Z fotografem Bartoszem Maciejewskim
rozmawiał Jarosław Ziobrowski
Bartek, jesteś fotografem portrecistą, ale też „streetowcem”, czyli – po naszemu – fotografem ulicznym. Czym jest dla Ciebie fotografia uliczna?
Wiesz, wiele lat temu myślałem, że street polega głównie na dokumentowaniu miasta – łapaniu tego, co się w nim dzieje. Że to trochę reportaż, a trochę poszukiwanie paradoksów ulicy. Dziś myślę, że chodzi przede wszystkim o uważność i o dialog z miastem.
Czyli nie polujesz na momenty?
Raczej nie. „Polowanie” brzmi jak safari, a street to po prostu chodzenie po mieście z otwartymi oczami.
Jak to się robi? Poproszę krok po kroku…
Po prostu, biorę aparat do ręki i wychodzę na ulicę. Chodzę, póki czuję, że dam radę (śmiech). A zupełnie poważnie, idę i zwracam uwagę na różne rzeczy. Widzę światło, odbicia ludzi, ich cienie. Przyglądam się ulicy. Skanuję rzeczywistość, podglądam ją. Jeśli jestem tego dnia w formie i mam trochę szczęścia, udaje mi się złapać jeden lub dwa dobre kadry.
Jak tak chodzisz po różnych miastach świata, czego Cię to uczy?
Przede wszystkim obecności i takiej zwykłej ludzkiej pokory.
Co masz dokładnie na myśli?
Że na ulicy to nie ja decyduję, co się wydarzy. Ważne, żebym potrafił rozpoznać moment, w którym wszystko na chwilę się zgadza. Wtedy jest dobrze.
Wszystko? Czyli co dokładnie?
Światło, człowiek, gest, emocje.
No dobrze, ale co jest najważniejsze?
Kluczowe są uważność i cierpliwość. Wiesz, z fotografią miejską jest trochę jak w rozmowie: jeśli bardzo chcesz mówić, to przestajesz słuchać. Kiedyś Tadeusz Rolke powiedział mi, że fotograf musi najpierw być obecny, a dopiero potem nacisnąć spust migawki – i to myślenie jest mi bardzo bliskie.

Czy według Ciebie street jest bardziej o fotografującym niż o tym, co fotografuje?
Być może tak jest. W fotografii miejskiej to fotograf decyduje, co zauważa, a te wybory w dużym stopniu wynikają z tego, kim jest. Dlatego dwóch fotografów stojących w tym samym miejscu zwykle zrobi zupełnie różne zdjęcia. Weźmy na przykład Roberta Franka i Garry’ego Winogranda – obaj patrzyli na Amerykę w tym samym czasie, często szwendali się po tych samych miastach, ale widzieli je inaczej. Frank był bardziej cichy i zdystansowany, a Winogrand wchodził bardzo blisko ludzi, pracował szerokim obiektywem i łapał chaos, ruch oraz energię ulicy.
I Frank, i Winogrand, a może szczególnie Diane Arbus, ocalili od zapomnienia Amerykę lat 50. i 60. Czy według Ciebie fotografia miast „ocala rzeczywistość”? Zgadzasz się z tym?
Wydaje mi się, że fotografia jest najczystszym zapisem tego, co było i co jest. Żadna inna dziedzina sztuki nie była w tym sensie tak precyzyjna. Miasta zmieniały się w zawrotnym tempie – ludzie przychodzili i odchodzili, znikały budynki, a czasem całe kwartały. Fotografia zatrzymuje te momenty przed zniknięciem. Williamsburg w Nowym Jorku to dobry przykład: miejsce, które w ciągu kilku lat zmieniło się nie do poznania. Zniknęły lub zmieniły swój charakter stuletnie fabryki, takie jak Domino Sugar Factory, a także magazyny i przemysłowe nabrzeża przy Kent Avenue. Miejsca, które przez dekady tworzyły tożsamość dzielnicy, dziś istnieją już głównie na zdjęciach.

Jednak mam wrażenie, że archiwizowanie tego, jak miasta się zmieniają, nie jest Twoją misją. Ja widzę w Twojej fotografii człowieka zatopionego w przestrzeni miejskiej, ale nie w sensie reporterskim, tylko egzystencjalnym i obserwacyjnym. Mam rację?
Chyba tak. W swoich zdjęciach opowiadam o człowieku samotnym, wyalienowanym. Interesuje mnie codzienność pozbawiona sensacji. Zwracam uwagę na przemijanie, cichą obecność człowieka, a więc kwestie, które często pozostają na uboczu zainteresowań.


Czym w takim razie jest dobry kadr?
Dla mnie dobry kadr to taki, który zmusza do zadawania pytań. Jeśli wszystko jest jasne od razu, to raczej ilustracja niż opowieść. Najbardziej interesują mnie zdjęcia, których nie da się nazwać wprost, takie, które zostawiają przestrzeń na niepewność i własną interpretację. Zrobiłem kiedyś zdjęcie, na którym zza szyby barowej widać rękę opartą o stół; sylwetka człowieka jest częściowo ukryta w odbiciach miasta. Zdarzały się komentarze, że to zdjęcie jest „o niczym”, bo nie widać ani postaci, ani jej twarzy. Jednak właśnie w tym sęk. To zdjęcie w swojej nieoczywistości każe zadać sobie pytania, zatrzymać się i chwilę zastanowić.
Skoro tak dużo mówisz o uważności i czekaniu na właściwy moment, to jak to przekłada się na wybory sprzętowe? Jakie są dziś Twoje ulubione ogniskowe, czym pracujesz?
To bardzo się zmieniało. Kiedyś było to 28 mm i 35 mm. Ostatnio chyba idę pod prąd i głównie łażę z „lufką” – obiektywem 85 mm.
Robisz ulicę obiektywem portretowym?
Zdziwiłem cię? Wiesz, dłuższa ogniskowa zawęża kadr, odcina chaos i pozwala skupić się na jednym geście, spojrzeniu, emocji. To nie jest obiektyw do łapania wszystkiego, ale do czekania na jeden moment, który ma znaczenie.
Tu zataczamy koło, więc może nie Frank czy Winogrand, ale Bresson się kłania ze swoim „decydującym momentem”. Jesteś jego fanem?
No wielkim, tak, chodź oczywiście nie chodzi o kopiowanie jego stylu. Dla mnie ważniejsze jest to, żeby być wystarczająco cierpliwym i uważnym, by w ogóle ten moment rozpoznać – po swojemu, tu i teraz.

W Twojej fotografii światło ma duże znaczenie, w czym Ci pomaga?
Światło jest kluczowe, decyduje o konstrukcji zdjęcia i o tym, co w nim zostaje, a co jest niewidoczne. Często szukam „studni światła”, odbić i kontrastów, bo pozwalają porządkować scenę. Ekspozycję ustawiam wtedy pod światło, a najbardziej lubię ostre słońce, bo upraszcza formę i wzmacnia przekaz. Bywa niestety tak, że po całym dniu chodzenia po mieście wracam z przeświadczeniem, że nie zrobiłem żadnego dobrego zdjęcia nie dlatego, że nic się nie wydarzyło, tylko dlatego, że światło było nijakie.
Czyli na koniec – jeśli nie ma światła, to nie ma zdjęcia?
Dokładnie. Wtedy zostaje kawa, spacer i obietnica, że jutro też jest dzień, więc może znów wyjdę z aparatem.

