niedziela, 17 stycznia 2021
Wywiady Amerykanin w Warszawie

Amerykanin w Warszawie

Major Rocco Spencer to postać absolutnie niezwykła, zarażająca energią. Ponad dwadzieścia lat służył w armii Stanów Zjednoczonych, potem przyjechał do Polski, bo to miejsce, gdzie może zrobić wiele dobrych rzeczy. Dziś szkoli… liderów biznesu, bo cechy przywódcy na każdym polu walki są takie same. Andrzejowi Braiterowi opowiada, od ilu pokoleń ma walkę we krwi, wyjaśnia, dlaczego kopał okopy razem ze swoimi podwładnymi oraz zaprasza na szkolenia bojowe i do nauki polskiej historii.

- reklama -

Czy amerykański żołnierz kiedykolwiek przechodzi na emeryturę?
Formalnie rzecz biorąc, oczywiście tak, ale do 60. roku życia możesz być wykorzystywany jako rezerwista. Potem to już zależnie od twojej woli. Ja nigdy nie przeszedłem na emeryturę. Jestem żołnierzem na całe życie i zgłosiłbym się na wezwanie w każdych okolicznościach.

Panie Majorze, co musiał Pan poświęcić, by zostać dobrym żołnierzem w Armii Stanów Zjednoczonych?
Nie poświęciłem więcej niż każdy inny żołnierz. Najgorsze było oddalenie od domu i rodziny. Pobyt w miejscach, które niezbyt lubiłem, kiepski sen, rzadko jedzone ciepłe posiłki i kłopoty z pewnymi częściami ciała.

Czy miejsce, w którym się Pan urodził i wychował, bardzo się różni od Polski?
Tak. W wielu wymiarach Ameryka jest i była zawsze krajem, który bardzo trudno zrozumieć, jeśli się tam nie mieszkało. Jesteśmy bardzo skomplikowanym narodem, który często nie ma ochoty podporządkowywać się oczekiwaniom międzynarodowej społeczności. Krajobraz jest właściwie taki sam, często równie piękny, choć nie zawsze. Chicago jest bardzo polskie. Swoje dzieciństwo spędziłem w polskiej dzielnicy. Było cudownie. Moi rodzice byli zwykłymi, ciężko pracującymi Amerykanami. Wychowali mnie w szacunku do ludzi oraz tradycji, jednak przede wszystkim czułem się Amerykaninem. Nigdy nikt mnie nie zachęcał, by się uczyć nowego języka, z tego choćby względu, że trudno było sobie wyobrazić, że tu kiedykolwiek zamieszkam. Trochę szkoda. O wiele łatwiej jest się uczyć obcych języków, kiedy się jest dzieckiem.

