Z Maciejem Musiałem, aktorem, rozmawiała Katarzyna Mazur.

Co doprowadziło Cię do miejsca, w którym dziś zawodowo jesteś?
Po kolei. Teatr moich rodziców. Pierwszy casting, na który zabrał mnie tata. Potem kolejno: „Ojciec Mateusz”, „Rodzinka.pl”, Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie, „1983”, a ostatni projekt to serial „Pułapka”. Myślę, że to główne punkty w zawodowej karierze.

Ze względu na to, że rodzice są związani z teatrem, granie było dla Ciebie oczywiste? Nie szukałeś innych ścieżek?
Szukałam, ale to świat mnie prowadził. Dziś dalej szukam różnych ścieżek. Inną drogą jest produkowanie, jeszcze inną biznes, który raz wychodzi, a raz nie. Cały czas szukam.

W jakie przedsięwzięcia biznesowe wchodzisz?
Kiedyś miałem start-up, który nazywał się CośZaCoś. To była platforma, na której ludzie mieli wymieniać się rzeczami. Chodził o to, żebyśmy nie kupowali cały czas nowych rzeczy, tylko korzystali z tego, co jest. Za granicą to świetnie funkcjonowało. Stworzyliśmy coś podobnego. Niestety to było pięć lat temu i ciężko nam było przekonać ludzi do wymieniania się. Start-up zamknęliśmy, ale uważam, że to był fantastyczny projekt i dużo się przy nim nauczyłem.

To pomysł nie do końca spójny z wizerunkiem środowiska, w którym funkcjonujesz zawodowo. Powszechnie uważa się, że artyści to ci, którzy lubią kupować, lubią mieć, być widoczni. Przychodzi Maciek Musiał, znany z „telewizora”, więc na pewno dobrze zarabiający i mówi: zamieniajcie się, nie kupujcie. Nie wszyscy w to uwierzą.
Nie generalizowałbym tak. Jak chcesz w moim środowisku zawodowym zobaczyć targowisko próżności, to będziesz je widzieć, a jak chcesz zobaczyć dobrych ludzi, ciekawe myśli i idee, to też je zobaczysz. Nasz rynek rządzi się pewną specyfiką. Pewnie mniej jest w nim szukania pięknych idei, ale też można je znaleźć i są tacy ludzie, którzy je tworzą. Zależy, gdzie patrzysz.

Z jednej strony można Cię postrzegać przez pryzmat pewnej niedojrzałości, bo lat wiele nie masz, ale zawodowo jesteś aktywny od wielu, więc jako o młodym, początkującym trudno o Tobie myśleć. Jaki masz pomysł na siebie jako na aktora? Masz jakiś plan, zamysł, chcesz coś konkretnego osiągnąć?
Nie mam pomysłu. No bo jaki? Mógłbym wymyślić sobie, że od dziś chcę grać tylko złe charaktery. Albo że chcę pływać łódką po Tamizie w dobrym garniturze i patrzeć w dal z karabinem na plecach. Mogę mieć takie pomysły, ale prawdopodobieństwo, że to ja zostanę kolejnym Bondem, jest małe. Mogę mieć marzenia, ale plany i realna wizja przyszłości to co innego. Dziś skupiam się na tym, żeby skończyć szkołę teatralną, żeby z pracy z Grzegorzem Jarzyną, który będzie reżyserował mój dyplom, wyciągnąć jak najwięcej dla siebie jako aktora. Potem, w zależności od projektów i propozycji, które będą tutaj lub gdzieś za granicą, będę podejmował decyzje, co dalej. Poza wszystkim, jestem osobą skupioną na życiu. To ono jest najważniejsze, relacje, myśli, to, czego słucham, co słyszę, a aktorstwo jest zawodem. Pięknym zawodem, w który raz na jakiś czas można rzucić się jak do basenu i pobyć pod tą niesamowitą taflą wody, ale trzeba po jakimś czasie wypłynąć na powierzchnię, żeby wziąć oddech, położyć się na leżaku, wyschnąć i porozmawiać z przyjaciółmi. Zmierzam do tego, że żyję głównie w świecie realnym, a w zawodowym I go with the flow. Gdybym teraz zagrał rolę Spider-Mana, to mógłbym sobie wymyślać, jak chcę poprowadzić swoją karierę.

Co powoduje, że jedne role przyjmujesz, a inne odrzucasz?
Intuicja, rozmowa z menedżerem, z przyjaciółmi. Bez względu jednak na to, jaką decyzję podejmę, cieszę się z każdej propozycji.

