Menu
Tablet menu
Piotr Kraśko Piotr Kraśko fot. Katarzyna Paskuda

Piotr Kraśko: Zawsze jest jakiś temat do zrobienia

Czy mimo tylu lat spędzonych w dziennikarskim fachu w pracy wciąż towarzyszy Ci stres?

Codziennie. Kiedy razem z grupą rówieśników zaczynaliśmy prace w telewizji 27 lat temu, po roku wydawało nam się, że wszystko już wiemy i spokojnie możemy przyjść do studia na 5 minut przed programem. Dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że nic jeszcze nie wiemy. W tym zawodzie, jeśli każdego dnia czegoś się nie nauczyłeś, nie dowiedziałeś, nie przeczytałeś jakiegoś tekstu, książki - to nawet nie jest tak, że stoisz w miejscu, tylko się cofasz.

 

Skąd to poczucie braku wiedzy?

Jak człowiek jest młody, tyle rzeczy jest jeszcze przed nim, że trudno mówić o wiedzy. W telewizji, w programie na żywo, może wydarzyć się wszystko. Z rosnącą świadomością tego faktu stresujesz się coraz bardziej. Oczywiście jest stres paraliżujący i stres mobilizujący. Jeśli jest paraliżujący, to lepiej zmienić zajęcie, ale kiedy jest mobilizujący, to dobrze. Dzięki temu wiesz, że musisz jeszcze więcej przeczytać, sprawdzić nie w dwóch czy trzech, ale w czterech źródłach. Świadomość błędu, który można popełnić, który może być wynikiem jakiejś niedokładności, niestaranności, nieprzygotowania, jest z wiekiem coraz większa nie coraz mniejsza. Pewnie, że jakąś wiedzę się gromadzi, ilość przeżytych sytuacji, spotkanych ludzi, wydarzeń, które widziało się z bliska, jest bezcennym bagażem, ale to nie sprawia, że stres jest mniejszy. I nie ma w tym nic złego.

 

Przed każdym wejściem na żywo masz poczucie mobilizującego stresu?

Tak. Zresztą, najlepsi dziennikarze, których znam, których podziwiam, nie są najlepsi dlatego, że mają taki dar i talent, bo to ma wiele osób, ale dlatego, że najciężej pracują, najwięcej czytają i wciąż najwięcej się uczą. Nie ma innej recepty i pewnie dotyczy to wszystkich zawodów.

 

Jak to się stało, że trafiłeś do telewizji? Na Twoją decyzję miał wpływ ojciec, też dziennikarz?

Nigdy nie rozmawiałem z nim na ten temat. Poszedłem do szkoły teatralnej, bo chciałem studiować reżyserię, ale wtedy była podyplomowa, więc pomyślałem, że pójdę na wiedzę o tatrze i może pozwolą mi się wcześniej przenieść na reżyserię, bez kończenia tego pierwszego kierunku. Ale akurat dwaj koledzy ze starszego roku dostali propozycję robienia programu w telewizji, to był rok 90 albo 91 i zaproponowali, żebyśmy zrobili go razem. I tak zaczęliśmy pracować w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym. Dość szybko też o reżyserii zapomniałem.

 

Pamiętasz swój pierwszy program?

Tak, to był Pegaz. Pierwszy materiał, jaki zrobiłem, był o Kubusiu Puchatku, a chodziło o jego nowe, dziwaczne tłumaczenie. Uważałem, że Kubuś Puchatek to bardzo poważna sprawa, a Irena Tuwimowa przetłumaczyła go genialnie i wydawca, który wpadł na pomysł, by zrobić to na nowo, dokonywał niemal świętokradztwa.

 

Telewizja publiczna była Twoim pierwszym i przez wiele lat jedynym miejscem pracy. Jak wspominasz ten czas?

