WywiadyWojsko i militaria– nowa pasja Marcina Gortata

Wojsko i militaria– nowa pasja Marcina Gortata

Alicja Sękowska
Alicja Sękowska
Dziennikarka telewizyjna, wokalistka, kompozytorka i autorka tekstów.

Marcina Gortata pamiętamy przede wszystkim jako wybitnego koszykarza, grającego na poziomie finału NBA. Dziś jest inną osobą, bo płonie w nim inny ogień. Alicji Sękowskiej opowiedział o swoich nowych pasjach, życiu codziennym oraz o tym, jak wyobraża sobie emeryturę.

Co słychać u Marcina Gortata? Jak się czujesz w tym momencie życia, w którym jesteś teraz?
Czuję się bardzo dobrze. Przede wszystkim najważniejsze, że jest zdrowie. To największe szczęście w obecnej chwili, a biorąc pod uwagę, że postawiłem sobie dużo celów na przyszłość, moje ostatnie dni i tygodnie są bardzo pracowite.

Jak wygląda Twój normalny dzień?
Zwykły dzień w Polsce i w Stanach kompletnie się różnią. W Polsce zaczynam od treningu, siłowni czy biegania. Zazwyczaj mam około pięciu spotkań, na które trzeba przeskakiwać z miejsca na miejsce. Zajmuję się kreowaniem projektów fundacji, ustalaniem jej działań na przyszłość: z dziećmi, z młodzieżą albo potencjalnie z wojskiem, z wielkim meczem Gortat Team kontra NATO. Zazwyczaj siedzę w fundacji dwie-trzy godziny, a potem schodzę do żony, do firmy i tam również działam biznesowo.

Bardzo ciekawie brzmi temat szkoleń sił zbrojnych, które wiążą się z ekstremalnymi wycieczkami w góry, z wyjazdami za wschodnią granicę. Lubisz wychodzić ze swojej strefy komfortu?
Uwielbiam i sprawia mi to coraz więcej przyjemności. Niesamowite jest, jak człowiek poznaje samego siebie w bardzo ekstremalnych warunkach, które nie są dla niego komfortowe. Kiedy uczymy się pokory? Kiedy pod wieloma względami jesteśmy zabezpieczeni życiowo, nie musimy wielu rzeczy robić, a mimo to na przykład idziemy w góry albo robimy rzeczy ekstremalne. Rezygnujemy z codziennej wygody. Ludzie mówią mi, że jestem szalony, bo idę spać w lesie, gdy jest śnieg, przeprawiam się przez rwące potoki, jak jest zimno, jadę na Ukrainę, gdzie jest niebezpiecznie. Mnie sprawia to bardzo dużo przyjemności, dostarcza dużo adrenaliny i daje mi satysfakcję. Potem, wracając do domu, doceniam wszystko, co mam, kim jestem, że jestem zdrowy, że mam przyjaciół, wspaniałą żonę. Doceniam to jeszcze bardziej.

fot.: KSAWERY ZAMOYSKI, MAKIJAŻ: KAROLINA YEGHSHATYAN, asystent fotografa: Paweł Bojarski

Wielu ludzi postrzega Cię w taki sposób, że Ty już nic nie musisz, tylko możesz. Z czego wynika fakt, że Ci się cały czas chce? Odnoszę wrażenie, że motor napędowy masz na bardzo wysokim poziomie.
Troszkę podłapałem od żony. Ona jest bardzo pracowita, jest wręcz pracoholikiem. Cały czas się uczy, zdobywa doświadczenie. Mówi się, że im więcej człowiek wie, tym ciężej nim manipulować i sprzedać mu farmazony. Uwielbiam poznawać różne dziedziny, ale szczególnie fascynuje mnie wojsko i militaria. Przeszedłem kurs na ratownika medycznego, kurs pierwszej pomocy. Sporo się nauczyłem i zyskałem nowy pogląd na wiele spraw. Regularnie się kształcę, regularnie się szkolę. Sprawia mi to dużo przyjemności i mam głęboką nadzieję, że nigdy w życiu nie będę musiał tych umiejętności wykorzystać, zwłaszcza w kontekście tego, co dzieje się za naszą wschodnią granicą.