Czym zatem pociągnęła Cię „Pułapka”, ostatni z projektów, w których brałeś udział?
Pierwszy sezon był świetny. Spodobał się widzom, odbiegał od konwencji długością odcinków, był inaczej realizowany. Coś znaczył. W ogóle lubię projekty, które coś znaczą, bo dziś jest bardzo dużo kontentu, który nic nie znaczy.

Jak to rozumiesz, że projekt coś znaczy?
Jest pewnego rodzaju wydarzeniem. Tak było w wypadku „Kleru”, „1983”, bywa tak w wypadku filmów Patryka Vegi. To projekty, które sięgają swoim palcem ludzi. Sądzę, że w jakimś stopniu takim wydarzeniem był pierwszy sezon „Pułapki”: okazał się świeży i znaczący.

Wchodząc w aktorstwo, uwzględniałeś to, że będziesz oceniany nie tylko ze względu na swój zawodowy warsztat?
Nie.

W szkole przygotowują Was na krytykę albo wręcz krytykanctwo?
Tak. Jak ktoś przytyje na roku, to przychodzi profesor i mówi: w takiej formie nie panujesz nad ruchem. Jak ktoś ma krzywe zęby, to słyszy, żeby założył aparat i wrócił, jak naprawi zgryz. Mimo że to okrutne, to w jakiś sposób przygotowuje do wejścia w aktorski świat pełen ocen. Tylko tak teraz myślę: po co przygotowywać się do czegoś, co jest z gruntu złe? Lepiej próbować zmienić system, niż się do niego przygotowywać.

Jak chciałabyś go zmieniać?
Myślą.

Masz poczucie, że jako aktor, przez projekty, w których uczestniczysz, wpływasz na odbiorców? Zmieniasz ich poglądy, rzeczywistość?
Nie. Są oczywiście momenty, że ktoś z nas aktorów dotyka palcem serc Polaków, ale dzieje się to przez projekty, które są wydarzeniami.

Z perspektywy czasu oceniasz, że szkoła aktorska Ci coś dała? Byłbyś tu gdzie jesteś, także bez niej?
Uważam, że szkoła nie jest niezbędna do świetnego grania przed kamerą, ale jest często niezbędna do bycia w środowisku. Bez szkoły można czuć się wykluczonym.

Co Tobie szkoła aktorska otworzyła?
Otworzyła mi dostęp do środowiska, które mnie przyjęło. Wyszedłem z bańki, w której żyłem. Mogłem stworzyć siebie na nowo, poznałem nowych ludzi, spotkałem się z wybitnymi osobowościami. Odbyłem interesujące rozmowy, niektóre poglądy przyjąłem, inne nie, więc mam co kontestować i wiem, gdzie chcę iść.

Miałeś taki moment, że Ci sodówka uderzyła do głowy i musiałeś się powściągnąć?
W czwartej klasie podstawówki grałem w serialu „Hotel pod żyrafą i nosorożcem” i powiedziałem kolegom, że albo będą dla mnie mili, albo nie zabiorę ich na plan, na co oni mi powiedzieli: „spieprzaj dziadu” i przez cały rok byłem sam. No więc po roku ich przeprosiłem i już więcej chyba nie świrowałem. Wyciągnąłem wnioski.

A propos wyciągania wniosków i nauk. Na planie „Pułapki” spotkałeś wybitnych i starszych od siebie aktorów. Czegoś się od nich nauczyłeś?
Zawsze czuję duży respekt wobec starszych aktorów. Byłem onieśmielony Panem Janem Fryczem, ale przełamaliśmy lody, rozmawiając o krakowskiej szkole teatralnej. Wspominał, mówił, co dla niego znaczy szkoła i co jest w niej złe, a co dobre, poplotkowaliśmy trochę, a potem polecił mi książkę, biografię Leonardo da Vinci.

A aktorsko? Podpatrujesz warsztat starszych kolegów?
Czasem coś przemknie. To co zauważalne i wartościowe, to, że wybitni aktorzy inaczej patrzą w oczy. Wiesz, widzisz, że oni to robią naprawdę. Oni się nie zastanawiają, jak wyglądają, jak ty ich widzisz. Oni z Tobą są.

Jak jest u Ciebie z wychodzeniem z roli? Wracasz do swojego codziennego życia i potrafisz się wyabstrahować od tego, co grasz?
Tak. Są role, w które chcę się zanurzyć, a są takie, w które nie chcę. Kiedy mam wyciągnąć mleko z lodówki w „Rodzince.pl”, to się w to nie zanurzam, tylko raczej polegam na intuicji. Bez względu na rolę jednak, wszystko zależy od ciebie i tego, jak głęboko chcesz w to wejść. To jest taki trochę uciekający króliczek. Za każdym razem ta technika jest inna.

To jaki jest ten Twój pułapkowy bohater?
Żyje chwilą.

fot.: Materiały prasowe TVN

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o