Z Agnieszką Hyży, dziennikarką, ekspertem od branży weddingowej, rozmawiała Katarzyna Paskuda 

To, że brałaś udział w konkursach piękności, ma wpływ na miejsce w którym dziś jesteś  zawodowo? 

Brałam udział w jednym konkursie. Przez przypadek trafiłam do Miss Polski. Jedna rzecz, która mi utkwiła w pamięci to to, że to był pierwszy konkurs prowadzony przez Maćka Dowbora, w towarzystwie Zygmunta Chajzera. Miałam wtedy 19 lat, dla mnie to były gwiazdy, „panowie z telewizji”. Patrzyłam na nich z podziwem. Dwa lata później z Dowborem prowadziłam własny program. 
 

Jak to się stało? 

Moja przygoda z telewizją zaczęła się od konkursu „Mama i córka – naturalne piękno”. Po jego zakończeniu zwrócił na mnie uwagę TVN i zaproponowali mi pracę. Moi rodzice, ze wsparciem Bogny Swarowskiej, nie wyrazili na to zgody. Wszyscy troje uznali, że jeśli mam pracować w telewizji, to i tak będę, a najważniejsze jest, żebym poszła na studia. Tak też zrobiłam, ale Bognie nie odpuściłam, miała wtedy agencję reklamową i dzięki niej zaczęłam poznawać ludzi i chodzić na castingi. Pierwszy był do MTV, udało się, potem pracowałam w Tele5. Po roku Nina Terentiew, która przeszła do Polsatu z Dwójki, odezwała się do mnie, bo szukała nowych twarzy do zespołu. W zasadzie telewizyjnie to ona mnie wychowała.

Jesteś dziennikarzem z wykształcenia? 

Nie, dziennikarzem niewykształconym. (śmiech) Z wykształcenia jestem socjologiem. Rozpoczęłam nawet przewód doktorski, ale nie udało mi się domknąć tematu, może kiedyś. 

Uroda pomogła Ci w zrobieniu kariery? 

Pewnie było mi łatwiej, ale uroda to absolutnie nie wszystko. Być może jest tak, że na chwilę wystarcza, żeby zaistnieć w mediach, ale na pewno nie robiłabym tych wszystkich rzeczy, które zrobiłam dotychczas, gdyby nie cała reszta, czyli ciężka praca, pokora, trochę szczęścia i spotkanie odpowiednich ludzi na swojej drodze. Po 15 latach pracy w mediach wciąż mam poczucie, że moje pięć minut dopiero przyjdzie. Cały czas mam nowe pomysły, cały czas poznaję nowych ludzi, nie czekam, aż mój telefon zadzwoni. Uważam, że nic nie jest mi dane, to ja muszę wyjść i o siebie zawalczyć.

Postrzegam Cię jako niezwykle otwartą osobę. To w świecie mediów nie jest takie oczywiste. 

A powinno być, bo w naszej branży relacje z ludźmi są najważniejsze. Nic nie zrobisz, jeśli nie będziesz współpracował z ludźmi. Chytry traci podwójnie. Ja wole się dzielić – projektami, pomysłami, pieniędzmi, kontaktami. Sama nie jestem w stanie zrobić wszystkiego. Dlatego rozmawiam, słucham, pytam, szukam ludzi i wychodzę im naprzeciw.  
 

W trakcie podróży poślubnej otrzymaliśmy informację, że w jednym z poczytnych tygodników pojawią się nasze zdjęcia ze ślubu. I wiesz co było w tym najsmutniejsze? Że my chcieliśmy wrócić do kraju i poinformować dalszą rodzinę i przyjaciół o tym, że się pobraliśmy, a wyszło tak, że nie mieliśmy szansy nikogo poinformować w odpowiedni sposób. Miałam poczucie, że zawiedliśmy ważnych dla nas ludzi. To skomplikowało wiele naszych relacji rodzinnych – media nie dały nam załatwić tematu tak, jak chcieliśmy. Było i jest mi przykro z tego powodu.  

