WywiadyWalc, UFO i stary Mercedes
Anna Soporek
Anna Soporek
dziennikarka, prezenterka telewizyjna

Walc, UFO i stary Mercedes

Po udziale w „Tańcu z Gwiazdami” stracił 12 cm w pasie, chciałby spotkać kosmitów, żeby mógł nam powiedzieć: „A nie mówiłem”, a w swoich rozlicznych planach ma sportowe wyzwania i small talk z Martinem Scorsese. Piotr Kędzierski opowiada o barwnym życiu Annie Soporek.

Zdjęcia: Bartosz Maciejewski
Stylizacje: Ireneusz Korzeniewski @styleman

Jeszcze chwilę temu powiedziałabym, że wpadłeś do studia prosto z treningu, ale sytuacja się zmieniła.
Przygodę z tańcem zakończyłem rano w poniedziałek [11 maja – przyp. red.] nad ranem po after party, które było bardzo intensywne. Czuję się, jakbym wrócił z kolonii i zostawiłem moich kolegów z różnych części kraju. Zacząłem się zastanawiać, co ze sobą zrobić. Mimo że obowiązków mam sporo, harmonogram dnia znów muszę sobie układać sam. Trochę się zawsze podśmiewałem z popkultury oraz emocji, które te programy wywołują i poczucia solidarności wśród uczestników. Wydawało mi się, że to jest wyssane z palca i wyreżyserowane, ale ten format wymaga bardzo dużo pracy fizycznej, a od strony emocjonalnej jest bardzo wymagający.

Dlatego złożyłeś rezygnację?
Kiedy jakiś pomysł pojawia się w mojej głowie, analizuję go pod różnymi kątami, przegaduję z zaufanymi ludźmi, a potem go realizuję. Uważam, że była to najlepsza – zwłaszcza z perspektywy tego, co wydarzyło się w finale – najbardziej ludzka, sprawiedliwa, uczciwa decyzja, jaką mogłem podjąć.

Jak wyglądał Wasz dzień treningowy? Ile czasu trenowaliście?
Mieliśmy sale treningowe, ale często nie wystarczało nam czasu, żeby osiągnąć taki efekt, jaki zakładaliśmy. Trenowaliśmy więc w innych miejscach, na przykład w mojej knajpie, gdzie jest fragmencik parkietu i tam też z Magdą [Tarnowską] ćwiczyliśmy. Ona nie zna słowa „stop”, nie zna też takiej czynności jak odpoczynek. Zdałem się na nią, bo nie mam o tańcu pojęcia. Wydaje mi się, że nasza średnia dzienna to było sześć godzin. Zaczęliśmy w lutym i pierwszym dniem, który był wolny od treningu, była sobota wielkanocna. W niedzielę moja dziewczyna się zdenerwowała, bo myślała, że chociaż święta spędzimy razem. Być może nie byłem wirtuozem tańca, ale włożyłem w to bardzo dużo pracy i w większości przypadków jestem zadowolony z tego, co udało się osiągnąć. Mój potencjał był bardzo głęboko… ukryty.

Podchody, by namówić Cię do występu w programie trochę trwały?
Specjalnie o to nie zabiegałem. Kiedyś ktoś do mnie w tej sprawie zadzwonił. Zgodziłem się, nie wierząc, że dla kogoś mogę być interesujący w tej kwestii. Potem wszystko bardzo szybko poszło. Nie żałuję, bo to naprawdę był super czas.

Który taniec najlepiej Ci się tańczyło?
Walc był mi najbliższy, bo jest spokojny i dystyngowany. W tańcach latynoskich zupełnie się nie odnajdywałem. Naszym ostatnim tańcem, gdy wiedzieliśmy już, że żegnamy się z programem, był fokstrot. Wiąże się z nim anegdota z lampą w roli głównej. Na początku miałem stać z reflektorem i nieporadnie świecić na Magdę do utworu z musicalu „Chicago”. Potem wszystko się posypało, bo na środku parkietu została lampa, której nikt nie zabrał. Wiedziałem, że jeśli zrobię krok do tyłu, na pewno ją przewrócę. Z Magdą improwizowaliśmy więc wokół niej do samego końca, udając, że wszystko idzie zgodnie z planem. Najlepsze było zakończenie. W założeniu tancerze podnosili mnie do góry, a ja rozkładałem ręce niczym gwiazda. W telewizji w tej finałowej całkowicie zasłania mnie na scenie lampa. Szkoda, bo fajnie byłoby pożegnać się lepszymi ocenami.