Jest coś, czego boisz się?
Mój czujnik strachu jest naprawdę bardzo mocno zepsuty i bardzo mocno przesunięty. Jedyne, czego się boję, to starość. Boję się wegetacji, siedzenia czy nie daj Boże leżenia w łóżku bez możliwości, by samemu wstać, pójść do ubikacji czy przygotować posiłek, wyjść na spacer, spotkać się z przyjaciółmi. Mając 40 lat, wiem, że już nie przebiegnę pewnych odległości, nie podniosę pewnych ciężarów, ale i tak myślę, że jestem w bardzo dobrej formie. Boję się, że kiedyś to wszystko zostanie zatracone. To moja największa obawa.

Przenieśmy się do czasów, kiedy zaczynałeś grę w NBA. Do emocji związanych z pierwszym meczem, pierwszym wyjazdem do Stanów. Te wspomnienia są nadal w Tobie żywe? Pamiętasz ten czas?
Oczywiście, że pamiętam. To są wspomnienia, które do końca życia będę miał w głowie i zawsze będą mi bliskie. Jednak to już nie jest coś, o czym myślę. Dla mnie koszykówka skończyła się już dawno temu, a rozpoczął się nowy etap w życiu. Dzisiaj zajmuje mnie przede wszystkim Fundacja, rodzina, różnego rodzaju biznesy. Koszykówka jest mi już odległa, polskiej ligi w ogóle nie oglądam. Żużel jest mi dziś bliższy niż koszykówka. Stanowiła dużą część mojego życia, ale to się po prostu wypaliło, zgasło. Dziś pasjonuje mnie coś innego.

fot.: KSAWERY ZAMOYSKI, MAKIJAŻ: KAROLINA YEGHSHATYAN, asystent fotografa: Paweł Bojarski

To ciekawe, bo w jednym z wywiadów mówiłeś, że byłeś opętany koszykówką. Zastanawiam się, co dzieje się, gdy człowiek opętany koszykówką przestaje grać.
Nigdy nie chciałem pełnić roli, jaką pełniło wielu kolegów, z którymi grałem. Nigdy nie chciałem być piętnastym zawodnikiem w zespole, podróżować po Stanach, by oglądać 80 meczy w sezonie i podpowiadać młodym zawodnikom. Rozumiem, że tacy zawodnicy też są potrzebni. Weterani są potrzebni, ale to nie było dla mnie. Wolałem wrócić do kraju, tu pomóc młodzieży, dzieciom zbudować kolejne eventy, campy, kliniki szkoleniowe, troszkę bardziej zaangażować się w moje szkoły sportowe. Wiedziałem doskonale, że jak zakończę kontrakt, to będzie mój ostatni rok w karierze. Ten ogień we mnie po prostu zgasł. Moja pasja przerodziła się w pracę i profesjonalizm. Idziesz po raz dwunasty na sezon przygotowawczy i powtarzasz ciągle te same ruchy, manewry, rotacje obronne itp., do znudzenia to powtarzasz. Robiłem to nawet z zamkniętymi oczami. Trenerzy powtarzali, że wiedzą, że ja to już wiem i umiem, ale mieliśmy w drużynie młodych chłopaków, których trzeba było nauczyć i pokazać im wszystko od początku. W pewnym momencie powiedziałem, że już wystarczy. Dałem koszykówce wszystko, co miałem, a teraz zajmę się innymi rzeczami. Sprawy militarne są aktualnie ogniem, który we mnie płonie.

