Menu
Tablet menu

Hubert Urbański: Naturalny milioner


Łatwo Pana urazić?
Dość przeciętnie jestem wrażliwy. Ciężko jest oceniać samego siebie. Najtrafniej mogą ocenić mnie osoby z mojego otoczenia. Mogą powiedzieć, czy jestem taki, czy inny, czy wrażliwy, czy niewrażliwy, czy nadwrażliwy, czy niewystarczająco wrażliwy.
 
Kiedy ma Pan chwilę na refleksje, jak Pan ocenia swoje dotychczasowe życie? Tak zawodowe jak i prywatne?
Nie siadam, nie myślę. Nie mam czasu na refleksje, a właściwie nie mam takich zasiadań do refleksji. Myślę, że jak się po prostu przeżyje określoną liczbę lat, to siłą rzeczy życiorys się wypełnia. Nawet jeśli nie zrobiło się nie wiadomo jak dużo w życiu, to przez skalę na osi czasu nagle się okazuje, że jest tego sporo. Nawet jak ktoś pracował w jednej fabryce przez całe życie, to jak pozbiera wszystkie spędzone w niej dni do kupy, to też będzie miał poczucie ogromu.
 
Ale u Pana jest bogato i różnorodnie...
Fajnie, że Pani ma takie wrażenie. Moje jest takie, że znam ze swojego otoczenia masę osób, które żyją dużo pełniej, intensywniej i bogaciej. I za każdym razem, kiedy takie osoby spotykam, mam poczucie wstydu, że tam, gdzie oni zasuwają, tam ja też mógłbym tak zasuwać i że muszę się bardziej wziąć za siebie.
 
Nie za dużo Pan od siebie wymaga?
Może za dużo, ale kiedy spotykam ludzi aktywnych i ambitnych, którzy dużo robią, to mam wrażenie, że jestem leniem. Z drugiej strony, jak patrzę teraz na siebie, to myślę, że mam jakiś etap za sobą, ale też i dużo przed sobą. Cały czas patrzę do przodu.
 
To charakterystyczne dla ludzi ambitnych.
Taka cecha daje złe samopoczucie, człowiek sam o sobie myśli nie najlepiej, ciągle stawia się pod ścianą i mówi: Mogłoby być więcej, szybciej, dłużej.
 
Żałuje Pan, że czegoś nie zrobił, nie przyjął jakiejś propozycji?
Gdybym 20 lat temu mądrzej podchodził do pewnych rzeczy w sferze zawodowej, dziś mógłbym powiedzieć, że osiągnąłem więcej. A byłem dość lekkomyślny i skupiałem się na innych kwestiach, bardziej związanych z życiem prywatnym, rodzinnym. Oczywiście tego nie żałuję, ale mogłem poświęcić więcej energii na strategiczne, mądre budowanie kariery.
 
Wygląda Pan bardzo dobrze. Nie narzeka Pan pewnie na powodzenie. Zdarzają się Panu miłe sytuacje?
Tak to Pani wypowiedziała, że nie wiem, jakie miłe sytuacje ma Pani na myśli. (śmiech)
 
No czy podrywają pana kobiety?
Nie straciłem zainteresowania kobietami, jeśli o to Pani pyta.
 
Skąd imię Kirił? Ma pan bułgarskie korzenie?
Imię jest po dziadku, ojciec mojej mamy miał na imię Kirił.
 
Nigdy go Pan nie używał?
Jakoś nie było okazji. Kirił po Polsku to Cyryl. Od Cyryla i Metodego, twórców piśmiennictwa prawosławnego. Chyba stąd dziadek dostał takie imię a potem ja.
 
Pochodzi Pan z katolickiej rodziny?
Tak. Byłem wychowany w Polsce i po katolicku. Ale moja mama do dzisiaj jest prawosławna.
 
Jest pan ochrzczony?
Jestem, normalnie u mnie wszystko po bożemu, jak to w Polsce.
 
