Gdy w końcu nadchodzi dzień prezentacji, czuję się bardziej jak na przesłuchaniu niż na spotkaniu sprzedażowym. Zaczyna się niewinnie: kawa, sympatyczny sprzedawca, pytania o nasze wakacyjne preferencje. Dopiero drugi etap to jazda bez trzymanki.
Kiedy mieszkałem w Polsce, jakoś nigdy nie trafiłem na zjawisko zwane timeshares. Może to kwestia klimatu, może odporności na rzeczy, które brzmią zbyt dobrze, żeby były prawdziwe. Zdarzyły mi się co najwyżej zaproszenia na prezentacje garnków. Dlatego gdy pewnego dnia zadzwoniła do mnie przemiła pani z dużej sieci hotelowej i zaproponowała „prawie darmowe wakacje” w zamian za dwugodzinną prezentację inwestycyjną, zapaliła mi się lampka ostrzegawcza wielkości latarni morskiej. Szybki research w internecie potwierdził jednak prawdziwość oferty. Może więc warto spróbować? Do wyboru: Las Vegas, Nowy Jork, Orlando. Po krótkiej konsultacji z partnerem wybieramy to ostatnie. Kilka tygodni później lądujemy w czterogwiazdkowym resorcie w „światowej stolicy parków rozrywki”, wśród tłumów ludzi w uszach Myszki Miki i koszulkach z bohaterami Marvela.
Orlando jest fascynujące w bardzo specyficzny sposób: to miasto, w którym wszystko jest atrakcją, a jednocześnie nic nią nie jest. Dominują resorty, centra handlowe, outlety i parki rozrywki – jakby ktoś zapomniał dodać resztę miasta. Autobusy kursują między kolejnymi światami: oceanów, aligatorów, czarodziejów i Disneya. W outletach największa kolejka stoi do sklepu Disneya, ale nie tworzą jej dzieci. To Disney Adults – kolekcjonerzy gadżetów ze swoimi ulubionymi bohaterami, którzy potrafią odwiedzać parki rozrywki nawet kilkadziesiąt razy w roku. Już po jednym dniu w tym miejscu wracamy do hotelu przytłoczeni i wykończeni.
W hotelowym barze poznajemy Scotta i Alice – weteranów timeshare’ów i prawdziwych kolekcjonerów „darmowych wakacji”. Zaliczyli pięć prezentacji w trzy lata. Ich historie brzmią jak coś między stand-upem a thrillerem psychologicznym. Scott wspomina na przykład sprzedawcę, który się rozpłakał, próbując ich przekonać do zainwestowania w kawałek resortu. Bo o to tu chodzi: kupujesz prawo do korzystania z apartamentu w wybranych resortach przez określony czas w roku, np. tydzień, płacąc wpisowe i coroczną opłatę za utrzymanie. Prosty układ. Dla niektórych nawet sensowny, jeśli masz dużą rodzinę i lubisz wracać w to samo miejsce. Coś jak McDonald’s na wakacjach: zawsze wiesz, co dostaniesz. Zanim się rozstajemy, Scott rzuca: „Nastawcie stoper – nie mają prawa was tam trzymać dłużej niż czas, na który się zgodziliście ofercie. I przygotujcie trzy dobre wymówki”.
W końcu nadchodzi dzień prezentacji. Przez ostrzeżenia Scotta czuję się bardziej jak na przesłuchaniu niż na spotkaniu sprzedażowym. Zaczyna się niewinnie: kawa, sympatyczny sprzedawca, pytania o nasze wakacyjne preferencje. Dopiero drugi etap to jazda bez trzymanki: zostajemy usadzeni w klasie, a całość prowadzi kobieta, którą najtrafniej opisać jako skrzyżowanie nauczycielki z kaznodziejką. Teatralny głos, pauzy jak z Broadwayu i zdanie, które powinno mieć własny znak towarowy: „Wiem, co państwo myślą… ale proszę obiecać, że wysłuchają mnie do końca”. Dalej jest już tylko dziwniej. Slajdy z jej życiem „przed” i „po” odkryciu timeshare jako wakacyjnej filozofii. Narracja o przemianie. Wakacje na Hawajach wracające przez całą prezentację jak bumerang jako dowód ostateczny, że system działa – i jeden z niewielu przykładów, gdzie rachunek ekonomiczny tej oferty faktycznie bywa dla klienta korzystny.
Kulminacją jest moment, w którym mamy zamknąć oczy i wyobrazić sobie siebie na hawajskiej (a jakże) plaży. Nie żartuję. Po prawie półtoragodzinnym praniu mózgu wracamy do naszego smutnego sprzedawcy. W głowie mam przygotowane argumenty, a wzrok co chwilę ucieka na zegarek. Pan słucha moich argumentów, my słuchamy jego wyświechtanych formułek. Po kilkunastu minutach wzdycha, kiwa głową. Może wie, że nie ma szans. Jeszcze tylko kilka papierków do podpisu i po dokładnie dwóch godzinach bez trzech minut wychodzimy „na wolność”. Słońce świeci, basen czeka. Chyba zasłużyliśmy na drinka.

