czwartek, 2 lutego 2023
WywiadyPrzezwyciężyć przeznaczenie

Przezwyciężyć przeznaczenie

To prawdziwie filmowa opowieść o tym, jak chłopak urodzony w skrajnej biedzie okazuje się być jednym z najbardziej zdolnych pianistów od czasów Paderewskiego. Jednak zamiast koncertować, woli pisać piosenki i staje na podium Eurowizji. Opowieść o emigrancie, który, startując od zera, staje w Hollywood na czerwonym dywanie. Jednego dnia liczy, czy stać go na burgera, innego świętuje z Mickiem Jaggerem. Wkrótce ukaże się książka o niezwykłej twórczej przygodzie STANISŁAWA SYREWICZA.
Ze STANISŁAWEM SYREWICZEM rozmawia GRZEGORZ KAPLA.

fotografie: Bartosz Maciejewski

Książka skomponowana jest jak symfonia. Jest w niej mnóstwo głosów, wędrujących motywów, które łączą się w bardzo różnych tonacjach. Jest ogromny ładunek emocjonalny i niezapomniane obrazy: okręt pełen uchodźców na Morzu Azowskim, są niezwykłe postaci: Diane Keaton, Mick Jagger, Marianne Faithfull, są kontrapunkty – skrajna bieda i hollywódzkie przyjęcia z panterami, które przechadzają się pomiędzy gośćmi… Chciałbym, żeby nasza rozmowa była zaproszeniem na tę operę.

Postarajmy się zatem tę historię uprościć.

Właściwie to gotowy scenariusz na film.

Kiedy otrzymałem nagrodę za muzykę do filmu „Stalin”, jeden z hollywoodzkich producentów zaproponował mi taką produkcję. Rozpoczęliśmy pracę nad scenariuszem, ale zrozumiałem, że jest za wcześnie. Że jeszcze nie jes-
tem gotowy.

A teraz po co Ci ta książka?

Sam sobie zadaję pytanie, jak to się stało, że ją napisaliśmy. Była epidemia, świat się zatrzymał, Jacek Pałasiński zadzwonił do mnie pewnego razu i zaproponował, żebyśmy to zrobili. Zgodziłem się. Chyba dlatego, że dojrzałem do momentu, w którym potrafię ocenić, co w życiu jest ważne, a co nie. Pozwoliło mi to zrozumieć, kim jestem i kim chcę być w przyszłości. Niezależnie od wieku człowiek zawsze jest odpowiedzialny za to, dokąd zmierza. Książka dała impuls, żebym wrócił do tego, co zrobiłem w filmie, w teatrze, żebym posłuchał dawnych nagrań i płyt, żebym przejrzał plakaty filmowe i teatralne. Odkryłem, jak zmieniało się moje myślenie o muzyce.

Wspomniałeś o filmie „Stalin”. Ten dyktator odcisnął na twoim życiu poważne piętno.

I to dosłownie. Tej samej nocy, kiedy wróciłem z bankietu z nagrodą za najlepszą muzykę filmową, w Los Angeles było trzęsienie ziemi. Statuetka jest naprawdę ciężka. Spadła z półki i wbiła mi się w stopę. Tak jakby Stalin chciał zemścić się za nuty, jakimi go odmalowałem.


Jak się zaczęła Twoja przygoda ze Stalinem?

Rodzice poznali się na zesłaniu w Rosji. Mama bez opieki ojca pewnie by tego nie przetrwała. Była dziewczyną, która odebrała klasyczne wykształcenie – greka, łacina, konserwatorium muzyczne. Miała 22 lata, angażowała się społecznie, Sowieci wpisali ją na listę do aresztowania. Pięciu Rosjan przyjechało po jedna dziewczynę. Wsadzili ją do więzienia i trzymali w strasznych warunkach. Potem trafiła do obozu. Tam poznała ojca. Aresztowali go zaraz po wkroczeniu w ‘39. Urodziłem się w obozie w miejscowości Azow. A czym jest dziś Azow?

Symbolem rosyjskiego bestialstwa.

Ta nazwa wróciła do mnie w jakimś historycznym twiście. Azow na pierwszych stronach gazet. Dobrze, że Polska jest w zjednoczonej Europie, ale daje mi to do myślenia, bo całe pokolenia w mojej rodzinie wyrastały naznaczone zagrożeniem ze strony Rosji. Prześladowania, zsyłki, powstania.

fot. Bartosz Maciejewski

Jednak ty dostałeś od losu szansę. Kiedy władze poszukiwały najzdolniejszego dziecka w komunistycznej Polsce, okazało się, że to właśnie Ty grasz jak Paderewski.

Były nawet z tego apanaże.

