przebiegiem, wymieniają płyn, akumulator i ruszają. Samochód, który ma 45 lat i stał cztery dekady, nie nadaje się do jazdy bez gruntownego przeglądu. Guma się starzeje, wycieki są nieuniknione.

Tymczasem przez ostatnie cztery lata DeLorean był moim codziennym samochodem. Koszty awarii? Łożysko rolki – 12 zł, regulator alternatora po 44 latach – 150 zł. Łącznie 162 zł w cztery lata. Co roku na przeglądzie diagności nie wierzą własnym oczom: CO – 0,00, HC – 1, przy normach CO – 0,50 i HC – 100.

Inny mit: DeLorean jest wolny i dużo pali.
Średnie zużycie to 10 litrów na 100 km – mniej niż niejeden współczesny SUV. Do „setki” w 8 sekund. Biorąc pod uwagę epokę: Porsche 924 Turbo – 7,7 s, Corvette – 7,8 s, DeLorean – 8,0 s, Datsun 280ZX – 9,5 s, Mazda RX-7 – 9,5 s. Był szybszy niż połowa sportowych ikon tamtych lat.

Jak wygląda społeczność miłośników?
W Polsce dopiero się tworzy. Krąży przekonanie o awaryjności i ludzie się boją. Ogólnie DeLorean przyciąga ludzi otwartych, chcących nawiązywać kontakt. W Polsce jeszcze nie było zlotu, ale jest nas coraz więcej. Najbardziej niezapomniane chwile przeżyłem w 2002 r. w Graceland w Memphis – 104 DeLoreany na jednym placu i atmosfera domowego pikniku. Wszyscy jak jedna wielka rodzina.

Jak widzisz przyszłość marki?
Osoby, które pamiętają ten samochód z młodości, osiągają wiek, w którym mogą spełniać marzenia, ale świat poszedł w złym kierunku. Konsumpcjonizm, polityka „wyrzuć i kup nowe” – powodują, że utrzymanie klasyków staje się trudniejsze. Regeneracja podzespołów to ginący zawód.
Czy ludzie zaakceptują ręczną skrzynię, brak ekranu, brak wspomagania, brak ABS? To samochód dla prawdziwego kierowcy, którego cieszy podróż, a nie cel. Obawiam się, że miłośnicy prawdziwej motoryzacji mogą zniknąć.

Jakie są Twoje marzenia?
Ocalić je od zapomnienia. Taka motoryzacja już nie wróci. Te cztery sztuki w garażu chcę doprowadzić do stanu lepszego niż z fabryki. Każda śrubka, każda nakrętka. To mój wkład w ocalenie marki i umożliwienie komuś spełnienia marzenia – pojechać DeLoreanem w stronę zachodzącego słońca.

Co poradziłbyś czytelnikom, którzy chcą rozpocząć przygodę z klasykami?
Jeśli lubisz kręcić kluczami i nie boisz się smaru, nie ma nic lepszego. Jeśli wolisz jechać, niż dojechać – żaden obecny samochód nie da tego, co klasyk. Cierpliwość, klucz dynamometryczny i tabela momentów dokręcania przestrzegana jak check-list w samolocie – to podstawa. Tu nie ma miejsca na klej, „trytytkę” i wkręty do drewna.
Klasyki nie są dla każdego, ale jeśli masz duszę pasjonata i nie uznajesz rozwiązań „jakoś będzie”, to przyjemność z jazdy i duma są czymś, czego dzisiejszy samochód nie da. Jak ktoś pozna ten świat, już nigdy nie będzie chciał innego!

Tomek DeLorean to miłośnik marki DeLorean, serwisant i restaurator, dla którego ten samochód nie ma już żadnych tajemnic. Właściciel od 1997 r., obecnie posiada 5 egzemplarzy. „Jeżeli ktoś byłby zainteresowany marką, tym samochodem czy zakupem – chętnie odpowiem na pytania, pomogę i poradzę” – mówi.