Na pewno kluczem do ogromnego sukcesu, który odniosłeś, była pracowitość, ale jak dużą rolę odegrali ludzie na Twojej drodze?
Myślę, że ludzie to jest 50 albo i więcej procent sukcesu w każdym sporcie. Na pewno w moim. Sasha Obradovic – w latach, kiedy grałem w Bundeslidze, był serbską legendą koszykówki. Brennan Malone, mój trener od indywidualnego wyszkolenia w Orlando, główny trener Stan van Gundy, trener od przygotowania fizycznego Joe Rogowski – to byli ludzie, którzy mnie zbudowali nie tylko pod względem sportowym, ale także pod względem mojego charakteru i przygotowania emocjonalnego również poza parkietem. Brennan Malone, którego nazywałem moim tatą, odszedł dosłownie pół roku temu i to był bardzo smutny moment, bo nie miałem szansy się z nim jeszcze spotkać i pożegnać. To był człowiek, który oprócz tego, że prowadził trening, który trwał różnie pół godziny, godzinę, półtorej godziny, na sam koniec siadał ze mną na ławeczce, kiedy już ledwo łapałem oddech, i pytał, co u mnie słychać. Ten moment był najlepszy, ponieważ po fantastycznie wykonanej pracy fizycznej na parkiecie dochodziliśmy do bardzo głębokiej rozmowy. Dla młodych zawodników był jak ojciec. Uczył wielu ważnych nawyków. Kiedy sezon się kończy, daje się z siebie bardzo dużo, to trzeba się mentalnie przygotować do powrotu za dwa miesiące i jeszcze ciężej pracować. Uczył, że trzeba zrobić postęp i pracować nad konkretnymi sprawami. Potem mówił, że przed tą pracą ważne jest, by wrócić do domu, kupić coś ładnego mamie i tacie, podziękować im za to, że mnie wychowali i dali wszystko, czego potrzebowałem. Zachęcał mnie, żebym zaprosił rodziców do Stanów i spędził trochę czasu z przyjaciółmi, bo po dwóch miesiącach wrócę do ostrej harówki. Rozmowy z nim zbudowały mnie nie tylko jako sportowca, ale także jako mężczyznę. To było najwspanialsze. To staram się przekazać moim dzieciom czy podopiecznym, z którymi rozmawiam. To, że zrobimy jeden fajny trening na parkiecie, to jest jedna rzecz. Najważniejsze jest jednak usiąść z nimi na boku i porozmawiać o życiu, przekazać trochę wiedzy.

fot.: KSAWERY ZAMOYSKI, MAKIJAŻ: KAROLINA YEGHSHATYAN, asystent fotografa: Paweł Bojarski


W fundacji Marcin Gortat Mierz Wysoko bardzo wspierasz na różnych polach młodych adeptów koszykówki. Postrzegasz to jako spłatę długu? Chcesz pomóc, bo wiesz, jak ta pomoc ludzi jest ważna w rozwoju kariery?
Myślę, że każdy ze sportowców powinien mieć w sobie odpowiedzialność i starać się przekazać część swojego doświadczenia kolejnemu pokoleniu. Mnie sprawia to przyjemność. Oczywiście starałem się to robić w miarę sensownie. Trzeba pamiętać, że nie można na młodego człowieka nałożyć za dużo informacji albo zbyt wiele rzeczy przekazać naraz, ponieważ połowa pewnie do niego nie dotrze. Trzeba mieć kontakt z rodzicami, wiedzieć, z czym sobie dziecko nie radzi albo na jaki temat trzeba z nim porozmawiać. Mamy 15-letnie doświadczenie w tej kwestii. Staramy się dawać dzieciom to, co możemy: szansę wyjazdu do Stanów nie tylko na mecze NBA, obejrzenie obiektów treningowych i poznanie troszkę amerykańskiej kultury, ale również wyjazd na uczelnię. Dodatkowo zabiegamy o różnego rodzaju stypendia: naukowe, sportowe, które w jakimś stopniu odciążają rodziców. Moi fantastyczni partnerzy, tysiące spotkań, które odbywam w ciągu roku i uściśnięcie dłoni wielu osób – wszystko to sprawia, że udaje nam się wiele zdziałać.

Czy na jakimś etapie kariery zdarzyła się sytuacja, że odbiła Ci palma? Czy miałeś wtedy koło siebie kogoś, kto cię sprowadził na ziemię i powiedział, że to nie ta droga?
Życie mnie sprowadza na ziemię bardzo szybko. Jednak moja pewność siebie, może poniekąd zarozumiałość sprawiła, że ludzie mogliby powiedzieć, że odbiła ci palma. Ja jestem pewny siebie i gdy coś mówię, to tak jest. Czas, gdy odbiła mi palma, był za krótki, żeby ktoś to mógł zauważyć, ponieważ życie sprowadzało mnie na ziemię. Kiedy wygrywałem cztery mecze z rzędu i zdobywałem w nich po dwadzieścia parę punktów, myślałem, że jestem nie do zatrzymania. Tymczasem trafiał się piąty mecz i byłem kompletnie wgnieciony w ziemię, wyglądałem wręcz jak dziecko, które przyszło z podwórka. Kompletnie nic mi nie wychodziło. Był jakiś wywiad udzielony w młodości do gazety, który sprawił, że się koledzy w szatni na mnie zdenerwowali. Były też błędy, które popełniałem w życiu codziennym – głupie zakupy, na przykład niepotrzebnie kupione auto.