Żyłeś za żelazną kurtyną, więc jak stałeś się częścią hollywoodzkiego świata? Chłopak urodzony w nędznej wiejskiej chacie na Ukrainie nie mógł o tym nawet marzyć. Taka historia możliwa była tylko w środkowej Europie w XX wieku.

Rzeczywiście, to mogło się wydarzyć tylko tutaj. Nie chodzi o mój indywidualny los, ale o historię i miejsce Polski. Moi rodzice musieli na zesłaniu walczyć o życie. Mnie udało się trafić do Francji tuż przed wybuchem stanu wojennego. Mama powiedziała wtedy, że każde pokolenie w naszej rodzinie zostało napiętnowane tym, że jesteśmy Polakami. „Boże”, mówiła, „jestem taka szczęśliwa, że żyjecie”. Dla niej całe życie było balansowaniem na granicy śmierci.

Kiedy poznałeś historię swojej rodziny?

Lata pięćdziesiąte to nie były czasy, kiedy można było swobodnie rozmawiać na ulicy, ale w domu już tak. Czuliśmy się inni. Napiętnowani. Świat wokół był wrogi, bo w centralnej Polsce ludzie z Kresów, ze Wschodu byli postrzegani jako gorsi. Ojciec miał wyraźny akcent, to go demaskowało. Mama była nauczycielką w liceum, chodziła do kościoła. Za to też groziły prześladowania.

Jesteś świadom tego, jak Twoje życie jest wyjątkowe?

To dla mnie raczej obciążenie niż inspiracja. Ta sytuacja każe mi odczuwać świat w szerokim kontekście. Mam wrażenie, że również Klara, moja córka myśli podobnie. Znajomi we Francji, Ameryce czy w Anglii oni nie są w stanie namacalnie odczuć, jak bardzo polityka odcisnęła się na ich osobistych losach.

Jesteśmy czterdziestomilionowym plemieniem, niewielkim w skali globu, ale wciąż to sporo ludzi. Ilu z nas stało się częścią globalnej kultury? Roman Polański, Andrzej Wajda, Krzysztof Komeda, Jerzy Kosiński… Nie ma Was tak wielu…

Ja po prostu miałem potrzebę zmierzenia się z całym światem, kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych udało mi się mi osiągnąć w Polsce jakiś znaczący pułap. Skomponowałem wtedy i nagrałem muzykę do pierwszego zagranicznego filmu – „Sherlock Holmes and dr Watson”. Nagrywałem też wówczas w Berlinie płytę z Anną Prucnal, która była we Francji prawdziwą gwiazdą. Poczułem, że chcę się sprawdzić w świecie. Podjąłem ryzyko i wyjechałem.

Udaje się, bo przełamujesz przeznaczenie. Twoi rodzice też je pokonali, przeżyli.

Mimo wszystko ten system ich złamał. Taka była cena. Pociechą był dla mnie fakt, że dożyli późnych lat i zobaczyli koniec komunizmu. Ja miałem łatwiej. Przypadek sprawił, że producent pierwszej zagranicznej koprodukcji filmowej, realizowanej w Polsce, wybrał na kompozytora właśnie mnie. Rozmawiał ze wszystkimi, których mu polecono, ale żaden mu się nie podobał. Zbierał się do wyjścia, szedł korytarzem, usłyszał melodię, wszedł do studia i spytał montażystę, co to za muzyka. A to właśnie nagrywałem ja. Dwa tygodnie później miałem kontrakt na napisanie muzyki do „Sherlocka Holmesa”, prestiż i orkiestrę Filharmonii Narodowej do dyspozycji.

Ile było w tym determinacji?

Determinacja prowokuje szczęście. Ja przecież nawet nie mówiłem po francusku.

Jesteś muzykiem, a muzyka nie potrzebuje słów.

To prawda, ale Paryż nie był moim wymarzonym miejscem, choć tęskniłem do spokoju tego miasta. Możliwe, że odezwały się jakieś kalki. Mama wychowała mnie w szacunku dla francuskiej, śródziemnomorskiej kultury. To była jej ucieczka.

Nie mówiłeś po francusku, ale nie zabrakło ci odwagi.

Powiedziałbym nawet, że dysponowałem sporym zasobem pewności siebie. Nie wiem, skąd ją brałem, ale mam wrażenie, że to właśnie było interesujące dla sławnych ludzi, między którymi się obracałem.

Woda sodowa nie uderzyła ci do głowy.

Szybko zrozumiałem, że życie wśród sławnych ludzi to absolutnie nie jest żadne wyróżnienie.

Czy to było pokłosie doświadczenia, że byłeś cudownym dzieckiem fortepianu?

Nie. To był wynik konsekwentnego podążania własną drogą.

fot. Bartosz Maciejewski

Kiedy kino stało się twoim życiem?

