czwartek, 2 lutego 2023
WywiadyChciałem stanąć wyżej niż inni

Chciałem stanąć wyżej niż inni

Jeden z najwybitniejszych polskich fotografów. Autor zdjęć dzięki którym świat wiedział jak u nas jest w czasach za Żelazną Kurtyną, w chwili wyboru papieża Polaka, w czasach demokratycznych przemian i jak jest dzisiaj. Polak. Brytyjczyk. Dżentelmen w każdym calu.
Z CHRISEM NIEDENTHALEM rozmawia Grzegorz Kapla.

Szykuje się album z twoimi premierowymi fotografiami. Ale będzie zaskoczeniem, bo to będzie powrót do polskiej przeszłości.

Mój syn, Filip Niedenthal, pierwszy redaktor naczelny polskiego wydania magazynu Vogue przekopał się razem z moją asystentką Julią Staniszewską przez moje analogowe archiwum. To negatywy zdjęć z lat siedemdziesiątych. Nie wywoływałem ich wszystkich, wystarczały mi stykówki, wybierałem to, co było potrzebne do publikacji a reszta trafiała do archiwum, a właściwie do szuflady. Okazuje się, że to są zaskakująco dobre czarno – białe zdjęcia. Nie miałem wtedy jeszcze pieniędzy na kolorowe filmy, ale okazuję się, że miałem już, jako młody chłopak oko do kompozycji.

Co cię zaskoczyło?

Jak dobrze potrafiłem widzieć. Bo uważam, że o klasie fotografa decyduje doświadczenie a ja wtedy byłem przecież fotografem niedoświadczonym. Zaskakująca jest też tematyka – to opowieść w której prawie w ogóle nie ma polityki. To główny temat moich późniejszych fotoreportaży, ale wtedy trzymałem się od niej jak najdalej. Raz, że nie miałbym komu takich zdjęć sprzedać, a dwa, że bałem się zainteresowania ubecji.

Człowiek z aparatem zawsze budził zainteresowanie.

Tak źle nie było, chociaż rzeczywiście czasami ludzie uważali, że facet z aparatem mógł być ubekiem. Ludzie mieli aparaty, często radzieckie, choć filmy były drogie i nie da się tego porównać z szaleństwem naszych czasów. Zdjęcia robiło się na ważnych rodzinnych uroczystościach lub na wakacjach, nikt nie fotografował swojego kota, czy swojego jedzenia. Nie robiło się selfie. Kiedy masz trzydzieści sześć klatek na filmie, starasz się żadnej nie zmarnować.

Dziś każdy jest fotografem?

Tak nie jest. Każdy patrzy, ale fotografem jest tylko ten, który dostrzega.

Ty byłeś już fotografem.

Bez doświadczenia, chociaż po studiach fotograficznych, co przecież nic nie znaczy.

Dlaczego tak uważasz?

Fotograf uczy się robiąc zdjęcia a nie studiując fotografię. Na pewno studia się przydają ale doświadczenia nie zastąpią. Studia są oczywiście bardzo ważnym etapem w życiu pomiędzy szkołą i dorosłością. Może nie wypada tego mówić, ale fotografa nikt nigdy nie pyta o dyplom, tylko o portfolio. Ja sam przez wiele lat nie wiedziałem, że byłem najlepszym studentem. Nikt mi tego nie powiedział, i sam nie zajrzałem nawet do dyplomu. Odkryła to dopiero moja żona po wielu latach kiedy odnalazła ten dyplom. Rzeczywiście tak tam napisano. Pierwsza lokata.

Wiesz że nie musisz wymyślać historii fotografii od początku.

Oczywiście, ale z drugiej strony – nie należy oglądać cudzych zdjęć zbyt wiele, żeby się nimi gdzieś potem podświadomie nie sugerować. Dobrze mieć kilku mistrzów, ale nie należy ich naśladować.

fot. Bartosz Maciejewski

Jak sądzisz ile w twojej karierze jest premedytacji a  ile przypadku?

Myślę, że dziewięćdziesiąt proc. to przypadek. Może więcej. Przypadek rządzi ludzkim losem. Ja nie planowałem zamieszkania w Polsce. Przyjechałem na kilka miesięcy żeby zrobić zdjęcia i wrócić do Anglii. A w końcu zostałem na pół wieku i nawet mam polskie obywatelstwo.

I tutaj zostałeś zawodowym fotografem.

Rzeczywiście. Wszyscy myśleli, że byłem już doświadczonym fotografem, bo miałem artystyczne angielskie wykształcenie, ale ja się właściwie wszystkiego nauczyłem tutaj. Byłem kompletnie niedoświadczony, nie wiedziałem czego chcę, marzyłem raczej o tym by pracować dla takiego czasopisma jak National Geographic.

