Z Kamilem Atylla Lemieszewskim, aktorem, producentem filmowym, rozmawiała Katarzyna Paskuda

Skąd wzięło się w Twojej historii aktorstwo? Bo z tego co wiem, nie z nim planowałeś związać swoją zawodową przyszłość?

I tak i nie, bo skończyłem medycynę między innymi dlatego, że nie dostałem się za pierwszym razem na filmówkę do Łodzi. Światy medycyny i filmu się u mnie przeplatały – naoglądałem się w liceum serialu Ostry dyżur i stwierdziłem, że będę takim lekarzem, jak jego bohaterowie. Ale oglądając, myślałem też o tym, że aktorstwo to coś, co chciałbym robić, co mnie cieszy i będzie leczyć innych.

Byłeś dobrym uczniem, skoro dostałeś się na medycynę.


Jednym z najlepszych i najgorszych równocześnie. Uczyłem się, jak chciałem, kiedy chciałem i czego chciałem. Nie wyglądałem jak przykładny uczeń – irokez, kolczyki na twarzy, ręcznie malowane podarte ciuchy, zdażało mi się też chodzić bez butów… Słuchałem punk rocka, heavy metalu, muzyki klasycznej, w zasadzie wszystkiego, co tylko mi się podobało, nie przywiązywałem się do żadnej konwencji. Ale nie przeszkadzało mi to być w klasie biologiczno-chemicznej, zapisywać się na różne kółka naukowe, chodzić na dodatkowe wyklady na uniwersytet. Zawsze mnie to interesowało. Uwielbiałem i uwielbiam się uczyć.

Ale teraz robisz coś zupełnie innego od tego, w jakim kierunku się kształciłeś.


Nie do końca, robię pewne rzeczy równolegle, owszem, gram w filmach, ale jestem też trenerem personalnym i pedagogiem cyrkowym, czyli zajmuję się pośrednio, a w zasadzie bezpośrednio, ludzkim ciałem.

Jak to się stało, że wyjechałeś z Polski?


Zawsze chciałem grać w filmach hollywoodzkich. Kiedy miałem 19 lat i dostałem się na medycynę, moja przyjaciółka, która już wówczas była modelką, stwierdziła, że się marnuję. Namówiła mnie, żebym ściął irokeza i spróbował swoich sił w modelingu. Tak też zrobiłem. Jeździłem autostopem do Warszawy z Łodzi i próbowałem swoich sił, chodząc po wybiegach.

Co robiłeś w Łodzi?


Tam się wychowałem. Kiedy byłem już trochę starszy, miałem jakieś 24-25 lat, prowadziłem prywatny dom kultury Stara Szwalnia – organizowałem koncerty, wystawy, promowałem malarzy, rzeźbiarzy, artystów wszelakiej maści. Współprodukowałem teledyski dla takich artystów, jak Doda, Grzegorz Turnau, Sebastian Karpiel-Bułecka.
Grałeś sam w tych teledyskach?
W wielu z nich można mnie zobaczyć. Nawet w disco polo. (śmiech)

Zawsze chciałem grać w filmach hollywoodzkich. Kiedy miałem 19 lat i dostałem się na medycynę, moja przyjaciółka, która już wówczas była modelką, stwierdziła, że się marnuję. Namówiła mnie, żebym ściął irokeza i spróbował swoich sił w modelingu. Tak też zrobiłem. Jeździłem autostopem do Warszawy z Łodzi i próbowałem swoich sił, chodząc po wybiegach.

Czyli produkowałeś te teledyski, żeby zaistnieć w świecie mediów?


(śmiech) Nie, granie to moje hobby, a zawodowo, jeśli chodzi o świat filmu, zawsze czułem się bardziej producentem. Aktorstwo wyszło mi przez przypadek, ponieważ moja praca to moje hobby.

Sztuka cyrkowa też wyszła przypadkiem?


Trochę tak. Przeciążyłem organizm i miałem problemy ze sprawnością ruchową. Postanowiłem znaleźć sposób na to, żeby postawić się na nogi samodzielnie. Zacząłem ćwiczyć żonglerkę i ciało wróciło do normy. Wtedy przekonałam się, że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. A że wypadków w życiu miałem sporo, bo byłem też kaskaderem, to jestem przekonany, że przy odpowiedniej determinacji można przywrócić swoje ciało do doskonałej formy po różnych urazach.