Robisz niemało. Teraz startuje Twój nowy projekt – telewizja internetowa wedding.pl. Skąd taki pomysł? 

Pomysł zajęcia się branżą ślubną powstał 10 lat temu, kiedy organizując swój pierwszy ślub, zobaczyłam, ile jest możliwości i jak duże jest zapotrzebowanie na usługi i informacje o tematyce ślubnej. Bardzo szybko uruchomiłam pierwszy portal weedingshow, zaraz potem były duże targi w Warszawie, zaczęłam wydawać kwartalnik Wedding Show, potem pojawił się fundusz inwestycyjny, który zainwestował w branżę ślubną i powstał wedding.pl, w którym pełnię funkcję dyrektora kreatywnego. Jest to największa internetowa platforma weddingowa w tej części Europy – wedding.pl jest największym marketplace’m – kojarzymy usługodawców z pannami młodymi. Tylko mi to cały czas nie wystarczało, chciałam czegoś więcej, chciałam, żeby śluby i wesela stały się modnym tematem, żeby pisały o tym gazety, żeby pokazywała to telewizja, żeby marki, które wcześniej nie robiły nic dla panien młodych, weszły w tę branżę. Na tej fali stworzyliśmy kanał yotubowy “Przepis na ślub”, w przyszłym roku ruszamy ze spotkaniami z pannami młodymi, organizujemy międzynarodowe targi dla profesjonalistów. Mam taki plan, żeby za kilka lat, jeśli ktoś będzie planował ślub i wesele, w pierwszej kolejności będzie trafiał na nasze produkty i projekty. 

Pierwszy ślub był dla Ciebie spełnieniem marzeń? 

Na tamtym etapie mojego życia – tak. Z perspektywy czasu widzę to już zupełnie inaczej, ale mam duży szacunek do tego, co było. Dzielę się tym moim doświadczeniem z pannami młodymi, które spotykam na swojej drodze. Przestrzegam je przed tym, żeby nie dały się wpędzić w kozi róg tych przygotowań – żeby uroczystość nie przysłoniła im tego, co najważniejsze. U podstaw tego – jaka by ta uroczystość nie była – czy to będzie impreza na 500 osób, czy wyjedziesz gdzieś na wyspę, czy zrobisz przyjęcie w maleńkiej restauracyjce – musi być pewność, że chcesz się z daną osobą związać. Musi być miłość i relacja z drugim człowiekiem. Żaden ślub, żadna uroczystość, nie dadzą gwarancji, że to przetrwa. To jest kupa roboty, mnóstwo przygotowań do tego jedynego dnia, ale on szybko mija i przychodzi normalne życie i nagle zaczynają się schody. Z jednej strony pracuję w tej branży i robię wszystko, żeby sprzedawać marzenie o tej wyjątkowej uroczystości, ale też naprawdę głośno mówię o tym, że to jest ważne, ale nie najważniejsze.   

Uważasz, że czas przygotowań do ślubu, to też jakiś rodzaj sprawdzianu dla związku? 

Pewnie! Przygotowania rodzą mnóstwo niesnasek, często wręcz konfliktów. To świetny sprawdzian dla relacji. W mojej ocenie Wedding Planer to często po trosze psycholog. Co baczniejsi obserwatorzy potrafią ocenić, czy para, którą wspierają w organizacji ślubu, ma szansę przeżyć ze sobą życie. A co odważniejsi potrafią powiedzieć wprost, że lepiej pójść na psychoterapię i zastanowić się, czy ten ślub ma w ogóle sens. Uwierz mi, że są śluby, do których w ogóle nie dochodzi. Ślub to socjologicznie i psychologicznie moment przejścia, bardzo trudny tak dla panny młodej, jak i jej wybranka. Trzeba być silnie ze sobą związanym, żeby to przetrwać.    

Jak z tą wiedzą, którą miałaś o branży weddingowej, podeszłaś do swojego drugiego ślubu? 

