Menu
Tablet menu

Lubię siebie. Rozmowa z Pauliną Krupińską

Lubię siebie

Z Pauliną Krupińską, prezenterką telewizyjną, rozmawiała Katarzyna Paskuda.

Paulinko, jako mama dwójki małych dzieci, aktywna zawodowo kobieta, jak ogarniasz rzeczywistość wokół siebie?

Powinnaś to wiedzieć. Matki są mistrzyniami logistyki. Kiedy zostałam mamą, nauczyłam się w pełni wykorzystywać czas.

Czyli przed dziećmi trochę go trwoniłaś?

Nie do końca trwoniłam, ale twierdziłam, że jestem bardzo zajętym człowiekiem. Że robię tak dużo rzeczy, że absolutnie nie mam na nic więcej czasu. (śmiech) Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy kilku lat, twierdzę, że gadałam straszne bzdury. Zwyczajnie nie miałam pojęcia, co to znaczy zarządzanie czasem. Wiesz, że dopiero kiedy zostałam mamą, kupiłam sobie kalendarz?

I działasz wg zapisanego w nim planu?

Staram się, a w zasadzie nie bardzo mam wyjście. Trochę przesadziliśmy z Sebastianem (Karpielem – Bułecką – mężem Pauliny Krupińskiej - red.) z bohaterstwem. Kiedy dzieci przyszły na świat, postanowiliśmy nie zatrudniać niani, więc codzienność dźwigamy tylko na własnych barkach. Naszym czasem musimy więc zarządzać i koordynować po mistrzowsku.

Jak długo już tak sobie radzicie?

Tosia ma 2,5 roku a Jędruś 10 miesięcy.

Jak oceniasz te zmagania?

(śmiech) Wydaje mi się, że już trochę za długo jesteśmy bohaterami. Nie mogę narzekać, bo Sebastian jest fantastycznym ojcem i wsparciem dla mnie. Ale wiesz jak jest? Wydaje mi się, że jak od czasu do czasu będziemy mieć kogoś do pomocy, to będę miała poczucie, że robię więcej dla siebie. Bo ja od ponad trzech lat albo jestem w ciąży, albo karmię (śmiech). To jest niezwykły czas, ale mam już chęć ruszyć ze swoimi projektami, pomysłami, z tym, co chcę robić zawodowo, co mi się podoba i co mnie uszczęśliwia.

Jakie to plany?

Związane z telewizją, z kanałem YouTube, lecz także z macierzyństwem, bo to temat bliski mojemu sercu, więc nie mam zamiaru się od niego odcinać. Poza tym wszystkim, jestem z wykształcenia pedagogiem, temat dzieci interesuje mnie nie tylko jako matkę, ale i człowieka w ich kierunku wyedukowanego.

Skoro już jesteśmy przy dzieciach, Wasze dzieci to niespodzianki dla Was?

Absolutnie nie. To bardzo świadoma decyzja. Kiedy poznałam Sebastiana, wiedziałem już od dawna, że chcę być matką. Moje życie było dostosowane do tego marzenia. Dokonywałam przemyślanych wyborów i robiłam rzeczy, których wiedziałam, że nie będę się ich nigdy wstydzić. Właśnie dlatego, że wiedziałam, że kiedyś będę mamą. Wiem, że to może dziwnie zabrzmi, ale już jako młoda dziewczyna nosiłam w sobie silny instynkt macierzyński.

Ile miałaś lat, kiedy urodziłaś pierwsze dziecko?

28, drugie przyszło na świat miesiąc przed moją trzydziestką.

Sebastian też był przed trzydziestką?

Przed czterdziestką, czyli też młody. (śmiech)

Jak to się stało, że Was tak do siebie pociągnęło, że się na te dzieci zdecydowaliście?

My się znaliśmy już jakiś czas, tak towarzysko.

I od razu wiedziałeś, że to ten?

A skąd.

Wielu miałaś adoratorów, kiedy się poznaliście? Byłaś już Miss Polonią wtedy…

Z tymi adoratorami to nie wiem, bo ja zawsze byłam zajęta. (śmiech)

To jak Sebastianowi udało się wstrzelić w „okienko transferowe”? (śmiech)

Akurat skończyłam poprzedni związek, kupiłam mieszkanie, planowałam z jednej strony pobyć sama, z drugiej marzyłam o stabilizacji. Zbiegiem różnych okoliczności trafiliśmy na siebie z Sebastianem. A że obydwoje byliśmy na jakimś życiowym zakręcie, to pomysł wspólnej drogi nam się spodobał.

Jak wspominasz Wasze pierwsze spotkanie?

