Rozmowa z Andrzejem Sołtysikiem, dziennikarzem.

Jesteś związany z TVN od pierwszych dni funkcjonowania stacji… Masz ogromne doświadczenie…

Telewizja ruszyła 3 października 1997 r. a mój pierwszy program ukazał się 9 października. To było Multikino Magazyn Filmowy emitowany w czwartki o 22.30. Wcześniej 7 lat pracowałem w krakowskim RMF FM, a w latach 80. Udzielałem się w DKF- ie – Dyskusyjnym Klubie Filmowym w kinie Mikro. Na moje dzisiejsze doświadczenie składają się 33 lata pracy… 

To aż niemożliwe…

Prawda? (śmiech) Nazwijmy to doświadczeniem… 

Sukcesem…

Sukces jest niewymierny. Dla mnie sukces to to, że jestem w miejscu, w którym jestem, prywatnie również, dobrze się z tym czuję i dobrze się bawię.

Po tylu latach praca Ci nie spowszedniała?

Bywa różnie, zwłaszcza w tym trybie telewizyjnym, który jest wyczerpujący – trzeba mieć ciągle mocno naładowane baterie, nowe pokłady entuzjazmu, zapału do pracy i zwyczajnie siłę na pracę w trzech redakcjach. Wciąż mam satysfakcję z tego, co robię, a że przeszedłem kilkuletni kryzys wypalenia zawodowego – satysfakcja jest podwójna! Doceniam bardziej i jestem pokorny.

Był taki moment? Spowodowała go konkretna sytuacja?

Nie wdając się w szczegóły – za dużo długotrwałego spożywania alkoholu i nie tylko. Był czas, że straciłem zainteresowanie światem i kinem. Na Festiwalu w Gdyni picie bywało ważniejsze od filmów… A dziennikarz musi być ciekaw tego, co się dzieje w obszarze, w którym działa. Robiłem program o kinie, a nie oglądałem nowych filmów. Ten stan wypalenia wiązał się pewnie z kryzysem wieku średniego, ale to mniej ważne. Przytrafiło mi się to około 45 roku życia, na szczęście dość szybko udało mi się odzyskać równowagę, odnaleźć radość w prostych rzeczach, ustatkować i ustabilizować swoje życie osobiste.. 

Ty się tak dość często ustatkowywałeś…

Do trzech razy sztuka… (śmiech) 

Jesteś miłośnikiem kobiet nie bardzo odpornym na ich wdzięki…

Serio? (śmiech) Nie jestem jakiś nadzwyczaj dumny z tego, że tak a nie inaczej układało się moje życie osobiste. Cieszę się jednak, że udało mi się je uporządkować. Kiedy z Patrycją, moją żoną, postanowiliśmy, że chcemy mieć dziecko i kiedy pojawił się Staszek, który ma dziś 3 lata, to pojawił się nowy sens – to jest taki jednoznaczny azymut. 
 

Czujesz się dzięki pojawieniu się Staszka młodszy? 

Tak, od trzech lat czuję się nieustannie o 9,5 roku młodszy. Tyle moim zdaniem dziecko odejmuje mężczyźnie. Więc od moich 52 odejmuję 9,5 i mam swoje czterdzieści kilka. (śmiech) Bardzo dobrze się ze swoim dzisiejszym życiem czuję, nie mam z powodu tego, ile mam lat, żadnych dylematów. (śmiech) Przypominam sobie oczywiście, że jak byłem młodszym człowiekiem, nie wyobrażałem sobie nawet, że można pracować po 50 roku życia. Wydawało mi się, że taki wiek to już koniec życia, jakiś kres, pora na zejście ze sceny. Ale dziś wiem, że te wyobrażenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Moje życie zawodowe i prywatne od ponad 20 lat przeplata się z historią TVN. To mi dobrze robi. Aktualnie jestem związany z TVN Fabuła, gdzie mam swój program ściśle związany z filmem, a także współprowadzę Dzień Dobry TVN. To format wymagający tego, żeby codziennie być silnym, zwartym, gotowym, wypoczętym, uśmiechniętym i ciekawym ludzi, którzy do programu przyjdą. To dla mnie dzisiaj doskonałe miejsce na zawodowej szachownicy telewizyjnych możliwości.

Skąd się wzięło Twoje zamiłowanie do filmu? Nigdy nie myślałeś o tym, żeby być aktorem, skoro tak kochasz kino? 

Ani aktorem, ani reżyserem. Lubie swoje hobby, którym kino jest, było i będzie. Lubię wiedzę na temat kina, lubię zamieniać szare na złote, czyli wykorzystywać w pracy to, co wiem, umiem. No bo na czym polega moja praca? Na pokazywaniu ludziom filmów i mówieniu o nich jakoś przytomnie. (śmiech) Nigdy mnie nie kusiło, żeby przejść na „drugą stronę”.
To nie moja domena. Zawsze interesowało mnie dziennikarstwo – czy to telewizyjne, czy radiowe, zaczynałem od newsroomu, byłem reporterem lokalnym, miałem epizod w oblężonym Sarajewie w 1993 roku, byłem przez chwilę korespondentem wojennym itd., itp. Dużo tych form dziennikarskich zaliczyłem i zawsze to dziennikarstwo mnie interesowało, czyli opisywanie, odtwarzanie, a nie tworzenie i kreowanie, nie jestem artystą. Lubię artystów i rozmowy z nimi.   

Jakie zatem cechy Twoim zdaniem powinien posiadać dziennikarz, żeby osiągnąć sukces?

Nie wiem… Lubić ludzi i siebie i życie.

Co Tobie pomogło? 

