WywiadyNie oceniaj mnie, jeśli sam nie jesteś doskonały

Nie oceniaj mnie, jeśli sam nie jesteś doskonały

Doktor Bartłomiej Kacprzak, założyciel Orto Med Sport, zajmuje się skutecznym przywracaniem do zdrowia pacjentów z problemami ortopedycznymi. Tytan pracy, oddany pacjentom w stu procentach, domaga się właściwej edukacji zdrowotnej ludzi od najmłodszych lat. Katarzynie Mazur opowiada, jakimi zasadami kieruje się w życiu prywatnym i dlaczego jego pacjenci zdrowieją i to w zaskakującym tempie.

Jedną z tez stawianych przez internautów, którzy wyrażają opinię na temat Pana działalności, poza tym, że jest Pan w swojej dziedzinie magikiem, jest to, że Pan jest strasznie drogi. Dlaczego?

Cena za moje usługi jest adekwatna do umiejętności, które mam, do tego, co chcę i oferuję pacjentom. U mnie nie ma pięciominutowych wizyt. Opiekuję się pacjentem od pierwszej minuty spotkania w gabinecie, przez cały proces leczenia. Jednak jeżeli mamy rozpatrywać to w kwestiach pieniędzy: piłkarz, który gra – niezależnie od tego, czy lepiej, czy gorzej, chce dostać najlepszy kontrakt. Chce zarabiać dobre pieniądze, chce mieć fajne życie. Ja też uważam, że za moją pracę należy się satysfakcjonujące wynagrodzenie. Zarobki w sporcie w porównaniu do tych w medycynie, w której odpowiedzialność jest o niebo większa, ciągle są niedowartościowane. Uważam, że przedstawiciele branży medycznej, wszyscy, powinni lepiej zarabiać. Dlatego smuci mnie, że ludzie patrzą na moje, zresztą nie tylko moje, usługi, przez pryzmat tego, ile muszą za nie zapłacić. Jeżeli dostajemy customer service na najwyższym poziomie, powinniśmy się z tego cieszyć i za to płacić. Czy to jest medycyna, czy to jest hotelarstwo, czy to będą podróże, czy sport.

Na co, za tę wysoką cenę, może liczyć pacjent?

Na moje zaangażowanie, czas, wiedzę i umiejętności. U mnie pacjent jest partnerem w procesie leczenia. Nie jest złem koniecznym w gabinecie, mam z nim nieustanny kontakt. Dostaje komplet informacji, jak przygotować się do procesu leczenia, wszystkiego, co w jego trakcie będzie go czekało. Podpowiadam pacjentom, jak mają sobie poukładać całe swoje życie, żeby spokojnie poradzić sobie z kontuzją i w maksymalnie krótkim czasie wrócić do zdrowia. Nie chodzi o to, żeby się leczyć sześć miesięcy, tylko o to, żeby jak najszybciej być samodzielnym, niezależnym, sprawnym.

Zdjęcia: Jacek Poremba

To jest rzeczywiście możliwe?

To jest do zrobienia. Ale takie podejście, taki serwis, świadczy o klasie doktora. I ja tę klasę mam. Prowadzę swoich pacjentów za rękę i nie jest to dla mnie zło konieczne. Słucham pytań, namawiam do ich zadawania. Wizyta u doktora to nie wizyta u kata, to nie wykonywanie głupich poleceń. Oczekuję od siebie tego samego, czego od pacjentów. Jeżeli ja angażuję się na 300 proc., to chcę, żeby oni dawali z siebie tyle samo.

Kiedyś rozmawialiśmy o tym, że często w procesie leczenia najsłabszym ogniwem jest sam pacjent.

W moim gabinecie tak. (śmiech) Jednak w innych nie pacjent, tylko niestety moi koledzy sympatyczni. Między innymi dlatego, że nie dają żadnych informacji chorym i kontuzjowanym. To my mamy wiedzę i powinniśmy się nią dzielić. Nie tylko wiedzę medyczną, ale praktyczną także, czyli np. dotyczącą procesu gojenia, który może trwać tydzień, a może trwać i rok. Żeby go poprawić, przyspieszyć, trzeba szukać różnych możliwości, narzędzi, rozwiązań technologicznych, które są dzisiaj dostępne. Jeżeli nie dajemy pacjentowi tych informacji, to znaczy, że nasza usługa jest słaba.


Mówi Pan o szybkim powrocie do sprawności. Niektórzy koledzy po fachu zarzucają Panu zbyt szybkie i intensywne, forsujące dla pacjenta metody.