Rozmawialiśmy chyba 14 godzin „longiem”. Niesamowite wspomnienie. Nie miałam wcześniej pojęcia, jaką Sebastian jest osobą. Jakoś inaczej go sobie wyobrażałam i pozytywnie się zaskoczyłam. Do tego zarzekałam się latami, że nigdy nie będę z artystą. A tu mało że artysta, to jeszcze góral. (śmiech)

Nie bał się Ciebie Sebastian na początku, że jesteś za ładna?

Nie. (śmiech) Jest prawdziwym facetem, nie musi się chować po krzakach, zna swoją wartość. Nie miał żadnych kompleksów.

Wspomniałaś o Jego góralskim pochodzeniu. Nie mieliście pomysłu, żeby się przenieść na Podhale?

Dzielimy życie między Warszawą a Podhalem. Tam czas trochę wolniej płynie. I przede wszystkim nikt nie stoi przed naszym domem w krzakach, żeby nam zrobić zdjęcia. Choć już niestety w okresie świąt, sylwestra, kiedy w Zakopanym jest dużo osób publicznych, to z Krakowa przyjeżdżają paparazzi, którzy wyczekują za krzakiem. Ale i tak mam tam więcej swobody. Tu ciągle na spacerach jestem lekko spięta, obawiam się jakiegoś wycelowanego w nas obiektywu. Dlatego miedzy innymi zaczęłam trochę na Instagramie dzielić się naszymi wspólnymi zdjęciami, żeby wyprzedzić tych czatujących na nas paparazzi. Nie chce, żeby nas ktoś okradał z naszej prywatności i na niej zarabiał.

Co Ty w zasadzie teraz robisz zawodowo?

Jestem na macierzyńskim, co nie znaczy, że nic nie robię. Mam kilka projektów w których biorę udział, prowadzę różne wydarzenia i eventy, jestem ambasadorką wielu akcji, planuje też przyszłość w postaci inwestycji finansowych.

Jakie są Twoje zawodowe marzenia?

Chciałabym mieć swój własny Talk- Show z dzieciakami. Dzieci są genialne, spontaniczne, prawdziwe w każdej sytuacji. Miałam okazje doświadczyć, jak się z nimi współpracuje w programie Mali Giganci. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że wybrałam właściwy kierunek. Druga kwestia to programy związane z urodą. Nie chciałabym odejść od tej tematyki, bo bardzo ją lubię. Mam nadzieję, że na obu płaszczyznach niebawem powródo pełnej aktywności.

Wracając jeszcze na chwilę do przeszłości, bo przypuszczam, że w znaczący sposób zaważyła na Twoim dzisiejszym życiu zawodowym, jak do tego doszło, że wzięłaś udział w konkursie piękności?

Od 16 roku życia byłam modelką. Z jednej strony ten konkurs wydawał się taką naturalną konsekwencją tego, co robiłam, z drugiej, miałam poczucie, że to słabe, brać udział w konkursie oceniającym urodę, bo przecież to rzecz gustu. Ostatecznie przekonała mnie do startu Rozalia Mancewicz, która była Miss Polonią w 2010 r. Wystartowałam w plebiscycie dwutygodnika Party, więc jako dzika karta dostałam się od razu do finału konkursu, który wygrałam głosami widzów.

To nie był Twój ostatni konkurs piękności…

Po wygraniu Miss Polonia, z automatu stałam się delegatką naszego kraju na konkurs Miss Universe w Moskwie. Zdobyłam tam tytuł Miss Photogenic. To był świetny czas, który w moim odczuciu rozpędził moją medialną karierę. Stałam się bardziej interesująca dla mediów i częściej zapraszano mnie jako gościa pokazów mody, eventów, rautów, spotkań towarzyskich, gdzie miałam możliwość wypowiadać się przed kamerą. Ktoś dostrzegł moją swobodę wypowiedzi i zaproponował pracę w telewizji. Najpierw miałam kilka wejść w Pytaniu na śniadanie, później w TVN Style prowadziłam program „Klinika urody”, i tak to się zaczęło.

Czyli uroda trochę pomogła Ci w karierze?

Tak bym tego nie nazywała. Zawsze stawiałam na naukę. Byłam bardzo ambitna, studiowałam dziennie i jednocześnie pracowałam. Kiedyś przeczytałam jakieś nieprawdziwe zdanie na swój temat, że niby urodą załatwiałam sobie egzaminy na studiach. Nie znam nikogo, kto na „ładne oczy” zaliczał egzaminy. (śmiech) Byłam pewna siebie, odważna i nie bałam się prosić o wcześniejszą możliwość zaliczenia egzaminów, kiedy chciałam wyjechać na kontrakt za granicę. Na wszystko co dziś mam, sama ciężko zapracowałam. Dzięki swojemu uporowi i pewności siebie mam nie tylko skończone studia, mieszkanie kupione bez kredytów, ale też inne inwestycje. Ta świadomość, że mam coś własnego, stawia mnie w innej pozycji w relacji z mężczyzną, z którym jestem w związku. Uważam, że faceci bardziej szanują kobiety niezależne. Zawód żona, zawód dziewczyna, to mi się kompletnie nie zgadza. Nie wyobrażam sobie, że ktoś świadomie dokonuje wyboru życia w takiej relacji, relacji zależności.

