Z Mattem Duskiem, muzykiem, wokalistą, rozmawiała Katarzyna Mazur

Co sprawiło, że od swojego zainteresowania operą i muzyką klasyczną odszedłeś w stronę jazzu?


Kiedy byłem dzieckiem, klasyczne formy były dla mnie sposobem uczenia się, jak śpiewać, ale nie były atrakcyjne, nie było czym się chwalić przed rówieśnikami. Jazz kojarzył mi się natomiast z tajemniczymi miejscami, słabo oświetlonym barem, miał magiczną atmosferę. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem Franka Sinatrę, jego głos i styl były dla mnie odzwierciedlaniem wizerunku wyrafinowanego dżentelmena. Jako nastolatek widziałem w nim fajnego, eleganckiego faceta, który miał wspaniałe życie. I zawsze miał sok jabłkowy w swoim kieliszku. (śmiech) Jak mu nie zazdrościć i nie iść jego drogą?

Co zmienił w Twoim życiu udział w konkursie dla młodych talentów?


Miałem 17 lat i przeszedłem totalną transformację – od nieśmiałego faceta stojącego w kącie, do licealnego Romeo… Wszystkie dziewczyny chciały mieć mój numer telefonu. To było zabawne! Myślałem wtedy: Nie obchodzi mnie, jaką muzykę, ale będę śpiewać do końca życia. (śmiech) Zabawne jest to, że wciąż mam ten sam numer telefonu… (śmiech)

Dziś wielu młodych artystów uważa, że ​​najlepszym sposobem na osiągnięcie sukcesu jest udział w telewizyjnym talent show. Co sądzisz o takich programach?


Prawda jest taka, że ​​telewizja wciąż jest najlepszym sposobem na zdobycie szybkiego rozgłosu, ale nie jest to najlepszy sposób na długą obecność na scenie. Hunter Thompson powiedział: „Biznes muzyczny to okrutny i płytki kanał, długi korytarz, do którego złodzieje i alfonsi uciekają, a dobrzy ludzie umierają w nim jak psy. Jest też negatywna strona.” Może to mocne słowa, ale dużo w nich prawdy. Twórcy programów talent show skupiają się na tym, żeby ich koncept osiągnął sukces, żeby widz był zachwycony i chciał więcej, a najmniej uwagi poświęcają samemu artyście. Udział w takim programie to świetny sposób na rozpoznawalność, ale niczego się nie osiągnie bez ciężkiej, katorżniczej wręcz pracy. Trzeba się, użyję w tym miejscu obrazowej formy, najeździć po mieście, nanosić własnego sprzętu na plecach, żeby stać się doświadczonym artystą. Żaden program telewizyjny nie zastąpi czasu i poświęcenia.

Dlaczego zdecydowałeś się nagrywać duety z polskimi piosenkarzami?
Co jest w nich takiego specjalnego?

Cóż, prawda jest taka, że ​​śpiewam tylko duety z ludźmi, których chce słuchać moja polska rodzina. Mają dzięki temu darmowe bilety… Żartuję! Uwielbiam dzielić scenę. Uważam, że bycie solistą obnaża mnie przed publicznością. To jak męski taniec solo. (śmiech) Wolę interakcję z innymi artystami. Lubię się od nich uczyć. Nagrywałem z Edytą Górniak, Margaret czy Rafałem Brzozowskim, gdyż z przyjemnością ich także słucham, przyglądam się im. Wszyscy są niezwykłymi artystami. Dzięki takim współpracom dostaję miejsce w pierwszym rzędzie na najlepszej imprezie w mieście. Dlaczego nie skorzystać. To o wiele lepsza opcja niż Ticketmaster! (śmiech) Na moim nowym albumie można posłuchać duetu z Sanah, bardzo utalentowaną młodą wokalistką, o której zapewne w najbliższej przyszłości usłyszy szersza publiczność. Naprawdę warto.

Telewizja wciąż jest najlepszym sposobem na zdobycie szybkiego rozgłosu, ale nie jest to najlepszy sposób na długą obecność na scenie. Udział w programie typu talent show to świetny sposób na rozpoznawalność, ale niczego się nie osiągnie bez ciężkiej, katorżniczej wręcz pracy.

Skoro wspomniałeś o swoim nowym albumie, jakimi ścieżkami chciałbyś dzięki niemu poprowadzić słuchaczy?


Mimo że tak dużo podróżuję, nadal jestem zdumiony, że 8-godzinny lot może zabrać mnie do innego świata. Chciałem, aby ten album zabierał słuchacza w podróż w czasie, wstecz, gdy na niebie prym wiodły linie lotnicze Pan-Am, a Frank Sinatra był królem. Lata sześćdziesiąte wydają mi się niebywale interesujące – rewolucja kulturalna, lot rakietą na Księżyc. Kto nie chciałby tego przeżyć osobiście? Idea JetSetJazz to zbiór piosenek z miejsc, które mnie zainspirowały. Gdzie mogę pójść? Co mogę zrobić? Wszystkie rzeczy z listy życzeń, gdy podróżujemy z jednego egzotycznego i ekscytującego miejsca do drugiego! Let’s Hop On A Plane! (tytułowy utwór) zaczyna się od liryki „Way down in Barbados” i ma odniesienia do kokosów i szampana. To moja tropikalna ucieczka. Już teraz myślę o kolejnych miejscach, które chciałbym odwiedzić i o piosenkach związanych z tymi miejscami! Kto nie lubi niezwykłych wakacji! Tylko niebo Cię ogranicza!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o