Właśnie o to chciałam zapytać. Przyjeżdża chłopak z Łodzi, z Bałut i zaczyna grać w NBA. Wpływają mu na konto ogromne pieniądze. Czy kupiłeś coś, o czym później myślałeś: „O matko, po co mi to wszystko”?
Teraz tak myślę, szczerze. Były czasy, że miałem duże, drogie auta. Ferrari, Rolls Royce, Bentleye, naprawdę najwyższe marki. Dzisiaj to ostatnia rzecz, na jaką bym wydał pieniądze. To nie ma sensu. Nie potrzebuję tego.

Jednak miłość do motoryzacji zgasła….
Wyrosłem z tego. Dzisiaj nie potrzebuję drogiego auta, potrzebuję auta wygodnego, bezpiecznego, cichego i oszczędnego. Biorąc pod uwagę, ile podróżuję po Polsce, musi być to auto duże, pakowne. Czym mniej się rzucam w oczy, tym chyba lepiej. Jednak na przykład muszę mieć na pewno najlepszej jakości karabin, z którego strzelam, z najlepszym celownikiem i tłumikiem.

fot.: KSAWERY ZAMOYSKI, MAKIJAŻ: KAROLINA YEGHSHATYAN, asystent fotografa: Paweł Bojarski

Czyli najchętniej wydajesz pieniądze na militaria?
W kwestii militariów bardzo drogie są szkolenia i wyposażenie. Na to trzeba naprawdę mieć furę pieniędzy.

Skąd wzięła się ta pasja do militariów? Czego Cię to nauczyło?
Bardzo dużo miałem wspólnego z wojskiem od samego początku. Mój tata był oficerem w wojsku. Skończył AWF i szkołę oficerską. Przez całą karierę miałem bardzo dużo styczności z żołnierzami, głównie z jednostki GROM, z którymi się koleguję. Przyglądam się, jak trenują, jak są zdyscyplinowani, na co zwracają uwagę. To mnie zawsze interesowało. Chyba tydzień czy dwa tygodnie po tym, jak dostałem się do NBA i zamieszkałem w Orlando, kupiłem pierwszą broń. W Stanach zasady zakupu broni są szalenie proste. Pierwsze treningi na strzelnicy przerodziły się w pasję. Po zakończeniu karierze mogłem już oficjalnie pójść na poligon, pokazać się z bronią, bo już żadne kontrakty mnie nie wiązały z NBA. Wkręciłem się w to na całego.

Kiedy dowiedzieliśmy się o tym, że Rosja zaatakowała Ukrainę, w naturalny sposób chciałeś pomóc.
Nie chciałem być kolejną osobą, która rzuca się w wir oczywistej pomocy. Popularne było wtedy jechać na granicę, złapać ukraińską rodzinę, przywieźć ją do domu i dać jej mieszkanie i wszystko. Ludzie pakowali ciuchy do toreb i wysyłali na granicę. Robili kanapki i roznosili, co oczywiście było bardzo, bardzo szlachetne. Nie jestem fanem takich działań. Wolę przekazać pieniądze na zweryfikowaną zbiórkę. Wiedziałem doskonale, że największą pomocą będzie wsparcie żołnierzy i my taką pomoc również przekazaliśmy. Niestety, pech sprawił, że ta pomoc została wysłana do ludzi, którzy nawet nie byli blisko frontu i podejrzewam, że do dziś nawet nie są na froncie. Cieszymy się, że pomogliśmy, ale obawiamy się, że to, co wysłaliśmy – jedzenie i kilka samochodów – do dziś nie służą na froncie, tylko jakiemuś oficerowi do jazdy z biura do domu. Minęło parę miesięcy od czasu, kiedy pojechałem z kolegami do Bachmutu. Tam poznaliśmy prawdziwych dowódców i żołnierzy, ludzi, którzy walczą na froncie. Wielu z nich już niestety zginęło. Część z nich przyjechała mnie odwiedzić na meczu Gortat Team kontra Wojsko Polskie. Do dziś wspieramy te osoby. To wsparcie już jest ma zupełnie inną formę niż na początku wojny. Nie wysyłamy kanapek, zużytych ciuchów. Głównie wspieram ich poprzez moje prywatne pieniądze, ponieważ fundacja nie ma takiej pomocy wpisanej w dokumentach. Prywatnie staram się dużo pomagać. Smutne jest to, że dzisiaj wszyscy, którzy tak głośno krzyczeli, że trzeba Ukrainie pomagać, wstawiali tysiące fotek i tysiące relacji, dzisiaj są osobami, które bardzo mocno Ukrainę krytykują. Szkoda.

