MotoAston Martin Vantage - sportowy elegant

Aston Martin Vantage – sportowy elegant

Szymon Piaskowski
Szymon Piaskowski
dziennikarz motoryzacyjny

Zmiany, jakie zafundował Aston Martin swojemu najmniejszemu modelowi są znaczące – ma bardziej muskularny wygląd, nowe wnętrze i wyraźnie wzmocniony silnik. Dzięki temu gra teraz w lidze takich modeli jak Porsche 911 Turbo. Jeździliśmy nim po drogach włoskiego Piemontu.

fot.: Marcus Werner


W okolicach Turynu drogi są wąskie i kręte, a barierki oddzielające asfalt od przepaści to raczej wyjątek niż reguła. Żeby tego było mało, pogoda była iście angielska, temperatura nie przekraczała 10 stopni Celsjusza, a z ciężkich chmur wylewały się potoki deszczu. Od razu było wiadomo, że samobójczym pomysłem byłoby testowanie nowego Astona Martina Vantage’a w trybie „full attack”.

Auto ma teraz wyraźnie większą osłonę chłodnicy, dzięki czemu więcej powietrza jest w stanie zapewnić chłodzenie. Powiększono też światła, bo zdarzali się klienci, którym poprzednie reflektory zbyt przypominały te z tańszych modeli innych producentów. Nadwozie Astona jest także szersze i „mocno” stoi na ziemi – nie ma w nim cienia przesady czy wulgarności, tylko sportowa, dobitna elegancja. Wsiadamy.

Mimo zmian we wnętrzu (między innymi całkowicie nowy system multimedialny i zegary) zachowano wiele fizycznych przycisków. Jak przystało na auto sportowe, siedzi się niemal „na asfalcie”, a chwila spędzona w kubełkowym, „obitym” włóknem węglowym fotelu wystarcza, żeby poczuć jego świetne podparcie. Materiały są wyrafinowane, nie brakuje tu skórzanych obszyć, aluminium czy „karbonu”. Jedyne zastrzeżenie? Cyfrowe zegary (a konkretnie wirtualna strzałka obrotomierza) pracuje trochę tak, jak w starej grze komputerowej.

Domyślnym trybem jazdy Astona Martina Vantage’a jest tryb Sport, do wyboru kierowca ma jeszcze Sport+, Track i ten na deszczową pogodę. Silnik budzi się do życia i grzmi basowo, w trybach sportowych układ wydechowy potrafi wypluć z rur strzały, ale nie na tyle donośne, by zakłócać spokój. Przy lekko tylko ostrzejszej jeździe bębenki kierowcy są natomiast atakowane heavy-metalowym koncertem silnika, wydechu i… prawdopodobnie „podkręconą” przez system audio ścieżką dźwiękową.

Moc 4-litrowego silnika V8 wzrosła o, bagatela, 155 KM. Teraz osiąga on 665 KM, co stawia Vantage’a pośród konkurentów pokroju Porsche 911 Turbo (wcześniej to raczej zwykła Carrera). Auto ma doskonały rozkład mas (50:50) i całą armię elektronicznych systemów, które dbają o to, by siła napędowa nie szła w gwizdek – trafia ona w całości tylko na koła tylnej osi.

Przy spokojnej jeździe Aston nie męczy – można w nim swobodnie rozmawiać i w komfortowy sposób połykać kilometry. Przy dynamicznej jeździe reakcje silnika są błyskawiczne, a 8-biegowa skrzynia automatyczna szybko żongluje przełożeniami. Kilka nawrotów pokazało też, że wystarczy lekki gaz na skręconych kołach, by tył auta zaczął ustawiać się bokiem do drogi, ale w kontroli pomaga precyzyjny układ kierowniczy. To ten rodzaj samochodu, w którym czujesz, że panujesz nad autem – a nie na odwrót.