Pana tata znalazł mamę w Bułgarii?
To jest historia na podstawie której można by napisać książkę. Ale w skrócie tak, znalazł mamę w Bułgarii i postanowił bardzo szybko, że się z nią ożeni. Uparł się i dopiął swego.
 
Czyli Pan po tacie ma takie zainteresowanie do kobiet?
Tak. Po płci też takie mam. (śmiech) Tyle tylko, że ojciec miał zainteresowanie tą jedną konkretną kobietą. Jak już się zainteresował, to w tym zainteresowaniu trwał. Ale rzeczywiście, jak dzisiaj o tym myślę, to jak na lata 60-te taki nagły wyjazd i taka determinacja to ciekawa rzecz. Jak byłem młodszy, nie rozmawiałem z nim o tym, dopiero jak umarł, zacząłem się nad tym zastanawiać. Pytałem mamę, jak on to rozegrał, że prawie nieznaną kobietę postanowił poślubić i zrobił wszystko, żeby ten cel osiągnąć. Wtedy Bułgaria to była niemal inna planeta. Paszport, wyjazd, inna waluta, książeczka walutowa – nic nie było proste. A jednak się udało, mimo różnych przeszkód, np. oporów ze strony rodziny mamy. Ojciec nie był ich ulubieńcem.
 
Do końca byli razem?
Tak
 
Wracając do Pana, na początku studiów trochę Pan poszukiwał swojej drogi. Trochę było filologii, nieukończony wydział aktorski…
Ukończony, tylko pracy magisterskiej nie napisałem.
 
Nie wiedział Pan wtedy jeszcze, co chce robić?
Nie wiedziałem. Jak dziecko we mgle byłem wtedy. Nie wiedziałem kompletnie, jak się odnaleźć w rzeczywistości. A dokładnie, nie odnajdywałem się, ale nie wiedziałem, że nie wiem, jak to zrobić. Miałem różne koncepcje na życie, na przyszłość.
 
Ale pojawiło się już wtedy zainteresowanie aktorstwem?
Takie bardzo banalne. Brałem udział w konkursach recytatorskich. Trochę był to rodzaj układu szkolnego, który polegał na tym, że jak startowałem w konkursach, jeździłem na różne obwodowe etapy w Polsce, to mi nauczyciele odpuszczali z innych przedmiotów. Byłem w klasie biologiczno-chemicznej w liceum, ni w ząb nie łapałem tych przedmiotów, zwłaszcza chemii. Ale moja wychowawczyni zawsze mówiła: Pójdziesz na aktora, więc tej chemii nie musisz zdać. Popłynąłem trochę na tej fali, zdawałem do szkoły teatralnej zaraz po liceum, ale się nie dostałem. Odpadłem na ostatnim etapie. Byłem bardzo rozczarowany, musiałem się szybko ratować przed wojskiem, poszedłem więc do policealnego studium budowlanego. To jest taki etap o którym, kiedy go wspominam, myślę: To nie było moje życie, to nie byłem ja, to musiał być chyba ktoś inny. Pracowałem wtedy w PKO BP jako technik-magazynier, nosiłem paczki. Przez półtora roku pracowałem dla IBM, byłem filing clerk. Jak tylko weszli do Polski, poszukiwali pracowników ze znajomością języka angielskiego. Otwierałem z nimi pierwsze biuro w Warszawie. To czas, kiedy wydawało mi się, że dryfuję na jakimś bezkresnym oceanie i kompletnie nie wiem, gdzie wyląduję. Miałem poczucie braku azymutu, brakowało mi GPS-a.
 
Nie żałuje Pan, że Pana kariera nie rozwinęła się w kierunku aktorstwa?
Od razu mi do głowy przyszło nazwisko Gordon Ramsay, prowadzi program kulinarny, a to jest piłkarz. Czasami jest tak, że zawód wybiera człowieka. Myślimy, że idziemy w jedną stronę, a tu nagle rzeczywistość jakoś pokazuje, że lepiej nam idzie, bardziej nas chcą na innym podwórku. Ja się w tym, co mnie wybrało i co ja wybrałem, bardzo dobrze czuję, ale trafiła Pani w czułą strunę. Bardzo tęsknię za graniem. Myślę, że dzisiaj jestem bardziej gotowy na to, żeby być w tym zawodzie, niż 20 lat temu. Chyba po prostu dojrzałem.
 