Dlatego się nie dogadujemy. Pytam swoich kolegów, jak dbają o swoich pacjentów. Proces nie jest szybki i forsowny, jeśli poświęca się pacjentowi osiem godzin dziennie, jest się przy nim, uświadamia możliwości. Dzięki temu on nie leży w łóżku, nie bierze leków przeciwbólowych, nie czeka na cud. Właściwa pielęgnacja kontuzjowanej tkanki i dostęp do narzędzi, które pokazują, na jakim poziomie wypoczęcia jest pacjent, pozwalają bezpiecznie wchodzić na kolejne obciążenia. Jeżeli nie mamy żadnego monitoringu, pacjent przychodzi dwa razy w tygodniu na godzinę do rehabilitanta, to nie ma szans, żeby to działało. Opieka, którą ja proponuję, powinna być standardem. To jest do zrobienia, tylko nikomu się nie chce.

Jesteśmy wygodni, wszyscy, nie tylko lekarze.

Zdecydowanie. Tymczasem każdy proces, jeśli ma być zakończony sukcesem, wymaga poświęcenia. Wyobraźmy sobie, że ktoś potrzebuje operacji, nie ma innej drogi. To, co jest z nią związane, porównajmy do odchudzania. Jeżeli ktoś przytyje 50 kilogramów i chce się ich pozbyć, ile czasu musi temu poświęcić? Operacja to te 50 kg nadwagi. Musimy więc narzucić sobie dietę, wdrożyć codzienną pracę z trenerem personalnym czy rehabilitantem. Nie podjadamy. Nie pijemy alkoholu. Poświęcamy czas nie tylko na trening rano i wieczorem, ale też uczymy się codziennej higieny życia. Uczymy się odpoczywać. Jeżeli któryś z moich kolegów tak pracował z pacjentami i wciąż uważa, że to jest zbyt agresywne, zbyt męczące, to chętnie z nim porozmawiam, jeżeli pokaże mi wyniki, które mówią, że to faktycznie jest niekorzystne. Wątpię jednak, czy ktoś taki się znajdzie. Miewam w ciągu jednego dnia 30 osób w gabinecie. Pytam ich, jak byli wcześniej leczeni. Pokazują mi wyniki rezonansów, USG i nic poza tym przez kilka miesięcy w ich procesie „leczenia” się nie wydarzało. To nie jest leczenie, to jest strata czasu.

Zdjęcia: Jacek Poremba

Mówi Pan o monitorowaniu wypoczęcia pacjenta. Do czego jest to potrzebne?

Dobry sen, poziom wypoczęcia to pierwszy i najistotniejszy krok w procesie regeneracji, rehabilitacji i efektywnym treningu. Każdemu pacjentowi pooperacyjnemu zakładam na rękę opaskę monitorującą. Widzę dzięki temu, co się dzieje z jego organizmem, wiem, czy spał sześć godzin, czy dziewięć, czy jest wypoczęty na poziomie 40 proc., czy 90 proc. Dzięki temu możemy dobrać mu właściwe procedury. Od lat mam opracowany protokół postępowania pooperacyjnego, który działa. W moim gabinecie najważniejszy jest pacjent, nie ja. Z niego wchodzi on na salę, pracuje manualnie, ćwiczy, a po ćwiczeniach nie idzie do domu, tylko przechodzi na strefę recovery, co pomaga szybciej goić się kontuzjowanej części ciała, regenerować się ciału. Pacjenci dostają też wytyczne, jaki sprzęt powinni mieć w domu, by używać go jak szczoteczek do zębów.

Nie jesteśmy społeczeństwem, które potrafi znaleźć równowagę między pracą a wypoczynkiem. Kiedy mówi Pan o poziomie wypoczęcia, wielu z nas nie za bardzo wie, o co Panu chodzi.

Generalnie ludzie dzisiaj mało wiedzą i mało rozumieją. Ktoś gdzieś rzuci jakieś hasło, bo jest modne, ale nic się za tym nie kryje. Tu widzę rolę doktorów, fizjoterapeutów, trenerów, nauczycieli. Powinniśmy edukować, a nie wpisywać się w łatwą przeciętność. Ona jest bezpieczna, niezbyt wymagająca, pozwala funkcjonować, ale nie pozwala się rozwijać. Cristiano Ronaldo w niemal każdym wywiadzie mówi o tym, że jemu np. nie chce się iść na siłownię, ale idzie, bo wie, że bez tego nie będzie robił postępów. Ludzie, o których pani mówi, nie wiedzą nic o wypoczynku i jego roli, bo nikt z nimi o tym nie rozmawia. Pytam pacjentów w gabinecie, czy i jak dbają o siebie. Odpowiadają, że ćwiczą, chodzą z kijkami, biegają. Więc pytam ponownie, jak o siebie dbają. No i słyszę np. że byli na fitnessie. Kiedy mówię, że najważniejszym elementem dbania o siebie jest umiejętność wypoczywania, szeroko otwierają oczy. Jeżeli zrobimy trzy treningi, a potem pójdziemy do pracy, skosimy trawnik, umyjemy okna, to tak naprawdę zrobiliśmy sześć treningów. Zrozumienie, że nie mamy więcej ćwiczyć, tylko musimy się nauczyć odpoczywać, nie jest proste. Zawodowcy mają o tyle łatwiej od amatorów, że mają grupę ludzi, która o nich dba, a przynajmniej powinna.