Wyjechaliśmy z Grześkiem z Polski tylko w gronie najbliższych. Nie udało nam się niestety uciec całkiem, bo polscy turyści uchwycili nas w obiektywie, jak byliśmy z rodziną, już po ślubie, w Rzymie na Kapitolu. Na początku plan był taki, że jedziemy sami ze świadkami. Ale kiedy już zaczęliśmy wszystko organizować, to pomyślałam, że nie będziemy gości zapraszać, tylko ich poinformujemy – najbliższe nam osoby – rodziców, rodzeństwo, najbliższych przyjaciół – że mamy taki plan, tak zamierzamy zawrzeć związek małżeński. I wszyscy poinformowani przyjechali. 

Dlaczego chciałaś wziąć ślub po cichu? 

Jestem wychowana dość konserwatywnie, a to był mój drugi ślub. Nie bardzo było z czym się afiszować. Uznaliśmy, że z szacunku do siebie, do dzieci, byłych małżonków, po to, żeby nas media nie rozszarpywały, co i tak zrobiły, pobierzemy się w wąskim gronie, bez szumu. Chcieliśmy, żeby to była tylko nasza chwila. 
 

Masz żal do mediów? 

Za to, że nam odebrały wyjątkowość tego momentu w życiu? Tak, żałuję, że tak się stało.   

Zostaliście zaatakowani w trakcie realizacji ślubnego planu, czy kiedy już wróciliście do Polski? 

W trakcie podróży poślubnej otrzymaliśmy informację, że w jednym z poczytnych tygodników pojawią się nasze zdjęcia ze ślubu. I wiesz co było w tym najsmutniejsze? Że my chcieliśmy wrócić do kraju i poinformować dalszą rodzinę i przyjaciół o tym, że się pobraliśmy, a wyszło tak, że nie mieliśmy szansy nikogo poinformować w odpowiedni sposób. Miałam poczucie, że zawiedliśmy ważnych dla nas ludzi.
To skomplikowało wiele naszych relacji rodzinnych – media nie dały nam załatwić tematu tak, jak chcieliśmy.
Było i jest mi przykro z tego powodu.  

Małżeństwo z Grześkiem to także wejście w relację rodzinną z jego dziećmi… Ty też masz córkę z pierwszego małżeństwa. Jak to jest, być mamą w patchworkowej rodzinie?

Mamy troje dzieci. Nie ma w naszym domu czegoś takiego, jak moje i jego dzieci. Kiedy zaczęliśmy się spotykać, wszystkie były na tyle małe, że nie udałoby się coś na zasadzie – dziś są u nas twoje dzieci, to się nimi zajmuj, a ja robię dalej swoje. Dzieci miały mniej więcej po dwa lata, kiedy poznaliśmy się z Grzegorzem. Nie pamiętają innego życia, innego układu niż ten, w którym funkcjonujemy. Wiesz, my zbudowaliśmy dość specyficznie naszą relację – nie mieliśmy możliwości randkowania, po kilku spotkaniach musieliśmy podjąć decyzję, co dalej. Wbrew temu, co donosiły media, byliśmy wolnymi ludźmi i każde z nas mogło na nowo budować swój świat, wejść w nowy związek. W naszym wypadku zaczęło się życie z dziećmi! Gdybyśmy mieli teraz wspólne, nie powinna to być dla nas żadna rewolucja. (śmiech)    

Macie w planach wspólne dziecko? 

Zobaczymy, co życie przyniesie. Troje dzieci to jest duży obowiązek. W domu to ja jestem od ogarniania naszego życia rodzinnego, od dzieci, świąt, czy prezentów. Taki układ mi odpowiada, z takiego domu wyszłam, nie umiem wymagać od faceta, żeby się tą logistyką zajmował. A nie jest łatwo zorganizować się przy trójce dzieciaków. Grzesiek jak tylko jest obecny w Warszawie, przejmuje obowiązki nad dziećmi, ma z nimi dobry kontakt. Mam w domu artystę, który nie lata po mieście z kolegami, nie siedzi na piwie, woli pograć na konsoli. Kiedyś mnie to wkurzało, po paru latach i różnych doświadczeniach koleżanek zaczynam lubić ten komputerowy świat i to, że jest po prostu w domu. (śmiech)   

Czyli jesteś zadowolona z tego w jakim miejscu w życiu jesteś? 