Mieliście z Magdą dobrą relację?
Mamy super relację. Byłem świadkiem jak tancerze podchodzą do swoich podopiecznych. Oni włożyli w swój zawód mnóstwo pracy. Zdaję sobie sprawę, ile to jest lat wyrzeczeń, żeby tańczyć tak jak oni. Do nas, do amatorów zwracali się z dużą serdecznością, z wielką empatią. Efekty na parkiecie są niewyobrażalne. Zadałem Iwonie Pavlovicz pytanie, czy na profesjonalnym turnieju tańca zrobiłoby wrażenie to, jak Magda z Gamou zatańczyła w tym programie. Powiedziała, że to była klasa naprawdę bardzo wysoka.

Czy Twoja relacja z tańcem jest na tyle dobra, że wróciłbyś jeszcze do niego prywatnie?
Powiedzmy, że w tej materii przeszedłem na emeryturę. Nigdy nie byłem fanem aktywności fizycznej, ale już mi jej brakuje i widzę, jakie skutki może wywołać intensywna praca nad sobą.

Jakie na przykład?
Zdecydowanie lepiej się czułem.

Mogłeś zjeść wszystko.
Absolutnie mogłem jeść wszystko: tonę cukru, zapić colą, zjeść tłusty stek. W grudniu ważyłem powyżej stówki. Po programie okazało się, że ważę 90 kg. Na planie tego programu uczestnikami bardzo się opiekowano. Mieliśmy przygotowane buty specjalnie dla nas na miarę i uszyte kostiumy. Występowałem w tych samych spodniach od pierwszego do ostatniego odcinka. Dziewczyny zmierzyły mi obwód w pasie. Spodnie zmalały w tym czasie o 12 cm. Teraz mam traumę. Od kilku dni jem tyle samo, a ruszam się dużo mniej, więc desperacko szukam na siebie rozwiązania. Mam chytry plan, że założę sportowy vlog i będę uprawiał różne dyscypliny sportu regularnie i zrobię z tego swój nowy zawód: tester sportów. Nie wiem, czy to ktoś będzie chciał oglądać, ale potrzebuję pretekstu quasi-zawodowego, żeby się za to zabrać. Jak mam iść w jakieś miejsce, gdzie się uprawia sport, to przechodzą mnie ciarki. Potrzebuję większej motywacji.

Skąd wzięła się w Twoim dorobku książka o UFO?
Moja mama Maria jest postacią na osobną książkę. Któregoś dnia siedziała w mojej restauracji, a ludzie patrzyli na mnie z dziwną mieszanką zakłopotania i współczucia. W końcu dowiedziałem się, że mama twierdzi, iż widziała UFO. Opowiedziała mi, że w nocy spotkała w swoim mieszkaniu dziwną, szarą postać. Brzmi absurdalnie, ale od dziecka interesowałem się tym tematem, słuchałem audycji o UFO, znałem ufologów, więc zamiast to zignorować, zacząłem drążyć. Mama narysowała postać, którą widziała, a rysunek trafił do Roberta Bernatowicza (to najbardziej znany polski ufolog). Niestety, ten rysunek, później zaginął, czego do dziś żałuję, bo chciałem wykorzystać go w książce. Potem historia szybko zaczęła żyć własnym życiem. Łukasz Ostoja-Kasprzycki, który prowadzi blog PoWarszawsku, pracował też z wydawnictwem Julka Strachoty i Kuby Żulczyka, zaproponował mi, żebym coś dla nich napisał. Połączyłem Łukasza, moją knajpę, moją mamę i ufo. Nie mam takiego ego, żeby opisywać historie ze swojego życia. Nie czuję się na siłach, żeby napisać historię fabularną. Skojarzyłem mamę, UFO i Warszawę. Tak powstał pomysł na „Warszawskie UFO”.