Jest pan nieśmiały?
Myślę, że tak. Co akurat bardzo pasuje do aktorstwa, bo każdy aktor Pani powie, że jest. Oczywiście znam masę śmiałych aktorów, takich przebojowców, pewnych siebie, wchodzących jak cowboy do salonu. I oni też są wybitni w swoim zawodzie. Natomiast bycie aktorem w życiu prywatnym jest do kitu, to jest przekleństwo. Ludzie, którzy non stop grają, są nieznośni.
 
Jakich aktorów Pan ceni?
Fascynują mnie tacy, za których na pierwszy rzut oka złamanego grosza byś nie dała, a kiedy stają przed kamera, na scenie, mają taką siłę rażenia, że trudno oderwać od nich wzrok.
 
Skoro Pan tęskni za sceną, dlaczego Pan nie gra?
Ktoś, kto zaproponuje mi jakąkolwiek rolę, dużo ryzykuje. Mam bardzo opatrzoną twarz, kojarzącą się jednoznacznie. Aczkolwiek kilka osób mi już na przestrzeni ostatnich lat zaufało, na razie w małych projektach, jakichś serialach.
 
Zdarzało, że w serialu zagrał Pan siebie
Dwa, czy trzy razy coś takiego zrobiłem dawno. Od kilku lat współpracuję z agencją aktorską i kładę nacisk na to, żeby nie grać siebie.
 
Na Pana zawodowej drodze pojawiło się jeszcze radio...
Kiedy skończyłem studia, zacząłem pracować w radiu Zet.
 
Głos i dykcja były atutem?
Możliwe, że tak. Przyjmował mnie do pracy Janusz Weiss i to jest przykład głosu prawdziwego, totalnie radiowego.
 
Wdzięk?
Chyba naturalność. Szukali czegoś, co jest przeciwieństwem lektora z radia publicznego. Szukali młodości, świeżości. Być może we mnie ją znaleźli.
 
Przeszedł Pan casting?
Tak. W „komisji” siedzieli Andrzej Wojciechowski, Krzysztof Skowroński i Janusz Weiss.
 
Jak Pan się o nim dowiedział?
Wtedy takie informacje pojawiały się w prasie. Zobaczyłem i poszedłem. Wcześniej słuchałem Zetki i byłem zafascynowany tym, że można robić takie radio. To była wolna amerykanka, ale na wysokim poziomie. Dziś już czegoś takiego nie ma. Wszyscy robiliśmy wtedy wszystko po raz pierwszy. Wszystko było nowatorskie. Okazało się, że w radiu można się bawić, dobrze bawić i innych bawić. Spontaniczność, to chyba słowo najbardziej odpowiadające tamtemu radiu, tamtej atmosferze. W historii rozrywki zawsze jest najciekawiej, jak się ktoś wyrżnie na skórce od banana, prawda? No więc nie potrzeba większej finezji. Spontaniczne rzeczy są zawsze najlepsze.

2000 rok był dla Pana chyba fajnym uwieńczeniem pracy. Posypały się nagrody.
To był czas rozkwitu “Milionerów”.
 
Jaka jest różnica w odbiorze wtedy i teraz?
Z biegiem czasu wiele rzeczy w reakcjach, w przyjmowaniu rzeczywistości się spłaszcza. Coś, co było dla nas czymś wyjątkowym 15-20 lat temu, dzisiaj jest powszednie. Dzisiaj tyle nowych programów wchodzi co sezon we wszystkich kanałach. Jest tak duży wybór, że ciężko czymś zaskoczyć widza. Wtedy stacji było mniej, oferta była mniejsza. „Milionerzy” to bezdyskusyjnie świetny program, ponadczasowy, ale odbiorca inny. 
 