Czyli Ty trochę taka Zosia Samosia jesteś.

Trochę tak, ale to wynika głównie z faktu, że jak już w coś wchodzę, to na całego. Nie lubię półśrodków, angażuję się całym sercem. Poza tym, mam taką słabą cechę, zawsze chcę być we wszystkim najlepsza, wolę coś zrobić sama, bo wydaje mi się, że wtedy wszystko mam pod kontrolą. Teraz, kiedy mam dzieci, częściej odpuszczam, z wiekiem słabnie też u mnie potrzeba rywalizacji i bycia na pierwszym miejscu, ale potrzebę niezależności będę w sobie nosiła zawsze. Ona daje mi poczucie bezpieczeństwa.

Żałujesz jakiejś propozycji zawodowej, którą odrzuciłaś?

Nie. Rozumiem, że pytasz głównie o jakieś sesje modowe, odważniejsze. (śmiech) Pojawiały się takie propozycje, ale nigdy nie byłam nimi zainteresowana. Nie było mi z tym po drodze.

Jesteś wstydliwa?

Nie. Lubię siebie i akceptuję. Nie wyobrażałam sobie jednak, że moi rodzice spokojnie przejdą nad takim wyborem do porządku dziennego. Miałam poczucie, że mój wybór w tej materii ma wpływ na ich samopoczucie. A moje też nie byłoby lepsze, gdybym się rozebrała przed obiektywem.

Słuchaj, a Ty próbujesz śpiewać trochę, w związku z tym, że na co dzień żyjesz z muzykiem ?

(śmiech) No nie. Z tym pytaniem wiąże się pewna zabawna historia związana z naszą znajomością. Sebastian na początku naszego związku mnie oszukał, bo stwierdził, że ja dobrze śpiewam. Ale wiesz jak to jest - klapki na oczach, klapki na uszach z miłości na starcie. (śmiech) Serio, mówił mi: Paulina, masz potencjał, masz słuch, podszkolisz się i będzie super. Z każdym miesiącem, kiedy motyli w brzuchu miał coraz mniej, te jego słowa zmieniały wydźwięk. (śmiech) Najpierw było: Paulina, trochę ciszej śpiewaj. Później: daj już spokój z tym śpiewaniem. (śmiech) Kiedy w finale Małych Gigantów musiałam zaśpiewać piosenkę, to jak usłyszał moje próby, powiedział, żebym lepiej ruszała tylko ustami i żeby ktoś podłożył mi głos, bo będzie wstyd. Sama myśl o występie była stresująca, a tu jeszcze takie wsparcie.(śmiech)

Ale dałaś radę, nikt za Ciebie nie śpiewał?

Ależ skąd, to byłby dopiero wstyd. To było dla mnie niezwykłe doświadczenie i nauka. Do czasu występu twierdziłam, że Sebastian ma lekką i przyjemną pracę. Przecież kocha śpiewać, co to zatem dla niego te koncerty. Od czasu tego wyśpiewanego finału wiem, że to ciężka praca wymagająca koordynacji, niezwykłego wysiłku fizycznego, ciągłej koncentracji i myślenia.

Lubisz słuchać Sebastiana?

Już byłam na tylu jego koncertach, że mi wystarczy. (śmiech) A poważnie, jak się przebywa z kimś cały czas, to słucha się tej samej muzyki. Sebastian swoich wykonań nie słucha. Tylko jazzu. Nie wiem co gorsze. (śmiech)

Sebastian Cię wspiera w tym, co robisz zawodowo?

Pewnie. Może to dla niego inny świat, ale w końcu jest artystą, więc ma silne poczucie estetyki. Wciągam go czasem w swój świat, pytam o radę, konsultuję się.

Czym w zasadzie urzekł Cię Sebastian? Bo czym Ty jego, to nie mam wątpliwości – obok tak pięknej, mądrej i ciepłej kobiety jak Ty nie sposób przejść obojętnie.

Jak już to powiedziałaś wcześniej, trafił w „okienko transferowe”. (śmiech) Sebastian urzekł mnie mądrością i rozwagą. Nie miał dzieci, nie był rozwodnikiem i był facetem bez nałogów. Znalezienie takiego, który jest jeszcze przed czterdziestką, to duże szczęście. (śmiech)

To mieliście fart, że na siebie trafiliście. I oby ten fart trwał zawsze.

Powrót na górę

Szukasz czegoś?

Login or Register