Dobre przygotowanie merytoryczne. Studiowałem filmoznawstwo, a wtedy nadeszła wolność i zaczęły powstawać nowe gazety, radia i biznesy, nastały nowe czasy. I w tych nowych mediach można było o filmach opowiadać. Zawsze pamiętałem, bez względu na to, czy pracowałem w radiu czy telewizji, że film jest moją bazą, podstawą trójkąta, jest moim kluczem do wszystkich drzwi. Zawsze miałem ciekawość do kina – nowego, starego, zagranicznego, polskiego. Nie mówiłem o czymś, czego nie lubiłem, czego nie znałem. W moim zawodzie ważna jest też cierpliwość. Trzeba kochać to, co się robi, trzeba chcieć być w mediach. Znaczące są też zbiegi okoliczności. Jeden z najistotniejszych dla mnie miał miejsce w 1989 roku. Wtedy w Polsce wszystko zaczynało się od nowa, a ja miałem tylko 23 lata – byłem niezapisaną kartą, studentem, który powrócił z zagranicznych saksów, znał angielski, a nowe radio w mieście potrzebowało kogoś do tworzenia informacji, czyli wtedy – do tłumaczenia z BBC, CNN i AFP. Wow! Chwyciłem więc tę przynętę, która się pojawiła. Później zakochałem się w tej robocie, zaniedbałem studia, bo połknąłem radiowego bakcyla i przez 7 lat robiłem wszystko. A i ekipa była wyjątkowa. Spotkałem na swojej drodze, co niezwykle istotne, odpowiednich ludzi w randze generałów i o cechach nauczycieli – na początku mojej drogi w radiu był Edward Miszczak, który przyjął mnie na trzymiesięczną praktykę, a później w telewizji Mariusz Walter, Prezes Prezesów, Prezes Klasyk, świetny szef i mądry człowiek. Mariusz Walter dał mi w kwietniu 2000 r. funkcję rzecznika prasowego stacji. Przeniosłem się do warszawy i pracowałem pełną parą. Dobre czasy…  

Czekam na nowe wyzwania. To co mam w tej chwili, jest bardzo stabilne, postawione na dwóch nogach, wydaje się bardzo trwałe. Ale jak wszyscy wiemy, nie ma nic pewnego, więc trzeba być przygotowanym na różne warianty.

Edward Miszczak chyba do dziś jest odpowiednim człowiekiem? 

Praktycznie i nominalnie jest moim szefem nieprzerwanie od 28 lat.

A prywatnie? Przyjaźnicie się? 

To jest męska, szorstka przyjaźń. Jesteśmy na „ty” i znamy się jak łyse konie, ale hierarchia jest zachowana. Wiele razem przeszliśmy, wiele zrobiliśmy, szczególnie w latach naszego RMF-u , bo byliśmy jedną drużyną pierścienia, praca i zabawa, sukcesy, romanse, związki, wyjazdy, imprezy. Potem on poszedł do telewizji, a ja, jako jeden z tego stadka radiowców, zaraz za nim. Powiedział mi wtedy – mam dla Ciebie propozycję, ale nie wiem, czy Ci się uda, nie wiem, czy nam się uda. Jędrek, musisz sam zdecydować. I się zdecydowałem    

Zastanawiałeś się, czy poszedłeś w to bez refleksji? 

Oczywiście że się zastanawiałem, miałem 31 lat, było mi dobrze w radiu i w Krakowie. Ale potrzeba podjęcia wyzwania była silniejsza od wygody. Nie bacząc na konsekwencje, nie wiedząc niemal nic o telewizji, zdecydowałem się zmienić medium.

Nie żałujesz? 

Absolutnie nie.   

Trochę porozmawialiśmy o przeszłość, a co z przyszłością? Jakie masz najbliższe zawodowe plany?

Czekam na nowe wyzwania. To co mam w tej chwili, jest bardzo stabilne, postawione na dwóch nogach, wydaje się bardzo trwałe. Ale jak wszyscy wiemy, nie ma nic pewnego, więc trzeba być przygotowanym na różne warianty. Od roku robię program w Meloradio. Poczułem w sobie tyle energii, tyle chęci, że chciałem coś zrobić właśnie w tej formie. Znowu radio! Życie jak fortuna, kołem się toczy. I wydaje mi się, że jeśli chodzi o ilość pracy i płace, ilość czasu, która zostaje mi na prywatne sprawy, rodzinę, jestem teraz w dobrym momencie. Ale nowe projekty przyjmę z dobrodziejstwem i nadzieją, jeśli się takie pojawią. Z moich zawodowych pragnień – chciałbym skończyć czytać książkę Jerzego Pilcha, żeby zaprosić go do rozmowy o kinie – tak, dziennikarz filmowy z pisarzem też może porozmawiać o sztuce filmowej. (śmiech) Planuję też wyjazd do Wiszegradu, w Bośni żeby porozmawiać z Emilem Kusturicą. Uwielbiam jego kino od lat i chciałabym się z nim spotkać na jego terenie, zobaczyć, jak wygląda jego świat. Podobne marzenie mam związane z pisarzem, noblistą z 2006 roku Orhanem Pamukiem, który mieszka w Stambule i pisze o tym mieście. Chciałbym zobaczyć świat jego oczami, przejść się z nim ręka w rękę jego ulicami.  

Zatem życzę Ci, żebyś te podróże zrealizowały…

I jeszcze do Paryża, bo tam czekałyby na mnie Irene Jacob, Juliette Binoche, Julie Delpy, aktorki Kieślowskiego. I złożyłbym kwiaty na grobie Jeanne Moreau, którą uwielbiałem od zawsze, a klasyczne filmy z jej udziałem wywoływały dreszcze…

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o