Jak Familiada?
Właśnie, jest kilka takich programów, które nadal działają. Myślę, że dzisiaj na przykład, gdyby “Wielka Gra” wróciła do obiegu, to też by była dobrze przyjęta. To taki klasyk, że nawet w tej samej scenografii sprzed lat miałby ogromną siłę rażenia. Choćby „Jeden z 10”. Nie jest to rewolucyjny program jeśli chodzi o formułę, natomiast ma coś takiego, prowadzącego przede wszystkim, ale też pewien charakter tego programu jest taki, że mimo że to nie błyszczy, nie strzela i nie eksploduje, to jednak dobrze się ogląda. Z “Milionerami” też tak jest. Ta formuła i 20 lat temu i dzisiaj jest bardzo nośna.
 
Przez 11 lat Pana kariera zawodowa była przygodą z programami reality show, TVN -em. Pamiętam Pana duety z Magdą Mołek, z Kasią Skrzynecką…
Z Magdą Mołek prowadziłem “Taniec z Gwiazdami” jeden sezon, z Kasią Skrzynecką cztery albo pięć sezonów.
 
Jak Pan wspomina ten czas?
To są dwie zupełnie różne, ale wspaniałe przygody. Z Kasią było o tyle inaczej, że razem studiowaliśmy, byliśmy na jednym roku w szkole teatralnej.
 
Dlatego Wasza współpraca się przeciągnęła, bo była między Wami chemia?
To nie miało nic wspólnego z tym, co między nami. To była decyzja stacji, nie moja. Jak Pani się domyśla, prowadzący ma najmniej do powiedzenia na temat tego, z kim pracuje i kogo zaprasza się do programu. Ale wspominam bardzo dobrze współpracę i z jedną i z drugą. Różnica jest taka, że z Kasią łączy mnie zażyłość jeszcze z czasów studenckich, a Magdę poznałem dopiero, kiedy przyszedłem do TVN-u. Kasia nawet przez jakiś czas miała na nazwisko Urbańska. Nawet się śmialiśmy, że jesteśmy jakimiś łańcuchami powiązani, bo najpierw studiowaliśmy razem, potem przez parę lat prowadziliśmy program razem, a do tego Kasia miała przez chwilę moje nazwisko. Im dłużej żyję, tym więcej Urbańskich wokół mnie. Kiedyś mi się wydawało, że to takie ekskluzywne grono. (śmiech)
 
Popularność jest dla Pana uciążliwa?
Przed pierwszą edycją “Milionerów” prowadziłem dwa lata “Piramidę” w Polsacie. To był dosyć popularny teleturniej, ale miał tak znikomą promocję, że mnie nikt nie znał. Przez te dwa lata udzieliłem jednego wywiadu gazecie telewizyjnej - trzy pytania, trzy odpowiedzi. To była cała promocja. Więc to, jak później “Milionerzy” wystrzelili, jak sprawnie działała promocja TVN-u, było dla mnie szokiem. To oni mnie wypromowali razem z teleturniejem. To był totalny kosmos. Kosmiczne są też niektóre moje wspomnienia jeszcze z czasów prowadzenia „Piramidy”. Wybrałem się raz z żoną i malutką Krysią na premierę jakiegoś filmu. Ktoś nam zrobił zdjęcie a jakaś dziennikarka zadała z jedno, czy dwa pytania. Potem zamieściła to w formie wywiadu bez autoryzacji a na końcu materiału podała mój domowy numer telefonu - jeśli macie więcej pytań – dzwońcie, głosiło podsumowanie. To było ponad 20 lat temu – to było świństwo, ale mieszczące się w granicach prawa. Już z czasu prowadzenia „Milionerów” pamiętam taką sytuację. Jestem w domu, “Milionerzy” skończyli się o 21.00, jest jakaś 22.30. Nagle dzwon telefon. „Halo, dzień dobry, czy ja się dodzwoniłam do pana Huberta Urbańskiego?”. Ja mówię; “Tak, słucham.” “Proszę Pana, bo jest taka sprawa, oglądałam właśnie dzisiaj ten odcinek Milionerów, jak ta pani Grażynka grała i na chwilę przysnęłam i jak obudziłam się, to już było po programie. Pan mi powie, czy ona wygrała te pieniądze?” Autentyk. Dzisiaj nie do pomyślenia przy tych wszystkich obwarowaniach, zastrzeżeniach, ochronie danych osobowych. A wtedy? Prosty pomysł, proste działanie - dzisiaj kompletnie niemożliwe.
 