Bardzo. Bałam się mówić głośno o swoim szczęściu jeszcze do niedawna, ale dziś coraz śmielej spoglądam na swoje życie i myślę sobie, że jest fajnie. Co nie znaczy, że nie mam trudnych momentów. Mamy mnóstwo zawirowań – zawodowych, rodzinnych, finansowych – pamiętaj, że żyjemy w polskiej rzeczywistości, nie jesteśmy od niej oderwani. To, że mój mąż ma platynową płytę, nie oznacza, że dostaje na konto pięć milionów dolarów. Obydwoje mamy wolne zawody, czyli zawody niepewne. Musimy być uważni i planować wszystko z głową.  

Poza mediami, domem, dziećmi, branżą ślubną, czym jeszcze się zajmujesz?

Mam kilka projektów, ale generalnie skupiam się na działaniach PR-owych i marketingu i produkcji eventów. Gdybym na bazie tego, co dotychczas stworzyłam, zbudowała CV, myślę, że znalazłabym całkiem niezłą pacę w korporacji czy dużej agencji. Nie wstydzę się już mówić o tym, że jestem dobra w tym, co robię. Nauczyłam się, że choćbym nie wiem co stworzyła, zbudowała, choćby sam Bill Gates zainwestował w mój pomysł, to internet i tak orzeknie, że albo go okradłam, alb się z nim przespałam. Jeśli sama nie docenię tego, co robię, na społeczny poklask nie mam co liczyć.   

Wbrew temu, co donosiły media, byliśmy wolnymi ludźmi i każde z nas mogło na nowo budować swój świat, wejść w nowy związek. W naszym wypadku zaczęło się życie z dziećmi! Gdybyśmy mieli teraz wspólne, nie powinna to być dla nas żadna rewolucja.

Jak byś się określiła jednym słowem? 

Sprzeczność. 

Dlaczego? 

Z jednej strony jestem totalną energią, a z drugiej od czasu do czasu wpadam na pomysł, że może rzucę to wszystko i posiedzę sobie w domu. To wynika trochę z tego, że na co dzień dążę do perfekcji, co bywa męczące. Sama sobą potrafię być wykończona. Jak się umorduję, to dopiero wiem, że zrealizowałam plan – zaproszę na urodziny pół Polski, ugotuje dla pułku wojska.   

Zdarza Ci się nie dotrzymać terminu? 

Tak. Kiedyś pracowałam dużo w domu. Dzieci szły spać, a ja do późnej nocy siedziałam nad przyniesioną robotą. Grzesiek skutecznie mnie tego oduczył. Nie wyobrażał sobie takiego życia, życia z kimś, kto ciągle jest w pracy. Dzięki niemu nauczyłam się odpuszczać.  

A on sam ma umiar w pracy? 

On nie przestaje być artystą. (śmiech)
Ale umie się odciąć, nie kontaktować się ze światem zewnętrznym, kiedy jest w fazie tworzenia, ale też wycisza telefon, kiedy jest z nami w domu. To bardzo cenne. 

Fot.: Katarzyna Paskuda, PaskudaPhotography.com
Asyst. Natalia Jata / PhotoCulture.pl
Makeup: Anna Ampulska
Fryzura: Kasia Rudnik
Stylizacje: Izabela Hulbój
Asyst.: Patrycja Wojciechowska
sukienka: Just Paul.
Miejsce: Hotel BELLOTTO W Warszawie Materiały pochodzą z sesji zdjęciowej, jubileuszowej dla POLSAT CAFE

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o