Dobrze, chociaż były przeróżne etapy. Pracując w telewizji, miałem piętnastu prezesów, dyrektorów pewnie kilkudziesięciu, szefów redakcji jeszcze więcej. Gdyby nie TVP wielu rzeczy nie zobaczyłbym z bliska, w wielu wydarzeniach nie uczestniczył. Gdyby nie ta firma, nie spotkałbym masy fantastycznych ludzi i jestem dumny, że z tak wspaniałymi dziennikarzami pracowałem w Wiadomościach. To był świetny zespół, który ciężko pracował, bardzo dużo się uczył i starał się być coraz lepszy. Tym bardziej zaskakuje mnie, że TVN-em jestem tak zauroczony. Bo gdybym teraz powiedział: ależ beznadziejnie było w tej TVP, to wtedy byłaby niska poprzeczka do przeskoczenia. A ja uważam, że wiele doświadczeń, wiele przeżyć z TVP było fascynujących i myślałem, że nie będzie łatwo je przebić. A jednak różnica na korzyść TVN jest ogromna. To, jak ta firma jest zorganizowana, jak niezwykły zespół ludzi udało się zebrać w ciągu 20 lat istnienia stacji, jakiej jakości tworzy produkcje - jest niebywałe.

 

O dzisiejszej TVP też można mówić w takich superlatywach, jak o tej, którą przez lata współtworzyłeś?

Mam bardzo małą wiedzę na temat tego, jak firma funkcjonuje dziś, bo od kiedy tam nie pracuję Wiadomości w całości obejrzałem dwa razy, kilkanaście razy zdarzyło mi się zobaczyć ich fragmenty i nie sądziłem, że po 89 roku zobaczę jeszcze coś takiego.

 

Kiedy odwołano Cię ze stanowiska szefa redakcji „Wiadomości”, jak to odebrałeś?

To było 11 stycznia, pamiętam, bo trzy dni później urodziła się moja córka, co było wspaniałym zbiegiem okoliczności.

 

I lekiem na całe zło.

Absolutnym. To było o tyle ważniejsze wydarzenie, o tyle bardziej przejmujące, że z bezkresnym optymizmem patrzyłem na świat i życie. (śmiech) Co do samego momentu zakończenia pracy w TVP, bardzo bym się zdziwił, gdyby do niego nie doszło. Tyle było zapowiedzi polityków PiS przed wyborami, że dokonają radykalnych zmian, tworzone były listy osób do zwolnienia… Choć zapowiedzi polityków, kogo zwolnią w firmie, która teoretycznie powinna być od nich dość niezależna, to jest dość kuriozalne. Ale dla mnie zawodowo, przejście do TVN to bez wątpienia była nawet nie „dobra”, a „bardzo dobra zmiana”.

 

Jako dziennikarz zajmujący się tematami politycznymi musisz się liczyć z tym, że komuś nie będzie odpowiadała Twoja praca – tak jeśli chodzi o szefostwo, jak i widzów. Częściej spotykasz się z zawiścią czy sympatią?

Dużo częściej z sympatią. Ale faktycznie, jeżeli dziennikarz zajmuje się polityką teraz w Polsce, to jest oczywiste, że będzie budził różne emocje. Nawet jeśli przez część czy większość widzów, czy czytelników będziesz postrzegany jako obiektywny, to na pewno będą tacy, którzy uznają, że jesteś tendencyjny. To jest nie do uniknięcia.

 

Zdarza się, że podczas rozmowy jakiś polityk wytrąci Cię z równowagi?

Oczywiście.

 

Co wtedy robisz?

W rozmowie z politykami musisz mieć jakiś plan, wiedzieć o czym chcesz porozmawiać, mieć przygotowane cytaty albo dane, które są ważne w tej rozmowie. Jednak bardzo często jest tak, że przybiera ona nieoczekiwany obrót, że polityk powie coś tak szokującego, że nagle wiesz, że musisz drążyć ten temat i staje się on głównym wątkiem. Nie ma czasem nawet sensu wracać do wcześniej przyjętego planu, jeśli nagle pojawia się coś, co dla widzów będzie dużo ciekawsze. Plan planem, a i tak każda rozmowa ma swoją temperaturę, dramaturgię. Czasem przebiegnie mniej więcej tak, jak to zaplanowałaś, a czasem możesz być zaskoczona.

 

Mówisz o widzach, o tym, że coś będzie dla nich ciekawsze. Skąd przekonanie, że wiesz czego oczekuje widz?