Był taki moment, że było Pana na wizji mniej. Ale to nie znaczy, że wycofał się Pan z zawodu.
Dwa lata nie miałem żadnej pracy. Nie miałem żadnych propozycji. Myślę, że wiem, dlaczego tak było, ale nie chcę rozmawiać o przyczynach. Fakty są takie, że byłem bezrobotny. Potem zaczęły się sporadycznie pojawiać jakieś zlecenia. Aż wreszcie TTV zaproponowało mi “Handlarzy”. To propozycja, którą sobie bardzo cenię. Wyciągnęli do mnie rękę w ciężkim momencie. W ślad za tym pojawiło się Radio RMF i krok po kroku udało mi się powrócić do pełnej aktywności.
 
Czas bez pracy musiał być dla Pana ciężki.
Był i nie chcę o tym rozmawiać.

Czy Hubert Urbański jest wolny? Do wzięcia?
Do wzięcia, to, proszę Pani, są kajzerki w sklepie. Bardzo filozoficzne pytania: czy człowiek jest wolny? I gdzie leżą granice wolności? Chce Pani o tym porozmawiać? (śmiech)
 
Na koniec, choć pewnie tysiąc razy już Pana o to pytano, na co wydałby Pan ten milion, gdyby to Pan wygrał?
Na dom gdzieś głęboko w lesie, gdzie nikt by mnie nie znalazł.
 
Wystarczyłoby?
Głęboko w lesie? Jeszcze z tego co zostanie, żyłbym do końca swoich dni. (śmiech)
 
 
Czytaj dalej...

Bryan Adams: Nie planuję, czekam, co przyniesie kolejny dzień

Komponujesz i występujesz na scenie od ponad 25 lat, jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów na świecie. Czy jako dziecko marzyłeś, by spełniać się w ten sposób?
Tak, moim marzeniem zawsze było być muzykiem. Mój ojciec kochał muzykę i zawsze była ona obecna w naszym domu. Jednak wyobrażałem sobie siebie jako perkusistę albo gitarzystę. To, że potrafię śpiewać, odkryłem dopiero kiedy nie mogliśmy znaleźć wokalisty do zespołu, który założyłem wraz z kolegami. A jeśli chodzi o wspomniane przez Ciebie 25 lat. Wiesz, ja gram i śpiewam w gruncie rzeczy od 40 lat.

Jak sobie radzisz ze sławą?

Nie ma chyba najlepszej metody, porady, złotego środka, który pozwoli na radzenie sobie ze sławą, z tym co się z nią wiąże. Ja nauczyłem się z popularnością, rozpoznawalnością żyć i nią cieszyć. Najgorsze, najtrudniejsze w mojej pracy, w tym, że związana jest ona z ciągłymi podróżami, jest bycie daleko od moich dzieci przez długi czas.

A co jest najlepsze?

Kochaj to, co robisz, rób to, co kochasz. Ja kocham to co robię, więc trudno o lepsze rozwiązanie. 

Pozostając przy kochaniu, dużo czasu zajęło ci ustatkowanie się...
Ja tego w ten sposób nie widzę. (śmiech) Przede wszystkim musiałem poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, przekonać się, że posiadanie rodziny nie oznacza, że nie możesz kontynuować pracy.

Jesteś otoczony przez najbardziej pożądane kobiety na świecie. Przyjaźnisz się między innymi z Elle Macpherson, Cindy Crawford...