Czy jako mieszkający w Warszawie Amerykanin widzi Pan jakieś różnice w zachowaniu czy spojrzeniu na świat między Polakami i Amerykanami? Czy łatwo jest się nam porozumieć?
Kiedy tu przyjechałem, był rok 2001. Miałem 43 lata, a więc wiedziałem znacznie więcej, niż kiedy byłem dzieckiem. Znałem przede wszystkim polską historię. Wcześniej spędziłem 21 lat w Armii USA i miałem też pewną wiedzę, którą wyniosłem z tamtych lat. Wiedziałem o potwornościach komunizmu i to, jak wpłynął na losy narodu. Kiedy tu przyjechałem, mogłem wszystko zobaczyć na własne oczy. Mnóstwo smutnych, szarych ludzi, którzy na widok obcych ani się nie uśmiechali, ani też nie za bardzo chcieli się do nich odzywać. Na przykład kiedy byłem dzieckiem, rodzice zawsze mnie napominali, bym każdemu, kogo spotkam, mówił „Dzień dobry”. Tu, kiedy tak robiłem, bardzo często ludzie dziwnie na mnie patrzyli i sprawiali wrażenie, jakby chcieli jak najszybciej uciec. W sklepach w ogóle nie istniało coś, co powszechnie się nazywa obsługą klienta. Zamieszkałem w małej wiosce i przez to też pewnie miałem złą perspektywę, ponieważ ludzie uważali, że jestem od nich o wiele zamożniejszy, a więc dla nich było czymś oczywistym, że mogą mnie o wszystko prosić. Wtedy też odkryłem, że istnieje coś takiego, jak cena polska i cena amerykańska. Odkryłem, że kiedy płacę moim pracownikom tak, jak oni na to zasługują i staram się ich dobrze traktować, wszystkim tym, którzy zatrudniali ludzi z tego samego środowiska, nie bardzo się to podobało. Mój ojciec wychował mnie w taki sposób, by płacić każdemu tyle, ile jest wart. Jeśli cenię czyjąś pracę, powinienem za nią uczciwie zapłacić, choć oczywiście dbać o to, by nie dać się oszukać. Wielu nie chciało zauważyć, że miałem na nazwisko Rocco, a nie Rockefeller. Wkrótce jednak wiele zrozumiałem, dzięki temu zawiązałem wiele przyjaźni oraz zwykłych, opartych na zaufaniu relacji. Zatem wyszło i tak dobrze. Gdy chodzi o politykę, sądzę, że jest to sfera, od której udaje mi się doskonale trzymać z daleka. Politycy wszyscy mają swoje ścieżki i tyle, że tak to ujmę.

Jak to się stało, że wstąpił Pan do wojska i został zawodowym żołnierzem? Czy za tym stał impuls chłopaka o romantycznym spojrzeniu na świat, czy może przemyślana decyzja podjęta osobiście przez Pana, względnie za namową rodziców, a może pod państwowym przymusem?
Pierwsza rodzina, która przybyła do Stanów Zjednoczonych, służyła Anglikom, a my jesteśmy Szkotami. Jak się zdaje, po powstaniu w 1745 roku angielski król miał nas dość. Byliśmy buntownikami, a więc stanowiliśmy problem. W tej sytuacji uznał on, że zamiast nas wszystkich powywieszać, bardziej opłacalne będzie nas sprzedać, no i zaczął działać. Moja rodzina w tamtym czasie nosiła nazwisko MacDuff. Kiedy i jak ono uległo zmianie, trudno powiedzieć. Rodzinna przypowieść głosi, że kiedy zostali ostatecznie wyswobodzeni, ojciec i jego starszy syn potrzebowali dobrego angielskiego nazwiska i tak pojawił się Spencer. Założyli rodzinę, osiedlili się w Ameryce i w ten sposób nie wolno im już było wrócić do Szkocji. W latach 50. XVIII w. w Ameryce szalała wojna między Francuzami i Indianami, tak zwana wojna siedmioletnia. Moja rodzina ruszyła do walki. Mężczyźni wstąpili do rangersów Rogersa, walcząc zarówno przeciwko Francuzom, jak i Indianom, a praktycznie pozostając po stronie Anglików. Szkoci mają wojowanie we krwi, a zatem zawód żołnierza to był naturalny wybór. Po zakończeniu wojny powrócili do wcześniejszych zajęć, czyli polowań i uprawiania ziemi. Kiedy nadeszła tak zwana amerykańska rewolucja, przyszło im znów walczyć. Szeregowiec William Spencer wstąpił do Pierwszego Kontynentalnego Oddziału Piechoty i oczywiście wyruszył na wojnę. O ile wiem, walczył w Valley Forge. Wciąż przechowujemy jego muszkiet, bagnet i róg na proch. Pamiątki te są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ja sam otrzymałem muszkiet, bagnet oraz róg od brata mojego ojca, Ambrożego Spencera, który swoją drogą jako żołnierz 101 Dywizji Powietrznej brał udział w lądowaniu w Normandii w 1944 roku. Owe pamiątki przekazałem Liamowi Spencerowi, mojemu bratankowi, a on, gdy przyjdzie czas, przekaże je dalej. Moja rodzina brała udział we wszystkich amerykańskich konfliktach, jakie miały miejsce od tamtych czasów. W odróżnieniu ode mnie nie wszyscy byli żołnierzowi zawodowymi, ale i tak się zgłaszali, tak jak siedmiu braci Spencer podczas II wojny światowej. Wciąż mamy list, jaki prezydent Roosevelt wysłał mojej babci za jej oddanie. To tradycja, którą moja rodzina się szczyci.