Jeśli po kilkudziesięciu latach pracy byś tego nie czuła, to lepiej zmienić zawód. Ale może odpowiedź jest jeszcze prostsza. Pytaj o to, co ciebie autentycznie ciekawi. Jeśli będzie inaczej, widz bardzo szybko wyczuje, że jesteś średnio zainteresowana odpowiedziami, a wtedy nie ma szans, żeby on oglądał to z zapartym tchem.

 

Czy Twoja aktywność reporterska w miejscach niebezpiecznych wynikała z potrzeby zaspokojenia własnego ego, czy tak postrzegasz rolę dziennikarza? Ryzykowałeś, nie bałeś się o własne życie?

Podam przykład, bo teoretyzować w tej kwestii jest trudno. Podczas pogrzebu Jasera Arafata w Ramallah było około 100 tys. ludzi z czego grubo ponad połowa miała broń. To były głównie ciężkie karabiny maszynowe. Teoretycznie bardzo niebezpiecznie. Tyle tylko, że kiedy jesteś w środku takich wydarzeń, tak wiele rzeczy dzieje się jednocześnie – musisz pilnować swojego dźwiękowca, swojego operatora, bo on ma oko przyklejone do kamery, więc nie widzi, co się dzieje wokół niego. Musisz na niego patrzeć, czy na nikogo nie wpada, czy ktoś na niego nie wpada, musisz być jego plecami i oczami, żeby on przetrwał w tym nieskoordynowanym gąszczu ludzi. W międzyczasie jeszcze ktoś do ciebie dzwoni, ty już się zastanawiasz, skąd wyślesz ten materiał, o której masz przekaz, musisz jeszcze napisać komentarz do tych zdjęć, przemyśleć, jak je zmontować. Absolutnie nie ma czasu na zastanawianie się nad sobą.

 

Rozumiem brak czasu na analizę sytuacji, ale jakiś lęk chyba Ci towarzyszył.

Zdecydowana większość reporterów to optymiści. Czasem skrajni optymiści. Bo gdyby optymistami nie byli, to by nie wykonywali w ogóle tego zawodu. Oczywiście, były takie momenty, że miałem świadomość zagrożenia. Pamiętam, jak byliśmy w Rwandzie w czasie wojny. Bez wdawania się w szczegóły, mieliśmy tam chyba najbardziej niebezpieczną sytuacje, jaka nam się przydarzyła podczas reporterskich zadań. Mówię nam, bo byłem tam ze wspaniałym operatorem Maćkiem Krogulskim, z którym najczęściej jeździłem po świecie. I jak już byliśmy nad dżunglą, z której właściwie cudem udało nam się wydostać, siedzieliśmy w małym samolocie ONZ – to Maciek popatrzył z góry na to wszystko i z pewna zadumą stwierdził: No tak, a bohaterów z CNN jakoś kurwa nie było. Wtedy dopiero naprawdę do nas dotarło, że to faktycznie mogło się źle skończyć. Tylko, prawdę mówiąc, na tym między innymi polega ten zawód. Pamiętam też w Bejrucie, byłem tam w trakcie wojny pomiędzy Izraelem a Libanem a dokładniej między Izraelem a Hezbollahem. Pierwszy raz byłem w mieście, na które spadały bomby. Najbliżej bomba spadła jakieś 200 metrów od naszego hotelu, czyli dość blisko. Pierwszej nocy budzisz się przy każdym huku, cały budynek się trzęsie, przeżywasz, myślisz, czy następna spadnie ci na głowę. Następnej nocy już takich zmartwień nie masz, bo albo bomba spadła ci na głowę, i nic już nie zrobisz, albo nie spadła i lepiej się wyspać, bo o świcie zaczynasz pracę. Tak czy inaczej, nic nie poradzisz na tę sytuację.

 

Brzmi trochę przerażająco.