Szukałeś egzotycznego kraju?

Dla mnie Polska nie była aż tak egzotyczna, bo to kraj moich rodziców i przyjeżdżałem wcześniej na wakacje. Znałem tylko lato, słońce, góry, jeziora i morze. Nie wiedziałem jak tu jest jesienią czy zimą. Nie wiedziałem jak ludzie żyją za Żelazną Kurtyną na co dzień. To chciałem sfotografować.

Miałeś kontrakt?

Nawet o tym nie pomyślałem, co prawda pracowałem po studiach w małej brytyjskiej agencji, którą prowadził jeden z moich wykładowców z uczelni. Dostawałem dwanaście funtów tygodniowo pracując w ciemni i archiwum i wykonując jakieś okazjonalne reportażyki dla tej agencji. Uważam, że to bardzo ważne dla fotografa, żeby nauczył się pracy w ciemni, żeby zobaczył na własne oczy jaką magią, metafizyką jest fotografia. Tego momentu kiedy zdjęcie pojawia się nagle zupełnie znikąd nie da się porównać z tym jak wyświetla się zdjęcie na ekranie komputera. Ale kiedy byłem w Polsce w ogóle nie pomyślałem, żeby moje zdjęcia im posyłać. Tymczasem okazało się, że jeśli chcę przedłużyć pobyt w Polsce muszę mieć akredytację korespondenta zagranicznego. Inaczej koniec wizy i do domu. W fotograficznym czasopiśmie znalazłem ogłoszenie francuskiej agencji, w którym szukali współpracowników w różnych krajach, więc napisałem do nich, byli chętni, wysłali wniosek do MSZ i załatwili mi akredytację. I tak, nie znając ani słowa po francusku, zostałem francuskim fotoreporterem. Korespondentem zagranicznym. Mogłem tu mieszkać. Dostałem roczną wielokrotną wizę i mogłem za wynajem mieszkania czy nawet benzynę płacić w złotówkach a nie wymieniać wszystkiego na te komunistyczne vouchery.

To wciąż nie jest moment kiedy sprzedajesz pierwsze zdjęcie.

Robiłem zdjęcia krajobrazowe, stockowe i wysyłałem do londyńskich agencji. Gdyby ktoś nagle szukał u nich zdjęcia Pałacu Kultury w Warszawie to mieli moje. Wszystko nagle zmienił wybór Wojtyły na papieża. Bo wtedy oczy świata zwróciły się na Polskę a ja już byłem na miejscu. Od razu pojechałem do Wadowic. Spodziewałem się jakiejś euforii radości a tu nic. Cisza. Pusto, nikt nic nie wie. Gierek rozumiał co się stało więc komuniści nie chcieli tej informacji za bardzo rozgłosić. Skoro nic się na ulicy nie działo, zapukałem do drzwi parafii przy tamtejszym kościele. Otworzył ksiądz. Pytamy go o to, co myśli o wyborze kardynała Wojtyły a on mówi, że właśnie się zabiera, żeby do księgi parafialnej wpisać, że Wojtyła został papieżem. No i miałem to swoje wymarzone zdjęcie. To był dla mnie dowód, że miałem szczęście i że potrafiłem je wykorzystać. Wysłałem to zdjęcie do Sterna i do innych wydawnictw. Szczęście może mieć każdy, ale wykorzystać je to naprawdę sztuka.

To ci dało pozycję?

Nie. Ale to był pierwszy krok. W listopadzie 1978r przyjechał do Polski reporter z Newsweeka, z Bonn, bo wtedy Berlin nie był stolicą Niemiec. Chciał napisać reportaż o nielegalnych kościołach i poszukiwał fotografa. Krzysztof Bobiński, dziennikarz i mój przyjaciel, też przybysz z Londynu polecił mu mnie. Atutem było że mówię po angielsku i po polsku. Pojechaliśmy na Podlasie gdzie ludzie budowali kaplice we wnętrzach stodół a potem je burzyli i nagle okazywało się, że kościółek już stoi. Wtedy komuniści nie pozwalali budować na wsi kościołów, ale jak już stał to nie chcieli go burzyć. Ten materiał w Newsweeku przyniósł mi uznanie a kiedy rok potem papież przylatywał do Polski to dostałem telefon z Bonn, żebym się akredytował i to fotografował. Powiedzieli mi, że przyleci z USA jakiś sławny fotograf, ale że konkurencja się przyda. No i w materiale w Newsweeku poszły dwa jego zdjęcia a reszta to były moje. No i miałem pierwszą okładkę. Wtedy miałem ten telefon z Nowego Jorku „Kim do cholery jesteś Chris Niedenthal i co Ty robisz w Polsce?!” I to był początek. Nie ma dla fotografa niczego gorszego niż chodzenie po redakcjach i proszenie żeby ktoś zechciał przejrzeć twoje portfolio. A jak zechcą, to przerzucają je byle jak, jakby były bez znaczenia. Miałem ten etap za sobą. Miałem okładkę w Newsweeku, byłem w dobrym miejscu w dobrym czasie.