Jak długo trzeba się szkolić, zanim rozpocznie się karierę zawodowego żołnierza? Kiedy Pan uznał, że jest już gotowy, by bronić swojego kraju? A może to była decyzja Pańskich przełożonych?
Gdy chodzi o mnie, najpierw podjąłem podstawowe szkolenie, które trwało dziewięć tygodni, potem przyszło szkolenie zaawansowane, również 9-tygodniowe. Po ukończeniu szkoleń rozpocząłem studia lotnicze. Po studiach, w 1978 roku zostałem mianowany oficerem w oddziale piechoty, a po pewnym czasie wysłany na podstawowy trening oficerski. W Armii Stanów Zjednoczonych szkolenia wojskowe są traktowane nadzwyczaj poważnie. Wciąż jesteśmy wysyłani do kolejnych szkół, by poprawić swoje umiejętności i zdobyć nową wiedzę. Również gdy chodzi o sferę ściśle cywilną. Zostałem wychowany w taki sposób, by być zawsze gotowym do obrony wolności tam, gdzie jest ona zagrożona, a zatem nie potrzebowałem tu jakiejkolwiek presji. Nie bez powodu mówi się, że aby odnieść zwycięstwo, zło nie potrzebuje nic więcej jak bezczynność dobrego człowieka. Wspominałem już o tym, że kiedy dorastałem, miałem szczęście spotkać w życiu wielu Polaków, ludzi, którzy byli zmuszeni do tego, by opuścić swoją ojczyznę, czy to z powodu raka komunizmu, czy nazizmu. Słuchałem ich historii i świetnie rozumiałem, co oni musieli po sobie zostawić, w wielu wypadkach już na zawsze. Potrafię sobie świetnie wyobrazić, co czuła moja rodzina w XVIII w. i jak bardzo pragnęła, by ich los nie dotknął również moich dzieci i mojej rodziny. Nie chciałbym też dożyć czasów, w których tego rodzaju nieszczęście spadnie na Polskę czy Amerykę.

Czy do Polski przybył Pan z powodu jakichś specyficznych poglądów, czy może powodem była kobieta? Co stało za decyzją przeniesienia się do Polski, było nie było kraju, o którym w czasach studiów w Akademii Wojskowej, w dobie zimnej wojny słyszał Pan, że to kraj Ameryce potencjalnie wrogi? To przecież wtedy uczył się Pan sztuki walki.
Moja była żona jest Polką, jej rodzice wyjechali z Polski podczas II wojny światowej. Zawsze chciała wrócić do Polski i zobaczyć ją na nowo. Pojechaliśmy razem, a ja się w Polsce natychmiast zakochałem. No i jestem tu dzisiaj. Nigdy nie traktowałem Polaków jako wroga. Moim wrogiem była komunistyczna władza. Nie miałem żadnych trudności z wyborem tego miejsca. Od początku widziałem w Polsce miejsce, w którym człowiek posiadający określony plan jest w stanie zrobić dużo dobrych rzeczy. Oczywiście, gdyby prześledzić moją historię, to obfitowała ona i w sukcesy, i w porażki, ale nigdy w życiu nie zdarzyło mi się, bym chciał się poddać. Dziś jest mi bardzo dobrze i jestem naprawdę szczęśliwy, że tu mieszkam.