Jakoś trzeba sobie w tych trudnych warunkach radzić. W gruncie rzeczy to jest niesamowite. Życie bardzo szybko powraca w jakimś dziwnym sensie, ale do normy. Wtedy w Bejrucie pierwszego, drugiego dnia konfliktu, kawiarnie były zamknięte, ale trzeciego Starbucks na rogu był już otwarty. Nie wiesz, gdzie spadnie ta bomba, więc nie ma sensu przekonywanie samego siebie, że koniecznie muszę siedzieć w tym samym miejscu. Nie masz gwarancji, że akurat tam nie spadnie. Bomby spadały na konwoje karetek pogotowia, więc to, że jesteś akurat w szpitalu albo w szkole, wcale nie oznacza, że jesteś bezpieczny. Jedno ważne zastrzeżenie - nigdy w takich miejscach nie musiałem się martwić o swoją rodzinę. A to wszystko zmienia. Bo w chwili, kiedy ty się martwisz, że bomba może spaść na twoją żonę, dzieci, to sytuacja jest tak rozpaczliwa, dramatyczna, że nie jestem sobie nawet w stanie tego wyobrazić. Reporter, nawet w sytuacji największego zagrożenia, ma z tyłu głowy taką myśl, że jakby było bardzo źle, może wyjechać, ewakuować się, redakcja mu pomoże, będzie próbowała go wyciągnąć, ratować. W takiej sytuacji nie są osoby, które tam żyją, które tracą dach nad głową i boją się o swoje rodziny. Ten lęk ekipy telewizyjnej w trakcie dramatycznych wydarzeń jest nieporównywalny z lękiem każdego innego człowieka, który jest tam na miejscu i albo właśnie traci wszystkie środki do życia, albo wręcz traci swoją rodzinę, dzieci, rodziców, bliskich.

 

Czyli jadąc, nie zastanawiasz się, czy możesz zginąć?

Za bohaterów uważam ludzi, którzy pokonują swój strach. A ja nigdy się tego nie bałem. Zawsze mi się wydawało, może naiwnie, że wszystko się dobrze skończy. Śmierć Waldemara Milewicza w Iraku bardzo dużo zmieniła. Wcześniej było tak, że wszystkie strony konfliktu chciały dobrze wypaść w telewizji. Wiele razy byłem na Zachodnim Brzegu w Strefie Gazy, ale i Brygady Męczenników Al-Aksa i Hezbollah, wszyscy oni chcieli pokazać, że racja moralna jest po ich stronie. Dopiero Irak to zmienił. Członkowie ISIS chcieli po prostu mordować, zabijać, budzić przerażenie. Wcześniej tego nie było. Nawet jak zdarzało mi się nagrywać wywiady z przywódcą Brygad Męczenników Al-Aksa, to on też chciał w czasie tej rozmowy dobrze wypaść. Z ISIS nikt nie chce dobrze wypaść w czasie wywiadu.

 

Wojna w Iraku wszystko zmieniła?

Tak. Kiedyś było oczywiste, że jak nakleisz na samochodzie naklejkę Press, jadąc przez tereny takie jak Zachodni Brzeg, Strefa Gazy, czy Bagdad czy inne miejsca, gdzie toczyły się konflikty, to poza tym, że może na ciebie spaść przypadkowa bomba, to generalnie dawało ci to jakieś poczucie bezpieczeństwa. Irak zmienił to, że naprawdę wiele razy się zastanawialiśmy, czy nakleić Press, czy nie, bo może ta naklejka będzie dla nas wyrokiem.

 

Mówisz, że uczestnicząc w tych niebezpiecznych misjach reporterskich, nigdy nie musiałeś się martwić o rodzinę. W sensie w jakim o tym mówisz, nie, jednak zostawiałeś tu bliskich, ludzi, którzy Cię kochają. Da się wyabstrahować od swojej codzienności i ze spokojną głowa jechać na wojnę, zostawiając w domu żonę i dzieci?

Od kiedy mam dzieci w takim miejscu byłem tylko raz. To rzeczywiście wszystko zmienia.

 

Zawodowo jesteś w tej chwili usatysfakcjonowany, ale przypuszczam, że masz jeszcze jakieś marzenia, które na tym polu chciałbyś zrealizować.

