Mariusz Patyra: Jest tak, jak ma być

Z Mariuszem Patyrą, skrzypkiem, pierwszym Polakiem, który zdobył nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Niccolò Paganiniego w Genui, rozmawiała Katarzyna Mazur.

Mariusz, w Tobie ktoś dostrzegł potencjał, Ty w swoich dzieciach też dostrzegłeś ich muzyczne talenty. Jak to w Polsce wygląda systemowo? Czy młody człowiek, który chodzi do szkoły podstawowej, może liczyć na to, że ktoś go dostrzeże w tłumie?

To jest ogromna loteria. Jeśli spotkasz na swojej drodze wybitnego nauczyciela, masz szanse. Jeśli nie, bywa ciężko.

Jak było u Ciebie z tymi wybitnymi osobowościami?

Miałem szczęście, że spotkałem Antoniego Hoffmana, który miał niesamowite podejście do dzieci, niewiarygodną cierpliwość. Udzielał mi lekcji w sali koncertowej w Olsztynie, w dawnej Filharmonii Olsztyńskiej. Dzięki temu, kiedy później wychodziłem grać koncert, byłem oswojony z salą. To był ważny element. Później kluczowe było kilka lat spędzonych w Warszawie u Janusza Kucharskiego. Uczył mnie od 15 roku życia. Kładł duży nacisk na wrażliwość, mówił o smaczkach, elementach tkliwego poruszania smyczkiem, o wibracji, o tym, jak mam kształtować dźwięk. Słuchałem z uwagą, ale wtedy nie miałem jeszcze dojrzałości, żeby się tym delektować, smakować, tak jak to robię dziś. Wtedy byłem chłopcem, dziś jestem dojrzewającym mężczyzną w średnim wieku. (śmiech) Janusz Kucharski odnalazł we mnie potencjał i podsuwał mi cały czas utwory, które pozwoliły mi rozwinąć warsztat skrzypcowy. Opowiadał mi często o sopranistach, ponieważ przez wiele lat był koncertmistrzem Teatru Wielkiego, zagrał wszystkie możliwe solówki skrzypcowe, wielu oper wysłuchał, dlatego wiedział, jak bardzo skrzypce i głos ludzki są do siebie zbliżone jeśli chodzi o wrażliwość, kształtowanie frazy. Ja też z czasem zacząłem to słyszeć i rozumieć. Zawdzięczam mu swoją dzisiejszą wrażliwość. Moim ostatnim mistrzem był Salvatore Accardo. Miałem z nim fenomenalne lekcje. Jego skromność i prostota w przekazywaniu uwag, łatwość z jaką się wypowiadał na temat stylu, były niewiarygodne. Jego legenda sprawiała, że czułem się przy nim jak młody ptak, który wznosi skrzydła i lata gdzie chce i tak wysoko jak chce. To był mój ostatni skrzypcowy szlif. Wracając do systemu, obserwuję z wielkim bólem, że brakuje wyjątkowych pedagogów. Jest wielu wspaniałych nauczycieli skrzypiec, jeśli mówimy konkretnie o tym, co robię, ale wielu jest też miernych, niezaangażowanych, nieskupionych na uczniu. Sam zacząłem uczyć na Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, z czego się bardzo cieszę. Cenię sobie pracę na tej uczelni. Panuje tam wyjątkowo sympatyczna atmosfera, co jest niestety rzadkością w większości polskich szkół. Marzyłem o tym, żeby móc się szczerze dzielić swoją wiedzą z młodymi ludźmi. Mam nadzieję, że pedagogów, dla których muzyka i uczeń są najważniejsi, będzie coraz więcej.

Kiedy patrzysz dziś na swoje dzieci, które też grają na instrumentach, na to, jaką drogę przeszedłeś, ile tej muzyce poświęciłeś, masz poczucie zmarnowanego dzieciństwa?

Mam poczucie, że zrezygnowałem z wielu rzeczy, między innymi ze stereotypowo pojmowanego dzieciństwa i młodości, ale nie mam poczucia straty. Całe życie miałem nad sobą na przykład rozwieszony klosz ostrożności, musiałem choćby uważać bardzo na ręce, ale to było dla mnie tak naturalnie, że trudno mi myśleć o tym w kategoriach niedogodności. Tak bardzo się przyzwyczaiłem do swojej muzycznej codzienności, że nie analizowałem na bieżąco, czy to, co robię, ma sens. Poszedłem za ciosem i całe moje kształcenie było dla mnie naturalne. Z każdym kolejnym rokiem utwierdzałem się w przekonaniu, że spełniam się w tym, co robię. Miałem jeden konkretny cel: chciałem zostać solistą wirtuozem. Nigdy nie brałem żadnej innej ewentualności pod uwagę. Czasem zastanawiam się tylko, czy gdybym mógł cofnąć czas, ćwiczyłbym jeszcze więcej. Z drugiej strony ja naprawdę bardzo dużo ćwiczyłem: 6–7 godzin dziennie przynajmniej. Czy gdybym ćwiczył więcej, byłbym lepszy? Staram się nie gdybać. (śmiech) Nigdy nie miałem w każdym razie poczucia, że z czegoś rezygnuję dla grania.

