Z Anną Kalczyńską, dziennikarką, rozmawiała Katarzyna Mazur

Ma Pani jako dziennikarz, osoba publiczna, poczucie odpowiedzialności za wypowiadane słowa, wygłaszane opinie? Mam wrażenie, że osobom funkcjonującym w przestrzeni publicznej, w tak zwanym lifestylu, brak czasem świadomości, jak bardzo duże znaczenie dla odbiorców, widzów, ma to, co oni mówią, jak komentują naszą rzeczywistość, codzienność.

Pytanie, jak definiujemy dzisiejszy lifestyle i rolę osoby publicznej. Jako dziennikarka newsowa jestem odpowiedzialna za każdą pauzę i intonację, która może zmienić interpretację przekazywanej informacji. Lifestyle powinien więcej wybaczać. Tu jest przestrzeń na poczucie humoru, albo osobiste poglądy, choć oczywiście nie wolno przekraczać granic zdrowego rozsądku, czy wrażliwości odbiorcy. Empatia sprawdza się w każdym wypadku. Mam natomiast wrażenie, że żyjemy w czasach, kiedy pod sztandarem fałszywie pojmowanej poprawności łatwo wyprowadzić ciosy. I to jest paradoks, bo gdy w świecie polityki zalewa nas hejt, wulgaryzmy, czy zwykłe chamstwo, z którym tak trudno walczyć dziennikarzom newsowym – w lifestyle’u nie wolno zaryzykować jednej kontrowersyjnej tezy. Łatwo się narazić tym, którzy a priori zarzucają nam złe intencje. To blokuje dyskusję, poczucie dystansu. Po prostu psuje naszą przestrzeń publiczną. Udusimy się kiedyś.

Jest Pani mamą trójki dzieci – trochę się Pani musiała o nie postarać, nie przyszły łatwo. Czy kiedy dziś myśli Pani o tym, że jednak się udało, i to tak licznie, ma Pani poczucie cudu, czy raczej wychodzi Pani z założenia, że widać tak miało być?


Moje dzieci to moje trzy cuda, każde inne i każde wyjątkowe. Nie nazwałabym jednak ich poczęcia cudem. Kiedy poznaliśmy się z mężem, bardzo szybko chcieliśmy mieć dzieci, byliśmy pewnie trochę niecierpliwi, bo ja właśnie skończyłam 30 lat. Czekaliśmy trochę, ale pierwsza ciąża z synkiem 2 lata od ślubu to jeszcze nie jest kategoria cudu. A dziewczynki? Jedna po drugiej? Tak bywa. (śmiech) Wspaniale, że tak się wszystko poukładało.

Przy trójce dzieci nie może być mowy o cukierkowym macierzyństwie pełnym radosnych chwil, pozbawionym trosk i nieprzespanych nocy. Co z perspektywy czasu – dzieci wyszły już z pieluch, poradziłaby Pani młodym matkom licznej i nie do końca zaplanowanej gromadki osesków – jak przetrwać te najtrudniejsze chwile?


Trzeba się wspierać. Dużo rozmawiać. Nie przeżywać smutku i zmęczenia, które pojawiają się u każdego – samotnie. Dobrze mieć fajnego partnera czy męża, który to widzi i rozumie, najfajniej, jeśli pomaga, albo przynajmniej rozśmiesza. A jeśli nie – trzeba mieć u boku siostrę, przyjaciółkę, mamę, kogoś bliskiego. Nie ma się co oszukiwać, dzieci wysysają naszą energię, trzeba im poświęcić dużo czasu i dużo własnego snu. Trzeba mieć zmiennika i nie zatracić się w tym macierzyństwie. Inaczej wszyscy będą przegrani – kobieta, mężczyzna, dziecko. To jest konieczny, zdrowy egoizm.

Gdy w świecie polityki zalewa nas hejt, wulgaryzmy czy zwykłe chamstwo, z którym tak trudno walczyć dziennikarzom newsowym – w lifestyle’u nie wolno zaryzykować jednej kontrowersyjnej tezy. Łatwo się narazić tym, którzy a priori zarzucają nam złe intencje. To blokuje dyskusję, poczucie dystansu. Po prostu psuje naszą przestrzeń publiczną. 
Udusimy się kiedyś.   

Uprawia Pani wolny zawód nie obligujący z jednej strony do pracy 8 godzin od 8.00 do 16.00, z drugiej taki, który nie ma ram czasowych, pracuje się w zasadzie całą dobą i całym sobą. Jak Pani to godzi ze swoim życiem domowym?