To raczej wydarzenia, w którym chciałbym uczestniczyć. Fascynująca będzie kolejna amerykańska kampania wyborcza. Byłem szczęśliwy jako reporter, mogąc uczestniczyć w kolejnych etapach negocjacji między Polską a Unią Europejską, byłem na ostatnim szczycie w Kopenhadze, na uroczystości podpisania traktatu w Atenach, relacjonowałem moment przystąpienia Polski do NATO. Wiem, że to nie rozpala na razie wyobraźni ludzi, ale uważam, że moment wejścia Polski do strefy euro, a mam nadzieje, że to się stanie dość szybko, też będzie kolejnym wielkim etapem na drodze Polski do sukcesu i cieszyłbym się bardzo, mogąc to relacjonować. Bez wątpienia kolejne kampanie wyborcze - prezydencka i parlamentarna w Polsce, będą jeszcze ciekawsze, niż kampania amerykańska. Takich wydarzeń przed nami jest wiele.

 

Jakie w Twojej ocenie cechy powinien mieć dobry dziennikarz?

Powinien wiedzieć, że całe życie będzie się musiał uczyć. Dziennikarz musi też być ciekawy ludzi. Kiedy poznałem Ryszarda Kapuścińskiego, a rozmawiałem z nim raptem dwa razy, to zrozumiałem, dlaczego on pisze tak genialne książki i dlaczego ludzie na całym świecie uwielbiają je czytać. Bo to był przemiły, niebywale serdeczny, ciepły człowiek, który w bardzo łagodny sposób sprawiał, że ludzie się przed nim otwierali. To był dar, bo działał tak samo w Polsce, w Ameryce Południowej czy Afryce, wszędzie, gdzie jechał. Bo jeżeli gdzieś jedziesz i patrzysz na ludzi z wyższością, myśląc, że wszystko wiesz, to nic ci się nie uda. Pamiętam, jak pierwszy raz jechałem jako reporter do Rwandy w czasie wojny. Zanim tam pojechałem, postanowiłem się przygotować najlepiej jak mogłem. Po lekturze kilku książek, artykułów, wydawało mi się, że wszystko rozumiem – wiem, dlaczego doszło do tej wojny, znam historię konfliktu, wiem, jak to się może skończyć. Po dwóch tygodniach tam spędzonych wiedziałem, że nic nie rozumiem. Bo nie jest łatwo zrozumieć, dlaczego ludzie nagle postanawiają zabijać maczetami swoich sąsiadów. Jak to się stało, że w sto dni zabito ponad milion ludzi – nie da się tego wyczytać z książek. Tak samo było, kiedy jechałem pierwszy raz do Izraela i na tereny Autonomii Palestyńskiej. Wydawało mi się, że zaprowadzenie pokoju jest łatwą sprawą – oni tu powinni usiąść, negocjować, na pewno się dogadają. Minęło 20 lat od mojej pierwszej tam podróży i nie ma pokoju i jest tak samo daleko do powstania państwa palestyńskiego, jak było wtedy. Wszystko jest dużo bardziej złożone niż się młodemu człowiekowi wydaje na początku drogi.

 

Dziś w Polsce stoimy też w obliczu ogromnego konfliktu, oczywiście nie zbrojnego, ale takiego, który budzi obawy części Polaków o swobody obywatelskie, praworządność, bezpieczeństwo. Czy jako osoba rozmawiająca z politykami, znająca ich trochę, mająca świadomość pewnych mechanizmów rządzących tym „rynkiem”, nie miałeś nigdy chęci sam trochę popolitykować? Może znalazłbyś rozwiązanie na bolączki, jakie trapią dziś nasz kraj.

Nigdy nie miałem takiego pomysłu i teraz nic takiego nie przychodzi mi do głowy. I oczywiście są wyjątki, ale akurat w tej chwili jest więcej dziennikarzy, których szanuje niż polityków.

 

Niewygodne pytania są wpisane w zawód dziennikarza. Kiedy zadajesz je komuś, kto nie budzi Twojej sympatii, jest to pewnie do przyjęcia, ale jak radzisz sobie, kiedy trudne pytanie musisz postawić osobie, którą lubisz?