Pracę kaskadera, jak rozumiem uprawiałeś amatorsko?


Nie, skończyłem równolegle z Uniwersytetem Medycznym szkołę dla kaskaderów u Dziunka. (śmiech)

Udawało Ci się to godzić?

Tak, w „międzyczasie” zrobiłem jeszcze trzy lata antropologii kultury i uczestniczyłem w zajęciach w szkole aktorskiej.

Miałeś ogromny apetyt na wiedzę.


Dalej mam. Teraz moim konikiem są historia średniowiecza i religioznawstwo.

Widzisz gdzieś w swoim życiu miejsce na założenie rodziny, czy jesteś tak skupiony na rozwoju osobistym, że nie ma na nią miejsca?


Oczywiście, że myślę, ale to nie znaczy, że sam nie będę się rozwijał. Będę, przy okazji inspirując i motywując dzieci. (śmiech)

I myślisz, że znajdziesz czas na bliskich przy takiej liczbie zajęć? Mam wrażenie, że doby by mi nie wystarczyło na zrobienie tego wszystkiego, co Ty robisz w ciągu dnia.


Wyznaję zasadę, że czas jest wymysłem i można go naginać i przeginać, wydłużać i skracać. Ważne są priorytety. Można robić kilka rzeczy równolegle, ktoś za ciebie może coś robić, jeśli umiesz oddelegowywać obowiązki. Wszystko jest kwestią organizacji.

Skąd się wziął Hollywood w Twoim życiu, poza tym, że o nim marzyłeś?


Skończył mi się w Polsce kontrakt i z ówczesną narzeczoną stwierdziliśmy, że ponieważ ona obroniła dyplom na uczelni, a ja nie miałem akurat zawodowych zobowiązań w Polsce, mogliśmy wyjechać. Sprzedałem dom, zamknąłem firmy i z jedną walizką wyjechaliśmy do Londynu. Pierwsze miesiące były trudne, pracowałem jako barman i żonglowałem na ulicach.

Żałowałeś, że wyjechaliście z kraju?


Nie było dnia, żebym nie myślał o tym, że to był błąd. Ale z perspektywy czasu widzę, że to się opłacało. Moim założeniem było, że w ciągu pięciu lat od wyjazdu zagram w przynajmniej jednej produkcji. Udało się już w drugim roku – zagrałem z Danielem Craigiem w reklamie Heinekena.

Jak do tego doszło? Byłeś w dobrej agencji, czy to przypadek?

Pracowałem jako stylista w luksusowym sklepie z garniturami. W przerwach w pracy biegałem na kastingi. Żadna agencja nie chciała mnie reprezentować, musiałem o siebie zawalczyć sam. Spodobałem się reżyserowi reklamy. To była rola kaskadersko-aktorska, ale opłacało się ryzykować życiem. (śmiech)

Miałeś nadzieję, że po tej przygodzie Twoja kariera nabierze tempa?


Pewnie, że się łudziłem. To było w 2013 r. 5 lat temu. To mi dało więcej wiary w siebie. Przekonało mnie też, że świat filmu na najwyższym poziomie jest mocno hermetyczny i trzeba się mocno postarać, bardziej niż ci, którzy mają znanych rodziców i uznanych przyjaciół, żeby się w nim przebić. Między innymi dlatego zdecydowałem, że będę produkował filmy. Wszystko jest realne – nawet to, co jest nieprawdopodobne, jeśli się postarasz, to jest w zasięgu twoich rąk. Jestem wizjonerem, marzycielem-realistą. W ciągu ostatnich dwóch lat zrealizowałem sześć krótkich form filmowych, dwie z nich wygrały na świecie liczne nagrody. Gdybym nie wierzył w siebie, pewnie bym tego nie osiągnął.

Mieszkasz poza Polską od pięciu lat. Czujesz się spełniony, czy masz poczucie straty czasu?