Rozumiesz to nastawienie?
Zdaję sobie sprawę i obserwuję narrację, jaka jest u nas w kraju. Mnie też się nie podobają Ukraińcy jeżdżący BMW i Mercedesami czy Aston Martin po Polsce i którzy popisują się i robią głupie rzeczy. Jestem za tym, żeby przyjechało z Ukrainy SBU i ich zwinęło na front. Jednak pamiętajmy, że Ukraińcy walczą i giną w okopach, walczą o to, żebyśmy my w Polsce mieli bezpiecznie. Dlatego tym, którzy tego jeszcze nie rozumieją, radzę, by wzięli na wstrzymanie. Ta wojna będzie bardzo długo trwała i oni potrzebują naszego wsparcia. Nie patrzmy poprzez pryzmat pojedynczych osób czy parunastu kretynów, bo tak to trzeba nazwać niektórych, którzy tutaj w Polsce się popisują. Ukraińcy naprawdę walczą na froncie i robią fantastyczną robotę.

fot.: KSAWERY ZAMOYSKI, MAKIJAŻ: KAROLINA YEGHSHATYAN, asystent fotografa: Paweł Bojarski


Tutaj postawmy kropkę związaną z tym tematem. Chciałabym teraz zapytać o Twoje takie plany biznesowe.
Właśnie oficjalnie wystartowaliśmy z żoną ze świeżo wybudowaną fabryką kosmetyczną. Jesteśmy firmą, która oczywiście będzie miała swoje brandy, swoje linie prywatne, ale ale również wykonujemy zlecenia dla innych firm. Nie da się ukryć, że jestem zielony w tej branży i gdyby nie moja żona, która robi dla mnie w tej dziedzinie zakupy, używałbym najtańszego kremu, na którym wszyscy się wychowaliśmy. Doświadczenie i jej kontakty w branży beauty, a także jej pracowitość sprawiły, że ta fabryka ma bardzo duży potencjał. Na razie jeszcze raczkujemy, ale gdy fabryka osiągnie pełne obroty, otworzą się duże możliwości nie tylko pod względem fundacyjnym, charytatywnym, ale będziemy mogli sobie pozwolić na kompletną emeryturę, gdy będziemy już zmęczeni podróżowaniem i spotykaniem się ludźmi.

Jak by ta emerytura wyglądała? Założycie kapcie, włączycie telewizję, siedząc w fotelu?
Na pewno odbieralibyśmy mniej telefonów, mniej się udzielali. Ja bym na pewno się mniej udzielał, ponieważ nie miałbym takiej potrzeby. Dzisiaj, żeby fundacja istniała, potrzebujemy partnerów i sponsorów. Kiedy fabryka osiągnie pewien poziom, będziemy naturalnie samowystarczalni.

Podróżowalibyście cały czas do Chorwacji?
Dubrownik jest fantastycznym miejscem. Uwielbiamy Chorwację. Myślę, że nadejdzie taki moment, że będziemy mieli po prostu dosyć wszystkiego i będziemy chcieli odpocząć. W jaki sposób będziemy odpoczywali, wie tylko moja żona. Jestem pewien, że coś wymyśli.

Masz u swojego boku wspaniałą kobietę. Czego Żaneta Cię nauczyła? Zmieniłeś się?
Czego mnie nauczyła? Żebym zmienił wszystkie koszule i wyrzucił część garniturów. Nauczyła mnie przede wszystkim pracowitości, organizacji, uspokoiła mnie. Nie nazwałbym tego, że mnie okiełznała, ale sprawiła, że stałem się spokojny. Myślę, że w pewien sposób zmieniła mnie jako mężczyznę. Zdecydowanie podniosła moją wartość jako mężczyzny. Mam fantastyczną partnerkę i kobietę na życie. Nauczyła mnie podróżować, cieszyć się pojedynczymi dniami i świętami takimi jak walentynki, urodziny. Dla mnie to były kolejne dni w roku, nic specjalnego. Jak grasz w koszykówkę przez 12 lat i nie masz przy sobie rodziny, żony, partnerki, to każdy dzień jest taki sam. Nieważne, czy to jest dzisiaj Wigilia, czy nie. W Wigilię także grałem mecze. Potem jechałem do domu i kiedy wszyscy siadali przy stole wigilijnym, ja grałem w PlayStation, bo byłem sam. Żona uczy mnie wszystkiego na nowo.