Unikam takich sytuacji Nie ma nic gorszego w tym zawodzie, niż rozmawianie z ludźmi, których się dobrze zna. To jest fatalne, bo przede wszystkim nie powinno się wykorzystywać wiedzy zdobytej prywatnie do celów służbowych. Na szczęście to nie dotyczy rozmów z politykami, bo nie ma wśród nich takiego, którego znałbym dobrze prywatnie. Ale w DDTVN zdarza nam się czasem rozmawiać z ludźmi, których bardzo dobrze znamy i czasem może nie jest to komfortowe, ale trzeba zadać pytanie po prostu takie, jakie chcieliby usłyszeć widzowie. I nie ma tu już znaczenia, czy dobrze się z tym czuję, czy nie.

 

Pozostając w temacie bliskich znajomości, do jakich kobiet masz słabość?

Jeżdżących konno. (śmiech)

 

Ty też jeździsz?

Nawet jestem instruktorem jazdy konnej.

 

Jeździłeś, zanim związałeś się ze swoją małżonką?

Malina była moim pierwszym i ostatnim poważnym instruktorem jazdy. Mimo że zdałem egzaminy na instruktora jazdy konnej, to i tak pomiędzy moimi umiejętnościami a tym, co ona umie, jest przepaść. Zawsze było dla mnie też fascynujące, jak bardzo ona angażowała się w treningi. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie spotkałem trenera, który tak bardzo przeżywałby pracę, którą wykonuje. Ona była po treningu bardziej zmęczona, niż koń, który był pode mną. Malina przeżywała każdy kolejny gest, moment, skok. To było fascynujące. Jest wybitnym i bardzo wyjątkowym trenerem. U niej to jest o tyle wspaniałe, że to jest pasja od pokoleń. Zresztą, taki jest tytuł książki, którą teraz napisała „Pasja od pokoleń”. Wybitnym jeźdźcem, w sensie wojskowym, był dziadek Karoliny, Ludwik Ferenstein, bohater trzech wojen i wspaniały kawalerzysta, tata był wielokrotnym mistrzem Polski a i Malina także odnosiła wielkie sukcesy w tym sporcie. To jest urzekające, patrzeć, jak ona jeździ. Bo w relacji człowieka z koniem nic się nie da zrobić na siłę. Nawet gdyby najsilniejszy człowiek świata usiadł na koniu, to koń może ważyć 700 kilo i będzie i tak silniejszy od człowieka. To wymaga umiejętności porozumienia i przekonania konia, że ma z nami współpracować. To jest dla mnie fantastyczne, że nasi synowie 9 i 11 latek jeżdżą teraz konno i ten 9 latek jeździ na koniu, który waży około 600 kg, a sam waży 30. I to, że on jest w stanie nad tym koniem zapanować, jest dla mnie jednym z największych cudów, jakie udało mi się w życiu zobaczyć.

 

I Ty naprawdę nie martwisz się o to dziecko na tym wielkim koniu?

W tej rodzinie najpierw uczono się jeździć konno, potem chodzić. Pamiętam, jak Konstanty, starszy syn, miał dwa lata i stał przed stajnią a jego dziadek, tata Maliny mówi: Ale on nie jeździ jeszcze konno. Na co Karolina: Tato, ale on ma dwa lata. No właśnie - odpowiedział dziadek. Więc Lara, czyli nasza córka, która ma w tej chwili dwa lata i cztery miesiące, zaczęła jeździć, mając półtora roku, ale tylko dlatego, że sama chciała. Widziała braci, którzy wsiadają na konie i chciała ich naśladować. To jest najpogodniejsze dziecko świata, jedyny moment, kiedy potrafiła płakać, to kiedy nie siedziała na koniu, a wszyscy dookoła tak. Trzeba ją było wsadzić, albo wsiąść z nią i wtedy była pełnia szczęścia. Do dziś potrafi i trzy razy dziennie jeździć.

 

Nie przekonałeś mnie, koń i dziecko to mi się nie składa.