Rozmawiałeś z ufologami, sceptykami, z duchownymi? Te rozmowy sprawiły, że narodziło się więcej pytań czy więcej odpowiedzi?
To trudne pytanie. Bezwzględnie ten temat jest fascynujący. Wydaje mi się, że to, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych i w Japonii, bo Japończycy też powiedzieli, że ujawnią swoje akta dotyczące tego tematu, oznacza, że nie ma żartów, że to rzeczywiście się dzieje, są jakieś dowody i być może w ciągu kilku najbliższych lat dowiemy się oficjalnie, że nie jesteśmy sami. Podobnie jest z masą teorii spiskowych. Do nich też warto podejść poważniej.

Planujesz kontynuację Twojej książki?
Bardzo bym chciał, żeby oni naprawdę wylądowali. Wtedy mam szansę na wyższe półeczki w Empiku. Mówię w imieniu całej branży ufologicznej. Czytelnicy spojrzą na nas łaskawiej, gdy będę mógł powiedzieć: „A nie mówiłem?”.

Zaczynałeś karierę dwadzieścia lat temu…
Konkretnie 31 stycznia 2004 roku. Wtedy zrobiłem pierwszy swój wywiad w życiu.

Gdybyś wtedy miał wiedzę taką, jak teraz, zdecydowałbyś się na ten zawód?
Bezwzględnie tak, nawet jak było średnio w moim życiu i zdarzały się momenty, kiedy byłem zmuszony robić coś innego, jednak wspaniałe jest wszystko, co mi się przytrafiło. Wiodę wspaniałe życie. Utrzymuję się z tego, żyję na fajnym poziomie, poznałem masę ludzi, zrobiłem świetne rzeczy, które nie byłyby możliwe w innej konfiguracji. Cały czas mam głód tego, co można zrobić. Kilka kwestii, nad którymi zastanawiałem się za długo, przeleciało mi koło nosa. Może zabrakło mi determinacji albo pomysłu na siebie.

Co na przykład przeleciało?
Kwestie youtubowe. Myślę, że mogłem zrobić coś swojego, ale zawsze uważam, że pewne rzeczy dzieją się po coś. Działam strategią małych kroczków i wybieram powolne budowanie niż spektakularne wybuchy jądrowe. Często, gdy przychodzą do nas aktorzy albo piosenkarze, fajnie jest porozmawiać z takimi, którzy mają szerszą perspektywę. Mówią, że często bardzo duża popularność na początku bardzo psuje, bo jesteś eksploatowany, tracisz na kreatywności i na atrakcyjności. Cały rynek aktorów dziecięcych z USA tego dowodzi. Ja powoli realizowałem i realizuję swoje projekty i z roku na rok jest coraz fajniej.

Ludzie, którzy wykonują ten zawód często dostrzegają, że on się zmienia, że idzie w kierunku internetu, że nie wiadomo, co będzie za kilka lat.
Czy nie jest sexy, że nie wiesz, do czego świat zmierza i trzeba się niczym kameleon w tym odnaleźć? Życie jest jedno i jest fascynujące. Traktuję je trochę jak grę komputerową, przeskakuję z levelu na level i chcę zdobyć jak najwięcej punktów. Tak się dzieje, więc jestem szczęściarzem.


Co z Twoim serialem? Wiem, że takie plany są.
Są. Robię serial na Instagramie własnym sumptem. Powstał dzięki temu, że mam ludzi, do których mogę zwrócić się o pomoc i chcą mi poświęcić swój cenny czas i swoje umiejętności. Zrobiliśmy taką miniformę na Instagramie. Ten pomysł kilka ładnych lat kiełkował mi w głowie. Teraz nie chcę mówić nic więcej, zanim nie będę miał namacalnych dowodów, że powstało coś więcej.