fot.: KSAWERY ZAMOYSKI, MAKIJAŻ: KAROLINA YEGHSHATYAN, asystent fotografa: Paweł Bojarski

Jak radzisz sobie z domowymi porządkami?
Nie interesują mnie porządki domowe. Jak poznałem żonę, miała panią z Ukrainy, która bardzo dużo nam pomagała i do dziś pomaga. Ale to nie jest gosposia, która siedzi w domu. Osobiście piorę i nie ukrywam, że stąpam twardo po ziemi. Jestem bardzo dobry w praniu rzeczy, ponieważ nigdy niczego nie zafarbuję, nie rozciągnę, ani nie skurczę. Jedyną rzeczą w domu, której nie robię, to nie chodzę do sklepu. Zakupy trwają dwie godziny zamiast godzinę. Zatrzymuję się przy owocach czy buraczkach, a tu przychodzi do mnie pani i prosi o zdjęcie. Przez pięć minut próbuje odblokować telefon, bo się jej zablokował z nerwów. Przechodzę jedną alejkę dalej i chcę znaleźć masło albo mleko do kawy. Tam już stoi kolejna pani, która z panem chce sobie zrobić zdjęcie. Dlatego nie robię zakupów.

Widzę, że podchodzisz do ludzi bardzo serdecznie.
To też na pewno zależy od dnia i sytuacji. Idąc na mecz żużla, gdzie wiem, że są tysiące ludzi, zdaję sobie sprawę, że to jest nieuniknione i zdaję sobie sprawę, że to będzie część dnia czy wieczoru. Wiem, że wychodząc na mecz czy event, będę fotografowany. Jednak są momenty, kiedy naprawdę nie mam ochoty robić zdjęć, kiedy jestem prywatnie z żoną albo mam bardzo ważną sprawę.

To naturalna ludzka reakcja.
Ostatnio zdarzyła się taka sytuacja, kiedy byłem w górach z chłopakami z Gromu i miałem zadanie, żeby zdobyć poszczególne szczyty. Zszedłem na szlak, na którym było mnóstwo ludzi. Wyszedłem z lasu cały mokry, uwalony w ziemi, bo spadłem w krzaki, pocięty, zmęczony. Pierwsze, co zrobiłem, to padłem na tym szlaku na kolana. Zdjąłem plecak, wyjąłem wodę i polałem się. Byłem wycieńczony. Nagle ludzie podbiegają i pytają, czy możemy sobie zrobić zdjęcia. Mówię: „Ludzie mnie tu nie ma, nie ma Marcina Gortata. Jest człowiek, który chce się czegoś nauczyć, ma zadania do wykonania z nawigacji. To nie jest moment na robienie zdjęć”. Patrzę na zegarek i wiem, że już jestem 5 minut spóźniony, już muszę być w połowie drogi na drugi szczyt. Wrzucam plecak na plecy i biegnę w las.

Ludzie na to, że gwiazdorzysz, bo nie chciałeś w lesie robić zdjęć.
Po zdobytych szczytach wieczorem rozbijasz gdzieś namiot, rozpalasz ognisko,wyciągasz śpiwór, rozkładasz się pod chmurką i wtedy instruktor pozwala zajrzeć w telefon, napisać esemesa do żony. Wchodzę na Twitter, a tam na dzień dobry pięć powiadomień. Powinienem wejść na Twitter i się tłumaczyć, jaka była sytuacja, jak to z mojej perspektywy wyglądało? Takich sytuacji jest wiele.

Jakie są marzenia Marcina Gortata?
Dalej być zdrowym. Jeżeli ktoś chce mi składać życzenia z jakiejkolwiek okazji, proszę o życzenia zdrowia. To najważniejsze. Potem, żeby być szczęśliwym, żeby dalej robić, spełniać się na co dzień w życiu. Na pewno ważna jest rodzina. Mam marzenia, które spokojnie, krok po kroku realizuję. Nie mam wielkich życzeń, marzeń. Wszystko, czego potrzebuję, realizuję, pracuję na to. Jeżeli mam marzenia materialne, to je spełniam, ale takich też już nie mam. Byle było zdrowie, to niczego więcej nie potrzebuję.