Żałowałeś że nie jesteś w Anglii i nie fotografujesz królowej?

Nie. W Londynie fotografowałem michałki. Takie różne ciekawostki.

Nie umniejszaj sobie. Talent to talent. Wygrałeś z gościem z pierwszej ligi jak Hurkacz z Daniłowem.

No może masz rację? Może teraz stałbym na balkonie u boku Królowej i fotografował jej jubileusz.

Czujesz się Brytyjczykiem?

Zawsze czułem się Polakiem. Choć z angielskim imieniem i niemieckim nazwiskiem to czasami budziło zdziwienie. Ale w szkole podkreślałem zawsze że jestem Polakiem. Anglicy by się obrazili, gdybym mówił że jestem Anglikiem, bo mam polskich rodziców. A tutaj Polacy też nie przyjmowali do wiadomości że jestem ich, bo urodziłem się w Anglii. Obywatelstwo dostałem dopiero w 1998 roku.


Kiedy zaczęła się Solidarność grałeś już w pierwszej lidze.

Bez przesady, to były moje początki. Wiadomość o strajku dostałem od angielskiego dziennikarza i od razu pojechaliśmy do Gdańska. Byliśmy pierwszymi dziennikarzami w ogóle pod bramą Stoczni. Był to drugi dzień strajku. Nie chciano nas wpuścić. Bali się że będzie na zdjęciach widać kto bierze udział w strajku. To był sam początek. Nie mieli jeszcze świadomości jakie to jest ważne, ale ja już wiedziałem. Takie wielkie zakłady nie strajkowały nigdy w komunie. W końcu zgodzili się że wpuszczą dziennikarza a potem i mnie jako tłumacza. Musiałem obiecać, że nie będę robił zdjęć. Siedziałem w Sali BHP obok Wałęsy. Naprzeciwko dyrektor Stoczni. Ja tłumaczę mojemu koledze i widzę, że ten facet z wąsem to sobie nie daje w kaszę dmuchać. No i w końcu nie wytrzymałem i zrobiłem kilka zdjęć. Gdyby udało im się w porę dosłać do Nowego Jorku to byłby fantastyczny materiał. Newsweek zamykał się wieczorem w piątek. A filmy doszły w sobotę. Gdyby już wiedzieli jakie to wydarzenie było ważne, zatrzymaliby druk. No ale tego jeszcze nie wiedzieli, bo nie było tam jeszcze innych dziennikarzy i temat nie był jeszcze nagłośniony. Więc moje fotografie ukazały się w kolejnym tygodniu kiedy już inni dziennikarze i fotoreporterzy do Gdańska dotarli. Kiedy wróciłem na strajk w ostatnich dniach, były tam już wszystkie agencje i telewizje świata.

Ale Wałęsa już cię znał.

Znał, ale nie był pewien kim ja jestem. To niemieckie nazwisko, brytyjski paszport i płynna polszczyzna zawsze budziły w nim jakiś niepokój. No ale jesteśmy na ty. Nawet kiedy był prezydentem.

fot. Bartosz Maciejewski

A ty po strajku już byłeś fotografem od polityki.

Tak się stało. Newsweek wysyłał mnie w świat na różne wydarzenia.

A SB założyła ci teczkę.

Kiedy otrzymałem swoją teczkę okazało się, że już w 1975 mnie obserwowali. Ktoś napisał o mnie całą charakterystykę. Jest tam takie zdanie „Niedenthal w obecności żony zachowuje się tak, jakby nie miał nic do powiedzenia”. Zawsze to powtarzam jako anegdotę, bo to zaskakująco trafna obserwacja. Nawet nie musieli mnie śledzić, bo samochody obcokrajowców miały zielone rejestracje, więc jak przyjeżdżałem do jakiejś wsi żeby fotografować krowy to jakiś ormowiec już pisał meldunek co tam robię. No i podejrzewali że jestem szpiegiem. Bo jak to inaczej wytłumaczyć, że robię materiał w Gorzowie Wielkopolskim, mają tam jeden hotel i akurat tego samego dnia w tym samym Gorzowie jest brytyjski konsul? No i meldunki obsługi hotelu są bardzo szczegółowe. O której przyjechałem, gdzie parkowałem samochód, pod jakie numery dzwoniłem. Mógłbym sobie odtworzyć bardzo szczegółowo dzień po dniu.