Czy szkolenie żołnierzy piechoty morskiej jest rzeczywiście tak trudne, jak się niekiedy słyszy? Podobno większość rekrutów nie wytrzymuje ciężaru szkolenia, a swoją rezygnację musi ogłaszać publicznie na placu koszarowym. Jaką jakość musi prezentować taki wojownik?
Nie jestem żołnierzem morskiej piechoty, więc nie bardzo się orientuję. Natomiast szkolenie żołnierzy piechoty jest zawsze bardzo ciężkie i wymaga wiele poświęcenia. Człowiek decydujący się na tego typu karierę musi potrafić zrezygnować ze zwykłych życiowych przyjemności, prowadzić proste życie i być gotowy na ciężką walkę. Główną cechą żołnierza piechoty jest wytrwałość, ten rodzaj świadomości, który realizuje się w zasadzie: możesz mnie zabić, ale nie zmusisz mnie do tego, bym się poddał.

Jest Pan wspaniałym motywacyjnym mówcą, pracował Pan dla wielu amerykańskich oraz międzynarodowych firm. Jaki jest Pański sekret tak fantastycznego motywowania tylu osób? Czy może chodzi o to, że w amerykańskim wojsku, tak jak w każdym innym, wystarczy rozkaz?
Rozkazy nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia. W swojej książce wspominam przeróżne nauki, jakie otrzymałem od swojego ojca. Najważniejszą z nich było: nikt ci nie przyczepi tabliczki z napisem „szacunek” do ramienia. Możesz go zdobyć tylko w bezpośredniej relacji z drugim człowiekiem i to jest jedyny sposób, by zachęcić drugą osobę, by za tobą podążała. W mojej książce wiele miejsca poświęciłem tematowi odpowiedzialnego przywództwa. Podczas II wojny światowej ojciec pełnił służbę jako bosman, czyli morski odpowiednik sierżanta. Na początku pracował jako nurek, następnie działał w tak zwanych Podwodnych Oddziałach Rozbrojeniowych (UDT), które były prekursorem powszechnie znanych US Navy SEALs, czyli Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, wziął udział w kilkunastu lądowaniach na Pacyfiku, a tego, czym jest wojna i na czym polega przywództwo, dowiedział się od najlepszych nauczycieli, działających w najtrudniejszych czasach. Wydawanie rozkazów ludziom, którzy cię nie szanują, nie sprawi, że zaczną cię szanować. Pierwszą rzeczą, jakiej musiałem się nauczyć, było to, by być zwykłym żołnierzem, w taki sposób, by potrafić wykonywać wszystkie te rzeczy, które wykonywać potrafią oni, z tym że do tego dodałem jeszcze to, czego sam się nauczyłem podczas szkoleń. W ten sposób wziąłem na swoje barki moją część owej misji. Zawsze bardzo pilnowałem, by przechodzić wszystkie testy, które przechodzić musieli moi żołnierze, zdałem egzamin z obsługi każdego rodzaju broni, zdawałem wszystkie testy sprawnościowe, dopóki mogłem, na poziomie wyznaczonym dla najmłodszych wiekiem żołnierzy, jadłem to, co jedli oni, kopałem swoje własne okopy i tak dalej. Jeśli ludzie, którymi dowodzisz, to wszystko widzą, naturalnie na to reagują. Moi żołnierze zawsze wiedzieli, że ich nigdy nie opuszczę i że ich potrzeby będę traktował jako priorytet. To mi pozwoliło zawsze dowodzić jednostkami najwyższej klasy. Ktoś mnie kiedyś spytał, jak to robię, a ja odpowiedziałem, że zwyczajnie: dbam o żołnierzy, a oni dbają o mnie – bardzo proste. Traktowałem ich jak ludzi, ubranych jednakowo na zielono, bez jakichkolwiek uprzedzeń, ludzi takich jak ja. I tym też zajmuję się tu w Polsce, szkoleniem przywódców, to jest moja praca. Pomagam ludziom odnaleźć swój własny styl zarządzania, a następnie przystosowania go do konkretnych już biznesowych potrzeb. Podobnie bowiem jak różne są organizacje, tak samo różne są style zarządzania. Każdy z nich musi być przystosowany do konkretnych wymagań. Jeśli do tego dochodzi problem różnych kultur, zadanie staje się jeszcze trudniejsze, ale przy pewnym wysiłku można osiągnąć sukces. Prawdziwym przywódcą jest bowiem duch organizacji. Ile razy przekraczam próg danej firmy, mogę w jednej chwili określić skuteczność przywództwa. Uważam, że złych żołnierzy jest bardzo mało, problemem są dowódcy, którzy nie potrafią złamać kodu. Wszyscy pracujemy dla sukcesu i to niezależnie od tego czy w przestrzeni wojskowej, czy cywilnej i ocenia się nas zawsze na podstawie sukcesu, jaki odniósł czy to nasz oddział, czy nasza firma.