Za pierwszym razem, kiedy nie wiesz o co chodzi, strach jest naturalny. Za każdym kolejnym jest coraz mniejszy. Za to właśnie podziwiałam Malinę – na jakiego konia by nie wsiadła, ten koń będzie robił to, czego ona chce i ona nie używa do tego siły. To są lata doświadczeń, tysiące godzin spędzone w siodle na bardzo różnych koniach, umiejętność zrozumienia tego stworzenia, jak postępować, a z każdym koniem trzeba inaczej. Wbrew pozorom charaktery koni są dużo bardziej złożone niż charaktery psów. Pies ma zawsze mniej więcej ten sam charakter, może mieć trochę więcej energii lub trochę mniej, ale charakter ma zawsze ten sam. Koń może mieć każdego dnia krańcowo inny nastrój. Nie musi tak być, ale może. A do tego, co koń, to zupełnie inny charakter. Dlatego umiejętność zapanowania nad nim, bez używania siły, jest dla mnie tak urzekająca.

 

Pięknie mówisz o swoje żonie jako miłośniczce koni. A co Twoim zdaniem jest ważne, by stworzyć udany związek?

Wspólne pasje. Jak człowiek jest młody, wydaje mu się, że najważniejsze są te wielkie rzeczy. Kobieta sobie myśli, że jakby dom się palił, to on by ją z tych płomieni uratował, albo jakby była wojna, to on ją ochroni, przejdą razem przez linię frontu. Ale prawdopodobieństwo, że dojdzie do takiej sytuacji, jest minimalne. A tak naprawdę w życiu się okazuje, że ważna jest codzienność. To, czy miło wam się rano pije kawę, czy macie ten sam stosunek do wychowywania dzieci. Zwłaszcza to ostatnie w moim przekonaniu jest niezwykle ważne. Nigdy się nie zdarzyło, a mamy trójkę dzieci, najstarszy syn ma 11 lat, żebyśmy mieli krańcowo inne zdania, co do tego, jak zareagować na jakąś sytuację, która nam się przydarzyła z dziećmi. Nigdy nie doszło do sytuacji, żebyśmy się wzajemnie dziwili, czemu tak a nie inaczej postąpiliśmy. A poza tym, my w takich drobnych, codziennych rzeczach zazwyczaj mamy z Maliną na to samo ochotę. Wspaniale być z kimś, z kim w sposób naturalny lubi się te same rzeczy, dla kogo nie trzeba się poświęcać. Oczywiście, możemy się różnić w swoich pasjach, ale to nie wyklucza współuczestnictwa, zaangażowania jednej i drugiej strony. Czasem ktoś sobie wyobraża, że dzieci są jakimś poświęceniem. Jak jest się ponad czterdziestoletnim rodzicem, to wcale tak nie jest. To, że nie pójdę z kolegami na mecz, nie jest dla mnie żadnym poświęceniem, bo wolę pójść na stadion z moimi synami, albo w domu z nimi ten mecz obejrzeć w telewizji.

 

Jaki przyjęliście model jeśli chodzi o wychowywania dzieci? Wszystko im wolno?

Przy trójce dzieci rodzina by się rozpadła, gdyby wszystkim dzieciom było wszystko wolno. (śmiech) Z trójką to jest momentami zorganizowana grupa przestępcza. Tym bardziej, że dwóch jest w podobnym wieku, więc nawet jak jeden jest spokojniejszy, porozmawiałby, to drugi ma ochotę pobrykać. Jak ten, który chciał brykać, się wyciszy, to ten, co siedział spokojnie się rozkręca. Oboje z Maliną uważamy też, że sport jest bardzo ważny w życiu. Ja byłem wychowywany przez mamę i babcię i one robiły, co mogły, żeby zapewnić mi szczęśliwe dzieciństwo, ale sport nie był dla nich najważniejszy. I wiem, ile straciłem, że tego sportu w dzieciństwie tak dużo nie uprawiałem, co nadrabiam teraz. Ale za sprawą Maliny nasze dzieci od małego mają sportu pod dostatkiem. Konie, bo to najważniejsza część sportowego życia naszych dzieci, dla rodziny mojej żony są naturalnym elementem funkcjonowania – zapewniały im życie, bo albo były ich pracą, dzięki której mogli utrzymać rodzinę, albo ratowały życie, tak jak dziadkowi Ludwikowi, którego koń w czasie wojny przywiózł do Kijowa. Oni mają zupełnie inną relację z końmi. Może komuś koń kojarzy się z ryzykiem, ale dla Maliny i jej rodziny koń to życie.

Ostatnio zmieniany
Powrót na górę

Szukasz czegoś?

Login or Register