Kim dla Ciebie jest współczesny gentleman? Możesz siebie tak nazwać?
Myślę, że gentleman jest słowem o szerokim znaczeniu i wiele się w nim mieści, bo zarówno estetyka, jak też etyka i moralność. W kwestii moralności, mogę śmiało spojrzeć w lustro. Jeśli zrobiłem komuś coś przykrego, nie są to rzeczy niewybaczalne, liczę, że czas zagoił rany. Nie mam żadnych zobowiązań finansowych, nie mam osoby, której nie podałbym ręki. Nie ma też osoby, która mnie nie podałaby ręki. Ubieram się nie tak jak stereotypowy gentleman, ale mam uzasadnienie, gdyż bardzo chciałbym mieć w sobie takiego ducha old man i ładnie się ubierać od stóp do głów w Loro Piana i wiedzieć, kiedy założyć buty na jacht, a kiedy rękawiczki. To jednak byłoby moje przebranie, a nie coś, co ze mnie wypływa. Jestem raczej poszukującym, wybieram modę młodzieżową z twistem i z „podszyciem” ideologicznym. Mam brandy, które lubię i które noszę. Często jest tak, że nie pasuję outfitem do sytuacji. Podsumowując moją odpowiedź, myślę, że mogę mieć predyspozycje na gentlemana, ale niezręcznie mi siebie oceniać w ten sposób.


Wybierasz samochody stare czy nowe?
Jest taki serial z Michaelem Douglasem „The Kominsky Method”. On jeździ starym Mercedesem, tak starym, że podświadomie wiesz, że ten bohater go ma od momentu, kiedy był człowiekiem sukcesu, do teraz, kiedy uczy w podrzędnej szkole aktorskiej. Pomyślałem sobie, że najlepiej będzie, jeżeli sobie sprezentuję taki samochód, którego będę używał codziennie i z którym po prostu dożyję końca swoich dni i on będzie cool. Zawsze będzie cool. Są takie samochody, które bez względu na to, czy mają 2 lata, 15 czy 30, są super. Jeśli są zadbane, mogą długo służyć. Kupiłem taki samochód i zamierzam dotrzymać tej mojej autodeklaracji. Uważam, że zarówno jakościowo, jak i emocjonalnie nowe samochody są pozbawione tego, co było kiedyś.

Nie mają charakteru?
Materiały są nie te, samochody pachną inaczej, niż pachniały kiedyś. Jak wchodzisz do trzydziestoletniego Mercedesa, możesz zawiązać sobie oczy i wiesz, że to jest stary Mercedes. Podobnie jest ze starym BMW. To jest wspaniałe, ale też wymaga troski. Nie masz darmowych serwisów i jeszcze przez trzy lata okresu gwarancyjnego. Trzeba się przytulić, wsłuchać. Motoryzacja jest wspaniała.

Jest coś w życiu, czego Ty jeszcze szukasz?
Szukać to złe słowo. Ja chcę sobie realizować rzeczy, które we mnie drzemią, które sprawiają mi przyjemność. Przyjemność ma dużo znaczeń, ale motorem do działania musi być chęć zrobienia czegoś fajnego. Nigdy moja motywacja nie była stricte finansowa. Jak coś jest fajne i dobrze to robisz, to z tego przyjdą pieniądze. Wielokrotnie mnie to uratowało.

Czyli motywują Cię pasja, zainteresowanie i ciekawość?
Pasja, ale też różnie rozumiana. Gdy uczestniczysz w projekcie komercyjnym, chcesz się nauczyć jakiejś umiejętności albo dowiedzieć się czegoś o świecie. Jest takie mądre słowo „dywersyfikacja”. Staram się mieć pięć różnych możliwości naraz, bo wtedy mam poczucie bezpieczeństwa.

Masz skonkretyzowane plany wakacyjne?
Rozmawiamy przed bardzo ważną decyzją, kiedy będę musiał wygospodarować kilka dni. Wiąże się to z Witkiem Szabłowskim, który napisał wiele wspaniałych książek. Jedna z nich – „Jak nakarmić dyktatora” – będzie doczekała się ekranizacji i będzie miała premierę na Tribeca Film Festival w Nowym Jorku. Kocham Witka i uważam, że jego książka jest wspaniała. Bardzo się cieszyłem, że ktoś kupił do niej prawa i być może pojedziemy na premierę na ten festiwal, którego szefem i organizatorem jest Robert De Niro. Być może będą to najlepsze wakacje świata. Jeszcze jak zobaczę pana Roberta albo jak zupełnie przez przypadek stanę z drinkiem, a obok mnie będzie Martin Scorsese, będę mógł się uważać za osobę spełnioną. Filmy Scorsese należą do moich ulubionych. On jest symbolem Nowego Jorku. Wspaniałe. Ja się bardzo łatwo ekscytuję, bo jest dużo rzeczy, z których można się cieszyć i czerpać radość.