Słyszałem, że ustawiła się już długa kolejka osób i organizacji chętnych do tego, by tu w Polsce szkolił Pan ich w sztuce wojennej i w walce taktycznej. Czy istnieje gdzieś sekretne miejsce i kto może się tam zgłosić?
Nie ma mowy o żadnych sztukach walki; to zwykły żołnierski trening. Wiele osób brało udział w organizowanych przeze mnie szkoleniach i mówią mi, że dzięki nim stali się lepsi w stosunku do siebie oraz do swoich organizacji. Tu nie ma naprawdę żadnej tajemnicy. Leadership Source, bo taką nazwę nosi ów projekt, zaczynał jako firma szkoleniowa, mająca na celu wspieranie menedżerów w pracy na rzecz bycia liderem. Mało tak naprawdę ludzi wie, że menedżer i lider to nie to samo. Zarządza się projektami, zużyciem energii itd. Ludziom się przewodzi. Można być dobrym menedżerem, ale dobry przywódcza musi być jednym i drugim. Szkolenie koncentruje się na wspieraniu ludzi w ich drodze do zrozumienia swoich własnych talentów, a następnie wyposażenia ich w odpowiednią strukturę oraz zdolność do utrzymywania nad nią kontroli i w ten sposób wzmacniania owych talentów. Wiele osób potrafi osiągać wyniki, nie zdając sobie nawet sprawy z mocy swoich uzdolnień. Gdy człowiek uświadomi sobie wszystkie swoje umiejętności, będzie w stanie wykorzystać je w taki sposób, by wydobyć z nich najwięcej jak się da. Szkolenie nie koncentruje się wyłącznie na celach wojskowych, bardziej w nim chodzi o budowanie zespołów i wzmacnianie przywództwa. Styl to zaledwie metoda dostarczania produktu z korzyścią dla menedżerów oraz organizacji, którym liderują. Dziś, w obliczu epidemii koronawirusa, wiele firm dostrzega, że praca z domu obciąża psychicznie pracowników. Ludzie są przyzwyczajeni do bycia razem, do spotykania się. Osobisty kontakt jest bardzo ważnym elementem owego związku, który pomaga w konsolidacji zespołu. Udało nam się opracować szkoleniowy program, który pozwala na spotykanie się w mniejszych grupach i odbudowywanie owych więzi. Jest to program realizowany na zewnątrz, zarówno latem, jak i zimą, w taki sposób, by pojedyncze zespoły mogły stawać wobec wyzwań i wspólnie pracować nad rozwiązaniem problemów, a jednocześnie rozwijać swoje umiejętności oraz narzędzia przywódcze. Nasza główna siedziba znajduje się w odległości zaledwie półtorej godziny jazdy na południe od Warszawy, co sprawia, że z Warszawy można do nas szybko i wygodnie dotrzeć. Jak już wspomniałem, organizacja spotkań nie wymaga szczególnie wielkich przygotowań, w związku z czym jesteśmy dostępni praktycznie wszędzie, gdzie nas klient zaprosi. Więcej informacji dostarczamy na życzenie. Z myślą o osobach liczących na przygodę, w swojej ofercie mamy również klasyczne zajęcia survivalowe oraz szkolenia bojowe. Ale i tutaj głównym celem jest nauka nowych umiejętności oraz zdolności organizatorskich. Prawda bowiem jest taka, że walczyć potrafi każdy, natomiast inteligentna walka wymaga treningu. Prowadzone przez nas szkolenie survivalowe nastawione jest przede wszystkim na naukę radzenia sobie w rzeczywiście trudnych sytuacjach, gdzie stawką jest życie. Kształtujemy umiejętności indywidualne, jednak na specjalne życzenie organizujemy naukę pracy w grupie. W celu uzyskania dodatkowych informacji zapraszam do odwiedzania naszej strony internetowej. W organizowanych przeze mnie szkoleniach może brać udział każdy chętny, niezależnie czy to firma, czy osoba indywidualna. Wielkość grupy jest wyłącznie kwestią koordynacji, wszyscy są mile widziani. Znaleźć nas jest bardzo łatwo – jesteśmy obecni na Linkedinie i Facebooku, ale też oczywiście można się z nami kontaktować przez stronę firmową.