Wspomniał Pan o profesjonalizmie, o Cristiano Ronaldo. W Pana gabinecie pojawiają się zawodowi sportowcy. Czy to są pacjenci zdeterminowani i zdyscyplinowani?

Absolutnie nie. Kluby płacą kontuzjowanym zawodnikom, a to nie mobilizuje. Dodatkowo płacą za leczenie zawodników, czego ja zupełnie nie rozumiem. Mnie nikt nigdy za darmo w szpitalu nie leczył, tylko dlatego, że w nim operuję. Zupełnie nie rozumiem, skąd taka zasada. Zarabiasz, ubezpieczasz się, więc płać i pracuj nad sobą. To jest twoje zdrowie, twoja przyszłość. Przyjeżdżają do mnie zawodnicy, widzą, jaki mam sprzęt, jakie zaplecze i mówią, że oni w klubie czegoś takiego nie mają. A dlaczego mają mieć w klubie? Dlaczego sami nie zadbają o posiadanie takiego sprzętu? To tak jak ja bym nie miał w gabinecie lub na sali operacyjnej USG czy artroskopu. Sportowiec to firma jednoosobowa. Profesjonalista ma wszystko swoje i z tego korzysta. Nie ogląda się na klub. Dba o siebie i pilnuje, żeby się nigdy nic nie wydarzyło. Szuka rozwiązań, które – jeśli już dojdzie do kontuzji – pozwolą mu w maksymalnie krótkim czasie bezpiecznie wrócić do sportu po to, żeby pomóc reprezentacji czy drużynie robić wyniki. Za to mu płacą. Profesjonalisty nie trzeba kontrolować, ale jak już ustaliliśmy, nie ma profesjonalistów. Są zawodowcy, a tych trzeba kontrolować.

Wspiera Pan młode piłkarki z łódzkiego klubu Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Jest szansa na to, że edukowane przez Pana, same będą szły dalej w świat z tą wiedzą, którą im Pan przekazuje?

Trochę za późno się ta nasza współpraca zaczęła. Trzeba zaczynać od sześciolatków. Uczyć dzieci nawyków, tak jak uczy się np. siadania na toalecie, mycia zębów, ścielenia łóżka, gaszenia światła.

Zdjęcia: Jacek Poremba

Jest Pan twórcą programu dla szkół, który ma popychać dzieci do zdrowego podejścia do aktywności. Jak on działa?

Zderzamy się ze ścianą. Urzędnicy nie rozumieją idei programu, a nawet jeśli rozumieją, to nie widzą możliwości, żeby go wdrażać w swoich gminach. Jak już trafiamy na fajnego burmistrza czy starostę i on chce program u siebie, to na niższych szczeblach pojawiają się problemy. Bo trzeba zrobić szkolenie, pokazać rodzicom, nauczycielom, dzieciakom, o co chodzi, jak to działa. Ludziom się nie chce. Nawet młodzież, która gdzieś tam dotknęła kontuzji, trafiła na mnie po drodze, a później wybiera zawodowo fizjoterapię czy medycynę, też nie jest zainteresowana rozwijaniem się, wychodzeniem naprzeciw pacjentom, edukowaniem ich. Ma być bezpiecznie. Nie odzywają się, nie wymagają, nie pytają. To im, w ich przekonaniu, daje np. stabilność zatrudnienia. Ludzie dziś za wszystko chcą pieniądze. Gdybym ja, wracając do tej mojej wysokiej ceny za wizytę, chciał liczyć wszystko, co podczas niej proponuję pacjentowi, to ona powinna kosztować około 2 tys. euro. Serio, przecież doradztwo jest dziś w cenie. Powinienem więc brać wynagrodzenie za to, że pokazałem, że istnieje jakiś sprzęt, za to, że podpowiedziałem, że pacjent powinien go sobie kupić, za to, że mówię o jodze, o bieliźnie kompresyjnej i tak dalej. Czyli jestem w gruncie rzeczy sprzedawcą różnych firm, a nie mam z nimi kontraktu. Nie patrzę, czy ktoś mi za to polecanie coś da, czy nie da. Wiem natomiast, że jeżeli ten pacjent sobie to kupi i będzie z tego korzystał, to nie będzie miał kontuzji i efekt leczenia będzie osiągnięty. Mam poczucie, że dziś nie potrafimy sobie powiedzieć dzień dobry, jak ktoś nam za to nie zapłaci. To jest chore.