Nie złościło Cię, że musisz poświęcić temu tyle czasu i uwagi?

Nic w życiu nie przychodzi ot tak. Wszystko co piękne i zaszczytne wymaga długotrwałego procesu i ciężkiej pracy i umiejętności radzenia sobie z porażkami.

Porażkami?

Porażki są w zasadzie wpisane w część tej drogi, na której jestem. Nie tylko w moim zawodzie, ale jeśli w ogóle do czegoś wysokiego chcemy dojść. Trzeba mieć mocną konstrukcję psychiczną, żeby sobie z nimi radzić. Ja mam bardzo silną psychikę, skoro do tej pory się nie załamałem. Raz na jakiś czas dopada mnie jednak może nie panika, ale obawa o to, co będzie dalej. Mam świadomość, że wszystko jest ulotne, dlatego cieszę się każdym dniem, jakby miał być ostatnim.

Czy ilość wkładanej w tę muzykę pracy przekłada się na pieniądze?

W muzyce klasycznej jest kompletna dysproporcja pomiędzy trudem i pracą żeby dojść do formy, dzięki której zapraszają cię na koncerty, a wynagrodzeniem. Porównajmy piosenkarzy, którzy prezentują skrajny od klasycznej gatunek muzyki. (śmiech) Weźmy pod uwagę to, ile koncertowanie kosztuje ich wysiłku i przygotowań! Wiem jednak, że muzyka klasyczna to hermetyczny świat, nie zmienię tego. W zasadzie mogę powiedzieć, że uprawiam ją dla idei, bo granie jej daje mi szczęście. Dzięki muzyce czuję się, jakbym latał, przenoszę się w inny świat. Przez to, że robię to, co kocham, mam poczucie odniesionego w życiu sukcesu. Wielu ludzi chodzi do pracy, której nie lubią, ale robią to, bo muszą zapłacić rachunki, a ja łączę przyjemne z pożytecznym. Czuję się spełniony, kiedy stoję na scenie. Nie zamieniłbym tego na żadne pieniądze.

Do koincydencji jakich zdarzeń musi dojść, żebyś na tej scenie mógł stawać?

Każde wyjście na scenę jest dla mnie niewiarygodnym przeżyciem. Od popołudnia w dniu koncertu czuję się inaczej niż na co dzień. To jest część zawodu, do której musiałem się przyzwyczajać od najmłodszych lat. W tej materii zawdzięczam dużo mojej mamie. To ona mówiła mi: synku, masz wielki dar, ciesz się tym, nie każdy tak potrafi, nie każdy tak może. Uwierzyłem jej. (śmiech) Żeby opowiedzieć ci, co dzieje się na scenie, do czego na niej dochodzi, wrócę do konkursu Paganiniego, który był punktem zwrotnym w moim życiu i o którym marzyłem od najmłodszych lat. Wygrywając ten konkurs, zapisałem nasz kraj na liście zwycięzców i znalazłem się na liście skrzypków, którzy po Niccolò Paganinim zagrali na jego legendarnym instrumencie – „Paganini” Guarneri „del Gesu” 1742 (Il Cannone). Wcześniej w większości konkursów międzynarodowych w których nabierałem doświadczenia, nie dostawałem się do finału.

Dlaczego?

Nie wiem. Byłem doskonale przygotowany, ale coś się nie spinało. Kiedy miałem kilkanaście lat, każda porażka powodowała wiele łez. Kiedy przygotowujesz się do jakiejś roli całe życie, a do konkursu przez rok czy kilka miesięcy, ostro ćwiczysz, świątek, piątek czy niedziela, niezależnie od swojego stanu wstajesz i ćwiczysz, utrwalasz kondycję, nastawiasz się na sukces, robisz sobie nadzieję, czujesz się dobrze, masz świadomość swoich umiejętności, jesteś blisko tego szczęścia, a ostatecznie go nie dotykasz, to jest to ogromnie zasmucające. Na początku po takich porażkach uchodziły ze mnie siły, potrzebowałem wiele dni, żeby się wyciszyć, zaleczyć żałość. Później zacząłem wyciągać z tego wnioski i tłumaczyłem sobie, że widocznie jeszcze nie nadszedł mój czas, że muszę pracować jeszcze ciężej, zbierać doświadczenie. Dlatego dużo jeździłem na konkursy międzynarodowe, co pozwoliło mi przyzwyczaić się do atmosfery rywalizacji i ciągłego stresu.