Podczas przygotowywania się do tej rozmowy byłem bardzo zdziwiony, gdy trafiłem na Pańska książkę, wydaną w języku polskim i angielskim na temat, który ma szansę zainteresować każdego mężczyznę. Czy możemy liczyć na kolejne publikacje tego typu?
Moim zdaniem „Responsible Leadership” to świetna lektura dla każdego. Każdy może tam znaleźć coś interesującego dla siebie. Starałem się tam zaprezentować swoje metody szkoleniowe i dotychczas nie spotkałem nikogo, kto by się poczuł rozczarowany. Wiele firm zamawia ją dla swoich pracowników, by wyposażyć ich w podstawy tworzenia dobrych zespołów.

Jakie miałby Pan dla nas rady, gdy chodzi o poprawę bezpieczeństwa naszego kraju? Pytam o to, ponieważ jak się zdaje to również wchodzi w zakres Pańskich kompetencji, a przynajmniej jest czymś, co jest związane z Pańską aktywnością biznesową.
Normalnie staram się być jak najdalej od polityki. Kwestie bezpieczeństwa wewnętrznego różnią się zależnie od konkretnego kraju. Wystarczy jednak mieć świadomość, kto jest wrogiem i w taki sposób się przygotować i wyposażyć swoje siły, by były w stanie oprzeć się zagrożeniu. Należy zawsze być przygotowanym do walki. Wojna to wciąż zmieniający się biznes – wystarczy spuścić z niej na chwilę oko i jest już po nas. Nie wolno tego robić.

Jest pewien hollywoodzki film zatytułowany „Oficer i gentleman”. Czy to zestawienie wciąż funkcjonuje? Czy w XXI w. wciąż możemy spotkać takich ludzi?
Moim zdaniem taki właśnie jest Hollywood. Jeśli chcesz zobaczyć dobrego człowieka i oficera, obejrzyj sobie takie filmy jak „Helikopter w ogniu” czy „Szeregowiec Ryan”. To są zaledwie dwa z tych lepszych, choć wciąż wyprodukowane w Hollywood. Aktorzy wyłącznie udają, a naszym zadaniem jest wybierać te filmy, w których aktorzy są odpowiednio wyszkoleni, a scenariusz zweryfikowany przez ludzi, którzy owe kwestie znają z autopsji. I to powinno stanowić źródło wiedzy.