Przełom nastąpił, kiedy zrezygnowałem z kariery pianisty. Od dziecka czułem się zaprzężony do fortepianu i zanosiło się na to, że całe życie miałem spędzić przy tym instrumencie. Po dwudziestu latach pracy podjąłem z dnia na dzień decyzję, że to rzucam. Potrafiłem przezwyciężyć przeznaczenie. To mi dało niezwykłą siłę, choć nie wiedziałem co dalej. Wiedziałem jedynie, czego już robić nie chcę. Szansa pojawiła się nagle. W 1970 roku z moją przyszłą żoną, Katarzyną Lengren, napisaliśmy pierwszy wspólny utwór. Wygraliśmy Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie i od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy na dobrej drodze! Wkrótce potem znajomy namówił mnie, żebym zdawał do szkoły teatralnej. Dostałem się na reżyserię, choć startowało czterysta osób na osiem miejsc.


A Ty nie uważałeś, że to cud, tylko że to Ci się po prostu należało?

Nie, to się po prostu zdarzyło. Stanąłem przed komisją, w której zasiadali Bardini, Hübner i… dostałem się.

Bez grania na fortepianie.

To właśnie budowało we mnie wiarę w sprawczość. Katarzyna i ja nie chcieliśmy niczego nikomu zawdzięczać, nie mieliśmy więc oczekiwań, jednak właśnie wtedy Szczepański tworzył telewizję, kupił najlepszy sprzęt na świecie, najnowocześniejsze studia i nagle, dzięki temu że nasza piosenka wygrała festiwal, zrobiłem dla telewizji program, pisałem muzykę do wierszy Gałczyńskiego, Wyspiańskiego i Leśmiana. Nabierałem pewności siebie. Myślałem, że skoro udało się w Polsce, dlaczego miałoby się nie udać gdzie indziej.

Nie bałeś się?

Może tylko zazdrości i złych słów, bo pod koniec lat siedemdziesiątych w Polsce zaczął się już kryzys, nie było pieniędzy na żadną produkcję, a ja nagle zarabiałem dużo więcej niż inni. Wokół mnie zostali tylko bliscy przyjaciele. Kiedy zostaliśmy z rodziną w Paryżu, musiałem zejść z piedestału wolnego człowieka, którego stać na wszystko i zacząć liczyć dosłownie każdy grosz. Nawet w najgorszych czasach nie miałem takiego stresu, myśląc, czy wystarczy na jedzenie dla Klary i dla mojej żony. Spisywałem na kartce wszystkie czynności, jakie muszę podjąć każdego kolejnego dnia, żeby nie popaść w depresję. Ale przetrwaliśmy. Cały rok wygrywałem na fortepianie rytmy dla uczniów szkoły baletowej. Dzięki temu przeżyliśmy. I nagle wszystko się zmieniło, bo poznałem Chrisa Blackwella, twórcę Island Records.

Przyszedł do szkoły baletowej?

Nie. W Polsce wybuchł stan wojenny, a ktoś z paryskich Polaków wiedział, że skomponowałem tuż przed wyjazdem sygnał, jingiel na konkurs „Solidarności”. Wysłałem demówkę i wygrałem. Przysłali mi bilet do Polski, żebyśmy mogli to nagrać. Bilet był na 13 grudnia ‘81. Ktoś to opowiedział dziennikarzowi z prestiżowego pisma „Le Monde de la Musique”. Dotarli do mnie. Spytali, co robiłem w Polsce, czy mam jakieś nagrania, a ja miałem tylko jedną kasetę, bo włamali nam się do mieszkania w Paryżu, skradli Kaśce całą biżuterię i nasz jedyny magnetofon. Wszystko. Została mi w kieszeni kurtki ostatnia kaseta. Puściłem to, a oni mówią: „Sounds great!” i od razu zadzwonili do Chrisa Blackwella. Chris odebrał gdzieś w swoim domu na Bahamach i dziennikarz puścił mu nagranie przez telefon, Chris nic nie słyszał, ale rozumiał entuzjazm tego faceta i zaproponował mi spotkanie. Kilka dni potem jechałem do niego do Londynu za ostatnie pieniądze. Siedzimy tam, gadamy. Jestem ogłupiały, a Chris mówi, że chciałby podpisać kontrakt na kilka lat i pyta, ile potrzebuję pieniędzy. Ja policzyłem, ile kosztuje mieszkanie, ile jedzenie, ile zeszyty dla dziecka i szkoła. Podałem kwotę, a on milczy. Pomyślałem, że będzie źle. Nagle Chris powiedział: „Let’s double it”. Ja jeszcze nie wiedziałem, czym są prawa autorskie, czym jest kontrakt. W Polsce ministerstwo wyznaczało tabelki, ile dostaje się za minutę nagrania. Podpisałem w ciemno, ale z uczciwym facetem. Miałem napisać dwanaście piosenek rocznie, więc się zgodziłem. Miałem w szufladzie około setki gotowych kompozycji. Chris zaproponował mi, żebym przyjechał do Ameryki. Poleciałem. Okazało się, że mam pisać z Diane Keaton, a ona ma BAFTĘ, Złoty Glob i Oscara. Właśnie skończył się jej związek, czuła się zakochana i porzucona, więc wychodziły nam strasznie smutne piosenki…