Ja po prostu kocham to, co robię. Uwielbiam zmienność tematów, ciekawych gości, pracę z kamerą. Poza studiem faktycznie moja praca zmienia charakter, ale nie kończy się bycie osobą publiczną. Bywa ciężko, czasami obowiązki domowe i zawodowe czy PRowe nakładają się, i marzę wtedy o zdolności do bilokacji. Czasami mam słabszy dzień i przejmuję się nieprzychylnym komentarzem. Dlatego jestem wdzięczna losowi, że mam rodzinę, do której uciekam, męża, któremu się zwierzam z problemów i dzieci, w które się wtulam wieczorem. Czasami się zastanawiam, kto komu daje więcej – ja mojej rodzinie, czy moja rodzina mnie.

Obydwoje z mężem pracujecie w mediach, to pozwala łatwiej zrozumieć wzajemne zawodowe troski?


Oczywiście. Oboje rozumiemy specyfikę swoich zawodów, to pomaga w naszych rozmowach, ale staramy się, żeby praca nie przenikała do domu.

Rozpoczynając swoją przygodę z Dzień Dobry TVN obawiała się Pani bezpośredniej krytyki widzów? Prowadzenie programu na żywo to chyba jedno z największych wyzwań dla dziennikarza – tu nie mam miejsca na poprawki, nie da się wymazać słów, które padły.


Program na żywo to ogromna frajda ale też, powiedzmy szczerze, odpowiedzialność. Szczególnie takie audytorium jak w programie „Dzień Dobry TVN” to wielkie wyzwanie. Podjęłam je z radością i dziś czuję, że jestem w dobrym miejscu. Jestem sobą, myślę, że widzowie też to czują.

Format w którym Pani pracuje wymaga współpracy z partnerem na wizji, nie ma miejsca na indywidualne „gwiazdorzenie”. Przychodzi Pani łatwo porozumiewanie się ze współprowadzącym, domawianie szczegółów przed wejściem na wizję, czy jednak czasem iskrzy i różne koncepcje przeszkadzają w prowadzeniu programu?


Z moim partnerem (Andrzej Sołtysik) dogadujemy się świetnie, ale bywają „momenty” (śmiech). To nieuniknione, jesteśmy przecież różni, mamy różne podejście do wielu kwestii, różne poczucie humoru, jak w małżeństwie. W moim odczuciu – jest to atut, możemy wzajemnie „ściągać się na ziemię”, uzupełniać i kontrować. Tak powinna działać każda para prowadzących.

Zmieniła Pani diametralnie zawodową tematykę, przechodząc z serwisów informacyjnych do telewizji śniadaniowej. Nie miała Pani początkowo poczucia poruszania tematów błahych?


Program „Dzień Dobry TVN” jest szalenie różnorodny. Mamy tematy poradnikowe, mamy dyskusje publicystyczne, ematy ważne społecznie. Oczywiście, że jedne tematy są mi bliższe, inne są wyzwaniem, ale w każdej rozmowie trzeba się odnaleźć. Ja nie mam z tym problemu. Przed telewizorem zawsze siedzi ktoś, kogo dany temat interesuje i to w jego czy jej imieniu zadaję pytania.

Trudno mi sobie wyobrazić, że na każdy poruszanych podczas rozmów tematów ma Pani gruntowną wiedzę. Jak przygotowuje się Pani do rozmów?


12 -13 tematów czy rozmów dziennie – to nie jest łatwe. Na szczęście mamy po swojej stronie wydawców, dziennikarzy, którzy przygotowują wyczerpującą dokumentację, materiały i artykuły pomocnicze. Praca nad programem rozpoczyna się dzień wcześniej, podczas kolegium. Omawiamy każdy temat, potem w domu czytamy, oglądamy materiały filmowe, przygotowujemy tzw. „background”. Wyposażeni w wiedzę jesteśmy w stanie podejść do rozmowy dobrze przygotowani.
Ale i tak goście potrafią nas zaskoczyć!

Czy jeśli po drugiej stronie, w swoim rozmówcy, widzi Pani człowieka zestresowanego, niepewnego swojej roli w programie, potrafi go Pani wesprzeć? Słowem, gestem? Taka chyba powinna być rola gospodarza programu – nie obnażanie słabości, a podkreślanie atutów?


Zawsze, jeśli jest na to czas, podchodzę do moich gości w kulisach, żeby sprawdzić w jakiej są dyspozycji, czy są zdenerwowani, czy rozluźnieni. Powtarzam im, że kamery tylko nas podglądają – najważniejsze, żeby skupić się na rozmowie. Kiedy gość nie odnajduje  się w tej formule, a to się zdarza, staramy się z Andrzejem „przejąć pałeczkę” , skierować pytania do innego gościa. To nie komisja śledcza, to miłe i ciekawe spotkanie. Okazja do poruszenia ważnego tematu, który ciekawi naszych widzów.

​fot. TVN/Ola Szewczul

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o