Co Pana napędza? Dlaczego Panu się jeszcze chce?

Passion more power energy. To jest całe moje życie. Ja to uwielbiam i zawsze uwielbiałem. Po to poszedłem na te studia. Robię swoje i wiem, że to działa. Zawsze czerpałem inspirację z tych, którzy coś fajnego zrobili, czy to był Steve Jobs, czy Elon Musk. Efekty mojej dzisiejszej pracy może będą widoczne za 50 czy 100 lat. Może ktoś będzie wtedy pamiętał, że był taki doktor, który chciała coś dobrego zrobić. Jeżeli się teraz nie ogarniemy, to za te kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat będzie bardzo źle. Niekończąca się liczba operacji, powikłane kontuzje, problemy zdrowotne będą naszą codziennością. Zapomnieliśmy, że WF to wychowanie w sporcie. To dosyć smutne. Wielu z moich pacjentów miało zwolnienie z WF-u, a teraz jeżdżą na nartach, grają w tenisa, w golfa. Nie mają podbudowy, ale zaczynają się trochę słuchać, więc nadrabiają braki z dzieciństwa. Jednak szkoła też musi zaoferować dzieciakom coś fajnego, żeby w tych WF-ach chciały uczestniczyć. Próbuję przez swój program pokazywać, że to jest możliwe. To niemal takie korepetycje sportowe jak korepetycje z matematyki. Jeżeli sobie z czymś nie radzę, to idę do fajnego nauczyciela. Nadrabiam braki, które mam, wyprzedzam kilka lekcji do przodu, żeby było łatwiej. Dopiero wtedy mogę uprawiać sport, chodzić do akademii piłkarskich i mieć ładne ubrania, dobrze się prezentować i być zdrowym.

Pan nie tylko leczy sportowców, ale sam też sporty uprawia.

To najważniejsze. Chodzi o przykład. Pogodziłem się z tym, że nie będę już grał w piłkę nożną, odciąłem ten temat. Okazało się, że jest dużo innych fajnych aktywności, które uczą też kultury osobistej, etyki i szacunku dla swojego trenera, dla miejsca i dla przestrzeni. Pamięta pani, jak w trakcie mistrzostw świata w Katarze wszyscy byli pod wrażeniem, w jakim porządku reprezentacja Japonii zostawiła swoją szatnię? To jest wychowanie, etykieta. Oni przecież wiedzieli, że przyjdzie pani, która tę szatnię posprząta, ale to dla nich nie oznaczało, że mają po sobie zostawić bałagan. W nawiązaniu do kultury Japończyków ćwiczę więc kendo, czyli sztukę nawiązującą do etosu samurajów i pokazującą ich kodeks postępowania. „W imię zasad” jest naczelnym hasłem w mojej głowie. Ludzie zapomnieli, że należy się kierować jakimiś zasadami, nawet najgorszymi, ale zasadami. Dzięki nim wiemy, czego możemy się spodziewać. Kolejny sport podobny do kendo, który uprawiam, to szermierka klasyczna. Zacząłem bawić się też w golf. Szukam przestrzeni dla siebie jako człowiek aktywny, ale też nowych wyzwań w swojej zawodowej aktywności. 

Zdjęcia: Jacek Poremba

Lubi Pan gadżety? Lubi się Pan otaczać ładnymi przedmiotami?

Lubię doskonałość. Jeżeli ktoś robi coś nie z myślą o tym, żeby na tym zarobić, ale żeby jakość była najwyższa, to się zachwycam. Szanuję ludzi, którzy robią fajne rzeczy. Ktoś, kto stworzył Rolls Royce’a czy iPhone’a, to był pasjonat. W przedmiotach tych marek widać energię i doskonałość twórców. Nie chodzi o to, żeby było tanio, łatwo, szybko i przeciętnie. Gadżety muszą zachwycać, działać, nie być z Turcji.

Co Pan ma przeciwko Turcji?

To jest piękny kraj z olbrzymią historią, ale podrabianie kogoś albo czegoś jest niedopuszczalne, a ten proceder tam kwitnie. Bądźmy sobą, róbmy swoje, bądźmy najlepsi, ale nie próbujmy kopiować czegoś i to jeszcze nieudolnie. Finalnie obnaża to nasze słabości i kompleksy. Steve Jobs, Elon Musk, dr Bartłomiej Kacprzak – najlepsi są niepodrabialni.