FelietonMarbella
Tomasz Roy-Szabelewski
Tomasz Roy-Szabelewski
Elitarny Łobuz, @elitarny.lobuz

Marbella

Zimą życie towarzyskie polskich elit kwitnie na Costa del Sol. Są tu wszyscy: przedsiębiorcy, politycy, aktorzy, producenci telewizyjni; polskie nazwiska znane z pierwszych stron gazet, etykiet słoików przetworów warzywnych i tubek kremów pod oczy.

Gdzie najłatwiej spotkać polskiego milionera? W samolocie Wizzair na trasie Warszawa-Malaga. To nie powinno dziwić, bo oddalona o godzinę drogi od Malagi Marbella to de facto zimowa stolica polskich krezusów. Zwabiony piękną pogodą, a także namowami znajomych, wpadłem tu na kilka dni, aby się rozejrzeć i zdecydować, czy ja też potrafiłbym uczynić ten kurort moim drugim domem.

Marbella potrafi polaryzować. Na początku byłem nią rozczarowany. Marbella ma w Hiszpanii mityczny status od prawie pół wieku. Tym większy był mój niesmak, gdy w końcu ją odwiedziłem i zobaczyłem jej centrum: brzydkie, betonowe, wypełnione bezdusznymi bloczyskami z lat 60. i 70. Mówi się, że Marbella – ze swoimi trzystoma dniami słońca w roku – to Dubaj Europy. Mnie przypomina raczej Los Angeles, wszędzie trzeba tu jeździć samochodem, bo bez auta nie kupi się nawet mleka.

Tyle minusów. Niezaprzeczalnym atutem Marbelli jest to, że z roku na rok pięknieje. Przybywa opcji spędzania wolnego czasu. Rozrastające się nowe dzielnice wzbogacają ofertę gastronomiczną. Kwitnie życie kulturalne. Do tego dochodzi czyste powietrze i hiszpański luz.

To, co jednak najbardziej przyciąga, to lista obecności. Zimą życie towarzyskie polskich elit kwitnie właśnie na Costa del Sol. Są tu wszyscy: przedsiębiorcy, politycy, aktorzy, producenci telewizyjni; polskie nazwiska znane z pierwszych stron gazet, etykiet słoików przetworów warzywnych i tubek kremów pod oczy. Można tu wpaść na Joannę Przetakiewicz i Rinke Rooyensa. Swój dom ma tu król paczkomatów, czy też – jak kąśliwie opisują go mieszkający w Marbelli zamożni cudzoziemcy – „polski listonosz”. Jeszcze kilka lat temu zima spędzona w Hiszpanii oznaczała wykluczenie z życia towarzyskiego Warszawy, Trójmiasta, czy Poznania. Dzisiaj Polaków w Marbelli jest już tylu, że łatwiej wpaść na kogoś znajomego tutaj niż w Polsce. Wynika to w dużej mierze z charakteru tego miasta. Elity nie szwendają się tu bez celu, tylko spędzają czas w konkretnych enklawach – pięciogwiazdkowych beach barach i klubach sportowych jak Puente Romano, modnych kompleksach restauracyjnych jak Forum oraz w luksusowych butikach Puerto Banus.

To właśnie na ulicach Marbelli najlepiej widać, jaki jest współczesny polski milioner. Przede wszystkim opalony. Tak w sam raz. Odziany od stóp do głów w Loro Piana. Ma piękny uśmiech. Wybielony, ale też w sam raz. Wizerunku człowieka sukcesu dopełnia atletyczna sylwetka, nienaganne maniery i ekspercko zawiązany, zarzucony na plecy kaszmirowy sweterek. Najdroższy jest, oczywiście, jego zegarek, choć na tyle dyskretny, by w tłumie innych milionerów nie rzucał się w oczy. Zamiast Lamborghini (banał!) przemieszcza się Mercedesem cabrio z lat 80. Polski milioner w Marbelli nie odróżnia się już absolutnie niczym od swoich kolegów ze Szwecji, Niemiec, Belgii czy Szwajcarii.

Mój agent nieruchomości – też Polak – wygląda jak model z reklamy Brunello Cucinelli. Zna tu wszystkich. Zabiera mnie do polskiej piekarni, polskiego fryzjera i jubilera. Ten, kto słysząc „polski sklep”, ma przed oczami polonijne biznesy na Greenpoincie, będzie zaskoczony. Tutaj w Marbelli po eko-fit-wellness bułeczki do polskiej piekarni klienci przyjeżdżają limuzynami z szoferami.

Oglądamy nieruchomości. Ceny wahają się od 600 tys. euro za wykończone mieszkanie deweloperskie po 35 mln za przestronny dom z basenem i salą kinową przy najbardziej pożądanej Złotej Mili. Standardem jest sala bilardowa, pokój paniki, a w jednym takim domu widziałem nawet boisko do piłki nożnej… w piwnicy rezydencji. Czy Polacy kupują tak drogie nieruchomości? Kupują i to często. Podbijamy Costa del Sol niczym Niemcy Majorkę. Nareszcie. Budowniczym dwudziestej gospodarki świata zwyczajnie się to należy. Nawet jeśli jeszcze przez jakiś czas będą nas uszczypliwie nazywać listonoszami. 