Co prawda dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, ale… w przypadku auta można zrobić wyjątek – aby stać się posiadaczem Vantage’a, trzeba wyłożyć grubo ponad milion złotych.

fot.: Marcus Werner

Aston Martin DBX707 – SUV przez duże “S”

Gdyby James Bond miał rodzinę, prawdopodobnie w swoim garażu parkowałby Astona Martina DBX707 – tak, tyle właśnie koni mechanicznych osiąga ten model. Zabraliśmy go na ten sam odcinek drogi, co Vantage’a.

fot.: Marcus Werner

Jeszcze niedawno do wyboru były dwie wersje DBX-a, ta słabsza osiągała „tylko” 550 KM. Obecnie jedynym wariantem jest ten o mocy 707 KM. To SUV (sportowy samochód użytkowy), przez duże „S” – 4-litrowy silnik V8 (ten sam co w modelu Vantage) ma oczywiście do udźwignięcia więcej niż w sportowym coupe (ponad 2,2 tony), ale napędza auto bez mrugnięcia okiem. W stosunku do modelu Vantage DBX707 jest też bardziej wygładzony. Pedał hamulca nie jest tak twardy, zawieszenie komfortowo resoruje nierówności, a silnik pracuje nieco ciszej. Tu też do kabiny trafił nowy system multimedialny, ale w DBX-ie większy nacisk położono na to, by wnętrze przypominało luksusową salonkę – egzemplarz, który trafił w moje ręce miał niemal wszystkie elementy deski obszyte czerwoną skórą.

fot.: Marcus Werner

Zawieszenie jest komfortowe, ale to tylko połowa historii – wystarczy „utwardzić” amortyzatory lub wybrać bardziej sportowy tryb jazdy, by poczuć, jak całe auto przypomina psa, które chce się uwolnić ze smyczy. Ujmijmy to tak – w warunkach, które nas spotkały zdecydowanie szybciej my zbliżyliśmy się do końca naszych możliwości niż auta. Przyspieszenie DBX-a robi prawdopodobnie jeszcze większe wrażenie niż w Vantage’u – i to nie dlatego, że trwa o 0,2 s krócej, ale po prostu nie spodziewasz się, że taki „czołg” może robić na drodze takie rzeczy. Siła napędowa trafia tu do czterech kół, ale DBX707 nie ma nic przeciwko temu, by z zakrętów wyjeżdżać poślizgami. Oczywiście rachunek też nie jest niski – darujemy sobie podawanie wyników zużycia paliwa, a cena auta wynosi ponad milion złotych.

fot.: Marcus Werner

Aston Martin Vanquish – agent jej królewskiej mości

Nie znamy jeszcze przyszłego agenta (lub agentki), które będzie ratować brytyjskie imperium i świat z tarapatów, ale z dużą dozą pewności można przyjąć, że jego (lub jej) autem służbowym będzie Aston Martin Vanquish – samochód pod każdym względem zjawiskowy.

fot.: Marcus Werner


Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą ten epitet, ale nawet pod pochmurnym, deszczowym niebem stojący Aston Martin Vanquish robi piorunujące wrażenie. Długie na prawie 4,9 m nadwozie jest jednocześnie wyjątkowo niskie (niecałe 1,3 m) i szerokie (2,1 m). Wewnątrz trudno znaleźć materiał inny niż skóra, aluminium czy włókno węglowe, a w dodatku klienci mają do dyspozycji oddział Astona Martina od zadań specjalnych (Q – prawda, że ładna nazwa?), z którym poszczególne wykończenia można niemal dowolnie personalizować. Clou programu stanowi jednak silnik – 5,2-litrowa jednostka V12, która osiąga 835 KM. W rozmowach z nami przedstawiciele Astona twierdzą, że byli pewni tego, iż flagowy model po prostu musi mieć takie „serce”, bo tego oczekują klienci. Co prawda nie należymy do ich grona, ale popieramy wybór. Producent nazywa model samochodem typu 2+0 – z tyłu nikt nie ma siedzeń, ale można tam znaleźć gustowne torby podróżne Astona Martina wykończone stosownie do wyglądu wnętrza.

Cena auta wyniesie około 2 mln zł, a jego produkcja ma być limitowana do maksymalnie 1000 sztuk rocznie.