Jest lepiej niż planowałem. Właśnie dostałem kontrakt z Warner Bros, gdzie będziemy pracowali z moim wspólnikiem przy produkcji dużego filmu hollywoodzkiego, w listopadzie będę miał dwie premiery swoich, mogę to tak nazwać, debiutów aktorskich.

Czyli wielki sukces


Nie, wielki sukces będzie, kiedy moje filmy będą nagradzane i będą nominowane do Oskarów. Ale bez wątpienia sukcesem jest to, że moja praca inspiruje i motywuje innych.

Czyli spełniasz po trochu swój amerykański sen?


Nie mam amerykańskiego snu, mam polski sen. Nie interesuje mnie blichtr, interesuje mnie działanie, napędzanie ludzi do tworzenia i spełnianie siebie.

Znalazłeś się na liście kandydatów do roli Jamesa Bonda. Dlaczego? Jest tylu fantastycznych aktorów…


Nie mam pojęcia, (śmiech) ale to fascynujące, że wzięli mnie pod rozwagę. Miło jest być zauważonym.

Grasz, produkujesz, reżyserujesz, czasem stylizujesz, piszesz też scenariusze?


Też. Piszę także książki. Teraz marzy mi się publikacja o tematyce mi aktualnie najbliższej – historyczno- antropologicznej – “Słowiańskie mity i legendy”.

Co uważasz za swój największy sukces?


To, że mogę pracować z najlepszymi i że mogę inspirować innych. To jest cudowne. I to, że pokonałem astmę i biegam ultramaratony. (śmiech)

Wielki sukces będzie, kiedy moje filmy będą nagradzane i będą nominowane do Oskarów. Ale bez wątpienia sukcesem jest to, że moja praca inspiruje i motywuje innych.

Moją uwagę zwróciło Twoje artystyczne demo. Bardzo dbasz o swój wizerunek i potrafisz się sprzedać.


Pracuję w takiej branży, w której bez tej umiejętności nie ma szans na krok do przodu. To demo to cały mój dorobek aktorski, piguła, w której chcę pokazać, najlepiej jak potrafię, co dotychczas zrobiłem. Ciężko było wybrać odpowiednie fragmenty, bo każdy lubi co innego…

Teraz przyjechałeś do Polski, bo?


Prowadzę akcję charytatywną dla dzieci z domów dziecka w Bieszczadach i Łodzi pod hasłem “Tona to za mało!”. Zbieramy zabawki i ubrania dla dzieciaków w Polsce, a dla polonii w UK książki do edukacji po polsku. Mamy niewielu sponsorów, partnerów, ale dzięki nim i ciężkiej pracy udaje nam się uszczęśliwiać najmłodszych. I o to chodziło. Zawodowo natomiast zagrałem w teledysku Sławka Uniatowskiego.

O Twoim życiu zawodowym wiem już wiele, o prywatnym praktycznie nic. Masz za sobą rozwód jeszcze tu w Polsce, do Stanów wyjeżdżałeś z narzeczoną. Jak się potoczyły losy Waszego związku?


Rozstaliśmy się niestety. Londyn zmienia ludzi. Mimo że kochaliśmy się bardzo, to inaczej postrzegaliśmy przyszłość. Poza tym życie ze mną jest trudne. Wytrzyma tylko silna kobieta, taka, która będzie potrafiła mnie zaakceptować i ujarzmić jednocześnie, bo jestem dość dziki. Mam to szczęście, że na taką trafiłem. Mam nadzieję, że wytrzyma … (śmiech)

Polka?


Tak. Ale nic więcej nie powiem. (śmiech)

Jesteś kochliwy?


Nie. Jak kocham, to na zabój. Do kobiecych wdzięków jestem przyzwyczajony z racji zawodu, ciało ludzkie nie jest mi obce z racji wykształcenia, sama uroda to za mało, żeby mnie zainteresować. Kobieta musi nadawać na tych samych falach, co ja, musi być też inteligentna, dowcipna, uśmiechnięta i piękna. Kiedy, pozwól, że użyję przenośni, spotykam takie Lamborghini, to mój gaźnik zaczyna działać. (śmiech) Nawet najpiękniejsza kobieta, ale mająca pusto w głowie, nie da zapłonu.

Jakie kobiety mają zatem u Ciebie szanse?


Aktualnie – tylko jedna…

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o