Aż przyszedł konkurs Paganiniego

Trafiłem na niego świeżo po rozstaniu z dziewczyną. Targały mną skrajne uczucia. Miałem w sobie ogromny ból, nostalgię. Czułem, że jestem na skraju swojego emocjonalnego wyczerpania. Mimo że byłem technicznie przygotowany do konkursu, to nie był on dla mnie w tamtym momencie priorytetem. Miałem zresztą poczucie, że to moja ostatnia próba. Podjąłem decyzję, że jeśli go nie wygram, w żadnym już nie wezmę udziału. Miałem dosyć, byłem zmęczony. I chyba to wszystko wpłynęło na moją grę. Chyba tak jest, że dzięki smutkowi człowiek jest w stanie wydobyć z gry więcej pasji. Poszedłem na całość i efekt był, jaki był, czyli nie tylko finał, ale i zwycięstwo. Myślę tak o tym z perspektywy czasu, bo wtedy w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Kiedy dowiedziałem się, że jestem w finale, konkurs przestał dla mnie istnieć i to dzięki temu grałem całym sobą. Poczułem wolność i siłę.

Jak zareagowałeś na werdykt?

W momencie, kiedy ogłoszono mnie zwycięzcą, odbierając nagrodę, czułem się najszczęśliwszy. Kiedy emocje opadły, strasznie się spłakałem. Jak tylko mam nadmiar emocji, czy to dobrych czy złych, czuję potrzebę płaczu. To daje mi wielką ulgę.

Powiedziałeś o czymś, co nurtuje mnie w kontekście artystów – czy bez względu na to, co dzieje się w Twoim życiu, wychodzisz do ludzi i grasz?

Kiedy przyszedł na świat mój pierwszy syn, później drugi, inaczej zacząłem patrzeć na świat, na życie, na swoją pasję, pracę. Poza tym, że jestem artystą, jestem też normalnym człowiekiem, który ma żonę, dwójkę dzieci za których jest odpowiedzialny. To sprawia że mam zdrowy dystans. Odlatuję na scenie, a kiedy z niej schodzę, twardo stąpam po ziemi. Rodzina zmieniła moje wnętrze, inaczej zacząłem czuć, myśleć. Inaczej też spojrzałem na świat po śmierci mojej mamy. To był nowy wątek w moim życiu. Dużo było sytuacji po drodze, z którymi musiałem się zmierzyć. Takich, do których nie przygotowują żadne kursy. Natomiast muzyka zawsze wszystkiemu temu towarzyszyła. To moja praca i pasja. Bez względu na to, co się działo wokół mnie, musiałem się zebrać w sobie, wyjść na scenę i zagrać najpiękniej jak potrafię. Ludzie, którzy kupują bilety na mój koncert, nie wnikają, co się w moim życiu dzieje: szczęście czy tragedia. Muszę wyjść i dla nich wykreować dźwięki, tak je wypowiedzieć, żeby mnie z zachwytem słuchali.

Wspomniałeś o mamie i o żonie. To bardzo istotne osoby nie tylko dla Twojego życia prywatnego, ale i rozwoju artystycznego. Obie musiały mieć ogromną dozę tolerancji dla czasu, który poświęcasz swojej pasji.

Moja żona od początku była świadoma, do czego dążę. Wiedziała, że kocham ją najbardziej na świecie, że jest dla mnie najważniejszą osobą i że chcę mieć z nią dzieci, ale jeśli stanę przed wyborem: nasza rocznica lub jakakolwiek okoliczność rodzinna, urodziny dzieci itp., albo koncert, to jednej sekundy nie zawaham się, zawsze wybiorę koncert. I Agnieszka to zaakceptowała. Moja żona Agnieszka to owa dziewczyna o której wspomniałem, że rozstałem się z nią przed konkursem Paganiniego. Podziwiam ją. Za wszystko. Ja wyjeżdżam regularnie, ona zostaje sama z chłopcami, to jest naprawdę trudno ogarnąć. Dwa razy miałem namiastkę, jak to jest zamienić się miejscami, kiedy Agnieszka musiała na kilka dni zostać w szpitalu. Uświadomiłem sobie, jak dużych umiejętności organizacyjnych potrzeba, żeby trzymać dom w garści. „Byłem z siebie bardzo dumny”, kiedy chłopcy pochwalili mamie, że nawet się nigdzie nie spóźniliśmy. (śmiech) Zmywarka, pralka, obiady, wszystko było jak należy. Chylę przed Agnieszką czoła, bo wykonuje najcięższą pracę, jaka jest.