Podczas wykonywania swojej pracy jako fotograf, miałem szczęście poznać wielu naprawdę niesamowitych ludzi. Nie tylko piękne, zmysłowe kobiety, choć to oczywiście bardzo miłe, móc z nimi pracować. Jednym z moich najważniejszych projektów było zrobienie książki o brytyjskich żołnierzach powracających z Iraku i Afganistanu “Wounded: The Legacy of War”. Praca z nimi była uczącym pokory doświadczeniem, a książka moim protestem przeciwko wojnie na Bliskim Wschodzie.

Ty w ogóle masz duże poczucie sprawiedliwości, solidaryzujesz się z cierpiącymi, choćby źle traktowanymi zwierzętami, poprzez swój wegetarianizm.

Aktualnie weganizm. Weganinem i wegetarianinem jestem od 30 lat. Im więcej dowiadywałem się o tym, jak zwierzęta są hodowane i maltretowane dla ludzkiej konsumpcji, tym bardziej nie chciałem być częścią tego procesu. Poczytałem o wegetariańskich dietach i postanowiłem pójść tą drogą. Nigdy z niej nie zawróciłem, nie zawahałem się.

Miałam przyjemność być na wystawie Twoich fotografii w Toruniu w 2015 roku. Byłam pod wrażeniem Twoich zdolności, były to jedne z najlepszych zdjęć, jakie widziałam.
Dziękuję.

W jaki sposób fotografia pojawiła się w twoim życiu?
Fotografia i muzyka są z natury powiązane. Muzyka potrzebuje silnego obrazu. Zacząłem fotografować, bo taka pojawiła się we mnie potrzeba. Mój wujek był kierownikiem w Ilford Film Company i wysyłał nam paczki czarno-białego filmu, więc wiele z moich pierwszych zdjęć było czarno-białych. Fotografia stała się w rezultacie medium, w którym się zakochałem.

W wystawie “Exposed”, która spotkała się z wielkim uznaniem, sportretowałeś największe gwiazdy popkultury - między innymi Micka Jaggera, Kate Moss, Amy Winehouse. Jak ci się z nimi pracowało?

Każde z nich było fotografowane dla innego magazynu. Wybrałem ich do wystawy, ponieważ są ikonami. Czuję się bardzo szczęśliwy, że z nimi pracowałem.

Po której stronie obiektywu czujesz się lepiej? Jako artysta - pozując, czy jako fotograf - robiąc zdjęcia?

O, to proste. Za obiektywem, za każdym razem!

Jako
fotograf oceniasz tych, którzy fotografują Ciebie?
Oczywiście. Jest tak wielu wspaniałych fotografów. Teraz, kiedy każdy ma telefon, wszyscy możemy być Avedonem. (śmiech)

Planujesz bardziej rozwijać się jako muzyk, czy fotograf?
Staram się w życiu nie planować, czekam na to, co przyniesie następny dzień. Czasem to działa! (śmiech)

Co chcesz przekazać swoim odbiorcom fotografią, co muzyką?

Fotografia jest milczącym tańcem, a w muzyce znamy kroki. Każdy powinien brać co chce, z tego co bliższe jego sercu. 

Co do Twoich planów, niebawem będziemy mogli zobaczyć Twój musical Pretty Woman. To coś nowego w Twojej karierze.
ejTak, podjąłem się
ogromnego wyzwania. To moje pierwsze wejście w świat musicalu.  Ale mam nadzieję, że dzięki cudownej ekipie i niesamowitej historii do opowiedzenia, trafię w gust widzów tego typu sztuki.  Muzykę i teksty pisałem ze swoim przyjacielem i autorem słów, Jimem Vallence. Tworzyliśmy przez ponad dwa lata. Najpierw spektakl zobaczy publiczność w Chicago. W lipcu trafimy na sceny Broadwayu. To bardzo emocjonując czas.

Co potem? Jakie masz plany?
Myślę, że pora na lunch…bon appetite! (śmiech)

tłumaczenie: Wiktoria Romańska

Czytaj dalej...

Szukasz czegoś?

Login or Register