Dziesięć lat temu wspierał Pan debiutującą dopiero lokalną drużynę amerykańskiego futbolu i motywował młodych Polaków swoimi wykładami, pokazując im element samej gry, która – o ile mi wiadomo – stanowiła kiedyś Pańską pasję. Czy sport w Pańskim życiu wciąż odgrywa istotną rolę?
Sport nigdy nie przestał stanowić ważnej części mojego życia, szczególnie gdy występuję w roli lidera. Dziś mam 65 lat i wciąż pojawiam się na sali treningowej cztery, pięć razy tygodniowo. Fizycznie oczywiście nie jestem już tak szybki jak kiedyś, jednak mój umysł pracuje równie efektywnie jak pracował, gdy miałem lat 25. Mam oczywiście niekiedy z tego powodu kłopoty, ale jestem bardzo zadowolony. Dziś praca z młodzieżą jest moją pasją. Jestem bardzo szczęśliwy, mając ich przy sobie i widząc, jak są pełni pasji wobec tych wszystkich rzeczy, które im przekazuję. Mam naprawdę duże doświadczenie, lubię się nim dzielić, udzielać ważnych wskazówek. Znaczną część mojej działalności poświęcam na pracę z młodzieżą. Jestem bardzo przywiązany do starej nordyckiej tradycji, gdzie wszyscy młodzi ludzie w wiosce są twoimi dziećmi. Muszę być dla nich wszystkim przykładem, dzięki czemu zobaczą we mnie zarówno dobrego człowieka, jak i potężnego wojownika. Dbam o to, by poznali to, co ważne, poznali tradycję, która uczyni nasz sposób życia przyszłością. Budujemy przyszłego obywatela, jesteśmy za niego odpowiedzialni. My, nie rządy.

Andrzej Braiter i Major Rocco Spencer

Wiem już, że przeprowadził się Pan do Polski z miłości do niej, do jej mieszkańców oraz tradycji. Byłem prawdziwie zafascynowany, gdy dowiedziałem się, że mieszkający w Warszawie Amerykanin zaproponował władzom podwarszawskiej gminy Raszyn, by wybudowały uniwersalne muzeum oraz centrum historyczne, powołały do życia grupę rekonstrukcyjną z czasów napoleońskich i w ten sposób stworzyły szczególny ośrodek turystyczny, który mógłby przyciągać do Warszawy zagranicznych turystów. Skąd u Pana takie zainteresowanie Polską i polskim mundurem?
To, że mieszkam w Polsce, jest dla mnie zaszczytem i przywilejem. Moje rodzinne tradycje sprawiły, że uznałem za swój obowiązek spłacenie swojego długu. Polska to mój dom, gdyby zaszła potrzeba, broniłbym jej z całych swoich sił. Wierzę, że – zarówno dotychczas, jak i mam nadzieję w przyszłości – będę mógł się przyczynić do budowania dobrych obywateli, młodych mężczyzn i kobiet oddanych sprawie republiki. Nasza historia jest bardzo bogata. Nie jest oczywiście idealna, ale trzeba wiedzieć, że żadna historia nie jest taka. Musimy więc znać naszą historię i ją rozumieć. Musimy rozumieć, dlaczego stało się to, co się stało, a tych, którzy za Polskę odpowiadali w przeszłości, nie oceniać przy pomocy dzisiejszych norm i standardów. Każdy historyczny czas ma swoją dynamikę i jeśli to zrozumiemy, będziemy też mogli zrozumieć, czemu sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej. Musimy starać się zrozumieć wszystkie strony konkretnych zdarzeń i zrobić wszystko, by to co złe więcej się nie powtórzyło. Zachwycają mnie czasy napoleońskie. Uwielbiam historię, a ten okres zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. Zawsze szukam sposobu, by popularyzować historię naszych narodów, bo to my tworzymy historię i tworząc ją, budujemy naszą przyszłość. Nie ma tu miejsca, by powiedzieć sobie wszystko; to by zajęło wieki. Nie da się przejść choćby dziesięciu metrów, by nie zahaczyć w ten czy inny sposób o historię. Wystarczy wyjść i zobaczyć, że mamy ją pod swoimi stopami. Całą dla nas.