Myślisz, że bez tego zaplecza domowego byłbyś zawodowo, artystycznie gdzie indziej?

Prawdopodobnie tak, ale wiesz, gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem. (śmiech) Mam mnóstwo scenariuszy, gdzie mógłbym być. Wierzę jednak losowi, że jest tak, jak ma być. Nie wnikam, nie doszukuję się, nie zastanawiam. Zawsze można więcej…

Jak to jest z tym więcej? Patrzysz na kolegów i myślisz, że oni są dalej niż Ty, że też byś tak chciał?

Ja mam ciągły niedosyt. Mam oczywiście świadomość, że jest mnóstwo artystów, którzy robią karierę, która jest bardzo pięknie ustawiona i pewnie życzyłbym sobie tego, co oni mają, tylko zawsze jest coś za coś. Na szczęście dla mnie zdałem sobie dość szybko sprawę z tego, że całe bogactwo, które w życiu mogłem osiągnąć, już osiągnąłem. Mam piękną, inteligentną, wspaniałą żonę, mam dwóch zdrowych i pięknie wychowanych synów, którzy mają mega wrażliwość i zapowiadają się na naprawdę fajnych mężczyzn. To mi daje w życiu ostoję, dzięki temu mi nigdy nie odwaliło. Zresztą, miałem przez kilka miesięcy namiastkę takiej osobności – byłem w trasie, jeździłem z koncertu na koncert, spałem w pokojach hotelowych, byłem wtedy młodym chłopakiem, wszystko było na wysokich obrotach: koncerty, imprezy, kolacje po koncertach, high life. Potem przychodził ten czas powrotu do pokoju – czułem taką pustkę, taką samotność, że już wtedy wiedziałem, że to nie jest droga dla mnie.

Nie lubisz samotności?

Wręcz przeciwnie, bardzo ją sobie cenię, potrzebuję jej regularnie, ale przez to, że często jeżdżę na koncerty bez rodziny, to mam jej pod dostatkiem. W naszym życiu rzadko się zdarza , że moja rodzina może uczestniczyć w moich koncertach. Taka wyjątkowa sytuacja miała miejsce w styczniu tego roku na Zamku Królewskim. Udało mi się zarezerwować dla nich miejsca w pierwszym rzędzie. Podczas tego koncertu promowałem płytę, która niedawno ukazała się na rynku „No.24”. Ten album to jest kolejne moje spełnienie i bardzo ważny punkt w moim życiu, bo nagrałem tam utwory, które są tak piękne, tak mnie wzruszają i dają mi tyle energii, żaru, że lepiej być nie może. Kiedy je grałem podczas koncertu, patrząc na moją rodzinę na widowni, czułem taką siłę, taką moc tej bliskości, że jeszcze dziś, kiedy o tym mówię, mam ciarki na całym ciele. To było wyjątkowe. Miałem dzięki nim ogromne poczucie bezpieczeństwa, które pozwoliło mi dać się ponieść i odpłynąć w muzykę.

Nagrywanie płyty w studio to zupełnie inna energia niż ta na scenie. Co Ciebie napędza w studio?

Z tych nie do końca pozytywnych elementów najbardziej napędzający był brak czasu. (śmiech) To nie jest tak jak u muzyków popowych czy rockowych, którzy mają inne zarobki niż muzycy klasyczni i mogą sobie klika godzin nagrywać ten sam dźwięk i siedzieć po kilka tygodni w studio. Muzyk klasyczny ma kilka godzin, bo ze sponsoringiem jest strasznie trudno. W każdym razie nagrywałem tę ostatnią płytę z Orkiestrą Kameralną Sinfonia Viva. Mieliśmy już za sobą kilka koncertów wyjazdowych z tym repertuarem, więc muzycy byli z nim obeznani, ja miałem program świetnie przygotowany. Nagrywaliśmy w słynnym studio koncertowym S1 na Woronicza, gdzie akustyka jest bardzo sprzyjająca. Dzięki niej mieliśmy poczucie, że gramy koncert. Byłem w swoim żywiole i to wybrzmiewa na płycie. Ci, którzy ją słyszeli, mówią, że jest sukces. (śmiech) Koncerty z tym repertuarem kończą się zawsze owacjami na stojąco. To jest największa nagroda dla artysty.

Fotografie: Katarzyna Paskuda

Makeup: Urszula Heba

Miejsce: Nowy Świat Muzyki, Warszawa