No i mogłeś polecieć do stolicy imperium zła.

Pracowałem już później dla Time i załatwili mi akredytację w Moskwie. Nie mieszkałem tam, ale jak coś się działo to fotografem Time byłem ja więc mając wielokrotną roczną wizę do ZSRR mogłem szybko być na miejscu. A taka wiza dla zachodniego fotografa to był naprawdę wyczyn.

Fotografowałeś Breżniewa?

To nie były te czasy, ale mam jego zdjęcie na dworcu centralnym kiedy przyjechał w latach 70 do Warszawy, bo bał się latać i jeździł pociągiem. Wyszedł wtedy z wagonu na lekkim rauszu. Ale w czasie kiedy miałem akredytację to był czas Gorbaczowa. Tyle że moim zadaniem było robić wszystko co możliwe, bo zdjęć ze Związku Radzieckiego wtedy było bardzo mało.

No i zrobiłeś sławne zdjęcie Kadara.

Rzeźnik Budapesztu z roku 1956 był już wtedy staruszkiem. To miała być okładkowa sesja dla Time. Zdjęcia z wywiadu się nie nadawały na okładkę. Ale Kadar powiedział redaktorom Time, że ma taki ulubiony obraz – Lenin grający w szachy. No i redakcja załatwiła sesję z Kadarem, ale miałem go sfotografować z tym obrazem. Obraz wysoko, Kadar niski. Nie wziąłem ze sobą drabinki do samolotu a wtedy by się przydała, bo poprosiłbym Kadara żeby na nią wszedł. Ale jego ludzie znaleźli gdzieś klęcznik. Taki jak w kościele. I Kadar stanął na tym klęczniku a ja zrobiłem mu portret. Bał się, że straci równowagę i pocił się pod oczyma. Jakby płakał, choć to nie są łzy. No i zdjęcie przyniosło mi nagrodę World Press Photo. To było moje pierwsze zdjęcie o którym z góry wiedziałem, że ma być okładką. I to miał być portret a ja nie jestem portrecistą.

Po zdjęciu papieża jesteś.

Przypadkowym. Ja nie animuję ludzi żeby się ustawiali. Potrafię zobaczyć kim są, ale ich nie ustawiam. Robię takie zdjęcia oczywiście, komercyjnie, ale mam się za fotoreportera nie za portrecistę. Wolę być w tłumie. Blisko, dotykać tych ludzkich emocji. Chodziłem w Polsce na wszystkie demonstracje i to właściwie kronika naszego życia politycznego. Jestem wysoki, starałem się zawsze widzieć szerzej niż inni. Stanąć wyżej niż inni. No i stąd drabinki stały się moim znakiem rozpoznawczym. Kiedy upadał Mur Berliński i poszła wieść, że przyjedzie Gorbaczow wypożyczyłem samochód z szyberdachem i kupiłem w sklepie najwyższą drabinę jaką mieli. Żeby ją przewieźć potrzebowałem tego szyberdachu. Zawiozłem ją pod Bramę Brandenburską i przykułem do słupa łańcuchem, żeby nikt nie ukradł. No ale nie zrobiłem tego zdjęcia, bo Gorbaczow nie przyjechał a drabinę i tak ukradli.

Czy gdybyś dzisiaj zaczynał zostałbyś fotoreporterem?
Trudno powiedzieć. Wtedy to naprawdę było coś. Fotoreporterzy docierali wszędzie i byli naprawdę szanowani i respektowani przez swoje redakcje. Dzisiaj kiedy każdy ma aparat w telefonie to wszystko się już skończyło. Trafiłem jeszcze na ten wspaniały moment kiedy koszty zdobycia zdjęcia nie odgrywały roli. Cały świat czekał na to co będzie na okładce Newsweeka czy Time. Dziś liczą się tylko koszty. Miliony niepotrzebnych zdjęć zalewają internet. Technologia zmieniła fotografię. Zmieniła media. Fotografia odrywa się od prawdy, w reklamie i w modzie fotografia idzie w kierunku absurdu, nie musi już opowiadać świata ale wywoływać emocje. Nie potępiam tego, ona jest opowieścią o emocjach fotografującego a to też jest jakaś prawda. I żadna elektronika nam w tym nie przeszkodzi.
Podziękowania dla restauracji „Ósma kolonia” w Warszawie
za udostępnienie swoich wnętrz.

fot. Bartosz Maciejewski