Kilka lat później masz świat u stóp, czerwony dywan, nagrodę za najlepszą muzykę i to za film o Stalinie, który wysłał twoich rodziców na zsyłkę.

Rzeczywiście jest w tym jakaś symbolika. Kiedy kręciliśmy ten film, otworzyli przed nami Kreml. Kręciliśmy w autentycznych miejscach, gdzie działy się wszystkie straszne sprawy. Znałem Rosję wcześniej, graliśmy tam koncerty trzy miesiące w środku zimy, a ja byłem kierownikiem muzycznym. Patrzyłem na ten kraj z przerażeniem.

Co o sobie samym myślisz dzisiaj? Kiedy poznajesz kogoś, kto Cię zupełnie nie zna i musisz się przedstawić, co o sobie mówisz?

Że jestem muzycznym, artystycznym rzemieślnikiem z wyższej półki. Czasami bywam artystą, ale to czasami, kiedy olśnienie przychodzi do mnie na chwilę. Następnego dnia już mija. Takie rzeczy się dzieją. Piszesz i nagle się okazuje, że masz hit.

Jak „Śpiewać każdy może”…

Na przykład. To zdarzyło się już prawie pół wieku temu i wciąż ludzie tę piosenkę znają, wciąż pęcznieje i pęcznieje. Ale jaka w tym moja zasługa?

Co w takim razie jest sukcesem w Twojej branży?

Nagrody można uznać na sukces. Zwycięstwa w konkursach. Wysokie pozycje na listach przebojów. Jeśli robisz to, co lubisz i najlepiej, jak umiesz, to tylko prowokujesz sytuacje, które mogą doprowadzić do sukcesu, ale nad nimi nie panujesz. Bierzesz udział we wspólnym dziele, jakim jest film. Często wspaniała muzyka do kiepskiego filmu może przejść niezauważona i ma małe szanse na sukces, a przeciętna muzyka do dobrego filmu jest w lepszej pozycji do otrzymania nagrody czy wyróżnienia.


Słuchasz swojej muzyki?

Poza sytuacjami, w których oglądam film, nie słucham. Zawsze słucham tego, co jest związane z moim następnym projektem. Nie należę do tych kompozytorów, którzy piszą czystą muzykę dla samej muzyki. Są tacy, podziwiam ich, ale moja droga jest inna. W muzyce emocje dla mnie wiążą się także z tym, co widzę. Może dlatego tak dobrze mi się widzie z filmem? W czasie pisania istotne są dla mnie obrazy. Wyobrażam je sobie i one stanowią dla muzyki punkt odniesienia. Czasami, podpierając muzykę obrazem, liczę na wyobraźnię ludzi, którym ufam. W głowie mam muzykę zespoloną z obrazem, z opowieścią. Pracuję teraz w ten sposób nad „Transformacjami”. Utwór mówi o relacjach między człowiekiem i naturą. Jeśli piszesz balet, muzyka czasami jest pierwsza, a libretto jest wtórne. Fascynuje mnie to, bo to odwrócenie procesu, z jakim mam do czynienia w przypadku filmu, kiedy dostaję obraz i tworzę do niego muzykę. Teraz do muzyki, która już istnieje, tworzę obrazy.

Czyli zostało Ci jeszcze trochę, żebyś napisał mszę.

A tu mnie zaskoczyłeś! Ale jaki miałbym widzieć obraz?

W sumie to wielka muzyczna tradycja.

Ale msza to jest czysta forma. Setki kompozytorów pisało swoją muzykę do mszy, a ja nie jestem wierzący, w związku z tym, od tego trzeba zacząć, moja muzyka nie byłaby uduchowiona. Bo muzyka wynika z tego, jaki jest twój stosunek do tematu. Byliśmy niedawno na koncercie we Fromborku, słuchaliśmy dwóch mszy, jedna z XVII, druga z XVIII wieku na mały zespół i cztery głosy. To było piękne, absolutnie piękne i czuć było w tym głęboką wiarę twórców.

Nie rozmawialiśmy w ogóle o kobietach.

To fatalnie, bo poza muzyką najbardziej we wszechświecie interesują mnie kobiety.

fot. Bartosz Maciejewski